Rozdział IX

Rozdział IX

Przejęty list

Niedługo po wydarzeniach wcześniej przez nas ukazanych, z Los Angeles wyjechał pewien człowiek w stroju podróżnym. Jego ubiór był dość skromny, co by wskazało na to, iż nie jest to człowiek majętny i można śmiało było wysnuć taki wniosek, że nie jest on panem swego losu, a w każdym razie nie w całkowitym tego słowa znaczeniu. Był on, krótko mówiąc, po prostu sługą możnego pana, który posłał go z listami do krewnych bądź przyjaciół i z tego też właśnie powodu człowiek ów w ten jakże miły, słoneczny dzień opuścił tereny miasta i zaczął się kierować w kierunku miasta Monterey. Jechał konno, dlatego liczył na to, że dość szybko dotrze on do celu swej podróży i przekaże listy adresatom. Listy te chował w skórzanej torbie, którą miał przewieszoną przez prawe ramię, dlatego był o nie całkowicie spokojny. Nie spodziewał się też żadnych przeszkód, bo w końcu kto by niby chciał na niego napaść? Nie przewoził ze sobą nic cennego i nie wyglądał też na kogoś, kto by mógł posiadać przy sobie pieniądze bądź kosztowności. Tak więc człowiek ów nie spodziewał się, aby ktoś miał mu przeszkodzić w wykonaniu jego zadania, a już zwłaszcza bandyci, których widok jego skromnego stroju oraz zwykłej torby na listy z pewnością zniechęci do ryzykowania i próby marnowania na niego ich cennego czasu.
Z takimi oto myślami sługa jechał spokojnie w kierunku Monterey, mając przy tym solidną nadzieję, że zdoła wypełnić misję powierzoną mu przez swego pana tak, jakby on tego od niego oczekiwał. Nie spodziewał się oczywiście przy tym żadnych poważniejszych komplikacji, tylko takie, jakie były konieczne. Ale tych się nie obawiał. W końcu nie miał nic do ukrycia. A w każdym razie za takiego człowieka chciał uchodzić.
Po drodze musiał, zgodnie z prawem, zatrzymać się przy pobliskiej oberży, gdzie oddział wojska, cały czas tu stacjonujący, poddał go rewizji, aby sprawdzić, czy nie ma przy sobie żadnych przemyconych bądź kradzionych rzeczy. Przy okazji też sprawdzili listy, jakie posiadał przy sobie. Ponieważ za czasów kapitana Monastario prywatność korespondencji w praktyce nie istniała, a pretekstem tego była obawa przed zamachami na wysokich urzędników państwowych oraz obawa przed spiskami szpiegów obcych mocarstw, listy zostały otwarte i przeczytane. Nie znaleziono w nich jednak niczego, co mogłoby stanowić podstawę do zatrzymania ich i przekazania kapitanowi, dlatego też dowódca ponownie zapieczętował listy i oddał je słudze, mówiąc:
- W porządku, możesz jechać.
- Dziękuję panu - odpowiedział sługa, kłaniając się nisko.
Już miał wyjść, kiedy nagle usłyszał stanowczy męski głos, który całkowicie mu to uniemożliwił:
- Chwileczkę.
Do pokoju wszedł kapitan Monastario, który przebywał akurat w pobliżu i chciał się upewnić, że inspekcja podróżnego z Los Angeles przebiega prawidłowo. Znał bowiem tego podróżnego, rozpoznał go jako sługę Mendozy, człowieka, który zdecydowanie był mu nieprzychylny. Dlatego uznał, że lepiej będzie przyjrzeć się temu wysłannikowi z należytą uwagą.
- Czy pokazał wszystkie listy? - zapytał kapitan dowódcę oddziału.
- Tak jest, kapitanie - odpowiedział dowódca.
- Czy ich treść jest poprawna politycznie?
- Oczywiście, żadnej w nich zresztą polityki. Tylko sprawy rodzinne.
- Właśnie, panie komendancie. Mój pan nie bawi się w politykę. Szkoda mu na nią czasu - odparł na to sługa, kłaniając się nisko - Czy mogę już iść?
- Chwileczkę... Zaraz pojedziesz - odparł na to ponuro kapitan - Ale najpierw pokaż mi swój płaszcz.
Sługa zmieszał się, nie wiedząc, co ma zrobić. W jego zmieszaniu jednak kapitan dostrzegł autentyczny strach. Uznał, że człowiek, który ma czyste sumienie z pewnością nie zachowywałby się w taki sposób. Zrozumiał więc, że wpadł na właściwy trop i powtórzył polecenie, ale tym razem stanowczym tonem:
- Pokaż mi swój płaszcz!
Ponieważ sługa nie palił się do wykonania tego polecenia, kapitan dał rozkaz żołnierzom i ci przytrzymali biedaka i siłą zerwali z niego płaszcz. Monastario zaś bardzo dokładnie obmacał płaszcz i jego kieszenie, ale niczego nie znalazł. Mimo to szukał dalej, aż poczuł lekkie wybrzuszenie w jednej z kieszeni. Choć nic tam nie było, to jednak można było tam wyczuć coś prostokątnego. Wyjął nóż i rozpruł materiał, po czym wydobył z niego zapieczętowany list.
- No proszę, ptaszku - powiedział ironicznym głosem - Twierdziłeś mi tutaj przed chwilą, że nie masz żadnego innego listu. A to co jest twoim zdaniem?
Sługa milczał, więc kapitan podle zachichotał i otworzył list, po czym z wielką uwagą zaczął go czytać. Jego treść zdecydowanie mu się nie spodobała. Wściekły zgniótł list w dłoni, o mało nie drąc go na kawałki. Szybko jednak się zreflektował i powiedział do żołnierzy:
- Aresztować tego szpiega!
Sługa na próżno zaklinał się na wszystkie świętości tego świata, że nie jest żadnym szpiegiem, a listy przekazane mu przez jego pana są niewinne, ale nic mu to nie dało. Jeden z żołnierzy uciszył go uderzeniem pięści, a pozostali związali go i na polecenie kapitana kilku z nich przewiozło go do więzienia w Los Angeles. Sam zaś Monastario pojechał tam jeszcze szybciej, aby się naradzić na temat tego, co właśnie miało miejsce. Wiedział, że jego wspólnik powinien o tym wszystkim wiedzieć, gdyż ostatecznie dotyczy to ich obu.
Wspólnikiem, o którym jest tutaj mowa, był oczywiście Licenciado Pinia. Jak zwykle przebywał on o tej porze w swoim domu na obrzeżach miasta. Był to dom, który trudno było uznać za skromny. Jego wnętrze zdobiły liczne dzieła sztuki, takie jak obrazy czy rzeźby, a także sporo książek znanych pisarzy. Widać było po nich, że właściciel tego domu lubi otaczać się pięknymi przedmiotami, a raczej pięknymi i drogimi. Monastario, kiedy zwiedzał ten dom, zastanawiał się, ileż to matactw finansowych musiał dokonać Pinia, aby postawić sobie taki dom i czuł zawsze, że też chciałby taki posiadać. Miał nadzieję, iż dzięki swoim staraniom osiągnie wkrótce ten cel, który póki co pozostawał jedynie w sferze marzeń.
- Witaj, Enrique. Co cię tu sprowadza? - zapytał Pinia, kiedy tylko Monastario wszedł do jego gabinetu.
Prawnik wcale się nie zdziwił, gdy służba zaanonsowała mu przybycie do jego domu samego komendanta Los Angeles. Niejeden raz już kapitan u niego bywał i zwykle robili wtedy swoje interesy, jednak zwykle umawiali się na takie spotkania, czasami wszakże komendant przybywał do niego bez zapowiedzi. Jeżeli jednak już to robił, to zawsze tylko i wyłącznie z ważnego powodu. Pinia uznał, że teraz też musi być taki powód, inaczej Monastario nie fatygowałby się do niego i nie chciałby rozmawiać tutaj, gdzie nikt z żołnierzy ich nie podsłucha.
- Ważne sprawy dotyczące nas obu. Oto, co mnie sprowadza - odpowiedział kapitan na pytanie prawnika - Lepiej sobie przeczytaj ten list.
To mówiąc wydobył on z kieszeni złożony w czworo papier odebrany tego dnia słudze Mendozy i pokazał go Pinii.
- Co to jest? - zapytał prawnik.
- List, który Mendoza podstępem próbował przesłać przez swojego sługę. Pisze on do gubernatora o naszych działaniach i prosi o interwencję, ale w miarę możliwości dyskretną, ponieważ czuwamy i jeżeli on oficjalnie przyjedzie, to z pewnością przygotujemy się na jego przyjazd i zadbamy o to, aby nie odkrył on naszych machlojek i jawnego łamania praw obywatelskich.
Pinia parsknął śmiechem i powiedział:
- Bystry z niego człowiek. W sumie rzeczywiście tak byśmy zrobili, czyż nie?
Po tych słowach przeczytał list i przekonał się, że Monastario ma rację i tak właśnie jest napisane w piśmie od Mendozy.
- Rzeczywiście, tak właśnie tutaj pisze. Jak chciał przewieźć ten list i uniknąć zarazem naszej rewizji?
- Jego sługa miał zaszyty ten list w płaszczu.
- Sprytne. Naprawdę sprytne. Przyznaję, że nie doceniałem Mendozy. Dotąd sądziłem, że potrafi tylko gadać lub słać oficjalną pocztą skargi przeciwko nam. Skargi, które oczywiście przejmowaliśmy i niszczyliśmy. Nie doceniałem go. Mój błąd. Ale więcej się nie powtórzy.
- Ciebie to śmieszy, człowieku? - mruknął z irytacją w głosie Monastario.
- A ciebie nie? Przecież wszystko układa się po naszej myśli.
- Niby co takiego? Pomyśl tylko, człowieku! Skoro raz wysłał taki list, to go może wysłać ponownie.
- Może wysłać, to prawda. Ale nie musi, jeśli tylko odpowiednio się do tego zabierzemy.
- Słusznie. Każę go natychmiast aresztować.
- Chwileczkę, przyjacielu. Tylko spokojnie - powiedział Pinia z uśmiechem pełnym złośliwości na twarzy - Za co niby chcesz go aresztować?
- Za spisek przeciwko nam.
- To za mało. Opinia społeczna będzie zbulwersowana. Już zresztą jest.
- Od tego mamy wojsko, aby ją uspokoić.
- Wojskiem nie rozwiążesz każdego problemu. Tutaj trzeba subtelniejszej metody działania. Takiej, przeciwko której nawet gubernator, jeśli się o wszystkim dowie, nie będzie miał nic przeciwko.
- Co zatem proponujesz?
- Znaleźć dowody przeciwko Mendozie. Takie, których nie zdoła się wyprzeć przed sądem, nawet jeśli nie będzie miał o nich zielonego pojęcia.
- Nie rozumiem.
- Zaraz zrozumiesz. Daj mi chwilkę.
To mówiąc wyjął kartkę papieru, zanurzył pióro w kałamarzu, po czym zaczął pisać, co chwila zerkając na oryginalny list autorstwa Mendozy. Monastario z baczną uwagą obserwował jego poczynania, nie bardzo wiedząc, co ma o tym wszystkim myśleć, czuł jednak, że to wszystko wyjdzie im na dobre, jak zwykle zresztą. Ostatecznie przecież to dzięki temu obaj ze sobą współpracowali, gdyż obaj umieli wspomóc siebie nawzajem w swoich działaniach: Monastario użyczał Pinii swojej władzy, a Pinia Monastario swojego prawniczego sprytu. Oczywiście nie oznaczało to, aby kapitan był głupi i nie był zdolny wymyślić sprytnej intrygi, ale jego intrygi były raczej proste i polegały na rozwiązaniach siłowych, z kolei zaś plany Pinii zwykle były sprytne, wyrachowane i opierały się na różnych kruczkach prawnych lub niezwykle sprytnych oszustwach. W ten sposób zdołał on bez trudu fałszować raporty do gubernatora na temat podatków, które pobierali od mieszkańców Los Angeles. Były one za wysokie, ale gubernator o tym nie miał zielonego pojęcia, ponieważ zawsze dostawał tyle, ile było ustalone. Nadwyżkę podatków Pinia i Monastario chowali do swoich kieszeni, a odpowiedni raport prawnika sprawiał, że gubernator nie zadawał zbędnych pytań. Wszystko dzięki sprytowi jednego człowieka, Licenciado Pinii. Kapitan z uwagą go obserwował i zastanawiał się, ile tak naprawdę z nadwyżki podatków przekazuje jemu, czy rzeczywiście równą połowę, czy może uszczknął z tego wszystkiego dla siebie o wiele więcej? Tego nie wiedział, jak i nie miał pewności, czy aby na pewno Pinia nie tworzy prawdziwych raportów na temat podatków, choć to wydawało mu się być absurdem. Bo w końcu, po co Pinia miałby to robić i ryzykować przy okazji swoje stanowisko i może nawet uwięzienie? Chyba, że chciałby wmówić w razie czego gubernatorowi, iż to kapitan go do wszystkiego zmusił i on nie miał w tej kwestii żadnego wyboru. Ale i tak ryzyko było zbyt wielkie, dlatego Monastario, choć niekiedy miewał takie obawy, to bardzo szybko je odrzucał, uznając je za coś, co nie ma prawa bytu. Co innego kraść nadwyżkę podatków do swojej kieszeni, co kapitan był w stanie łatwo zrozumieć. Sam też to robił i nie zdziwiłoby go to, gdyby ten sprytny złodziejaszek chciałby okraść jego przy podziale zysków. Sam zapewne zrobiłby to samo, będąc na jego miejscu. Nie robił tego zaś dlatego, że zawsze to Pinia zbierał podatki i potem dzielił w jego obecności pieniądze na dwoje. Nie wiadomo więc, ile z tego wszystkiego podstępny prawnik zachował w swojej kieszeni. I szczerze mówiąc, kapitan nie chciał go o to pytać.
- Proszę, oto ukończony list Mendozy - powiedział po chwili Pinia, gdy już skończył pisać - Zobacz sam. Co o tym sądzisz?
Monastario zaczekał, aż prawnik posypie świeżo napisany list piaskiem, po czym zdmuchnie go lekko i papier będzie można przeczytać. Gdy to zrobił, kapitan wziął list do ręki i zaczął go czytać:

Drogi przyjacielu,

Spieszę Ci donieść, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Zwolennicy nasi już się zbierają i szykują do zbrojnej akcji. Coraz bliżej nam do tego, abyśmy mogli chwycić za broń i zwrócić się przeciwko naszym ciemiężycielom, którzy nas gnębią i prześladują, odbierając prawo do wolności. Wierność Hiszpanii oraz jej królowi już coraz mniej w tym miejscu znaczy. Niedługo zaś będzie znaczyć tyle, co nic, gdyż będzie niczym. Zbieramy się i czekamy tylko na sygnał do ataku, aby móc przejść do aktywnego działania. Broń już mamy, ludzi także. Tylko trzeba dać im sygnał. Najpierw weźmiemy się za Los Angeles i zabijemy kapitana Monastario i jego żołnierzy, jak również tego parszywego prawnika Pinię. Potem przejdziemy do kolejnych miast, a także do Monterey, zabijemy gubernatora i wtedy Hiszpania straci wszystkich swoich najważniejszych urzędników w kraju. Spieszę też Ci donieść, wierny mój druhu, abyś się nie bał interwencji ze strony Hiszpańskiej Korony, ponieważ nasi przyjaciele ze Stanów Zjednoczonych obiecują nam swoją pomoc. Pozyskali również przychylność kilku polityków, którzy nas poprą, po czym dokonają wszelkich niezbędnych formalności ku temu, aby Kalifornia stała się kolejnym zjednoczonym stanem.
Bądźmy zatem gotowi do walki, mój przyjacielu, gdyż czas się zbliża. Czekaj na nasz sygnał i czyń dalej to, co czyniłeś do tej pory. Wkrótce nadejdzie nasze zwycięstwo i wolność dla nas wszystkich. Precz z tyranią hiszpańską! Niech żyje wolna Kalifornia!

Twój wierny przyjaciel,
Joaquin Mendoza.


Monastario uśmiechnął się zadowolony, po czym wziął do ręki oryginalny list i porównał pismo z niego do pisma Pinii. Był pod wrażeniem tego, co zobaczył.
- Jest niemal identyczne. A właściwie całkiem identyczne - powiedział.
- Całkiem nie jest, ale wystarczy, aby zadowolić gubernatora i wszystkich, którzy by uważali nasze działanie za niezgodne z prawem - odpowiedział mu na to Pinia - To ten list oficjalnie znalazłeś zaszyty w płaszczu sługi Mendozy. A oto, co robię z prawdziwym listem.
To mówiąc Pinia wyjął oryginalny list Mendozy z dłoni kapitana i wrzucił go do kominka, po czym zadowolony obserwował, jak zamienia się on w popiół. W popiół całkiem nieszkodliwy dla ich działalności.
- Teraz możesz aresztować Mendozę - rzekł zadowolony prawnik.
Monastario uśmiechnął się z zachwytu i spytał:
- Powiedz mi tylko jedno, Pinia. Dlaczego w liście nie wymieniłeś żadnych nazwisk?
- Za duże ryzyko. Ludziom by się to wydało zbyt podejrzane.
- Dlaczego?
- A ilu spiskowców, twoim zdaniem, pozostawia w listach pisanych wprost nazwiska swoich wspólników? Raczej niewielu, jeżeli oczywiście którykolwiek to robi. Poza tym jeszcze nie wiemy tego, którzy obywatele są całkowicie naszymi wrogami, a których możemy sobie pozyskać. Lepiej więc nie palić za sobą mostów i zachować dla siebie otwartą furtkę.
Monastario ponownie się uśmiechnął i powiedział:
- Przyjacielu, z takim sprytem albo wylądujesz wkrótce na szubienicy, albo zostaniesz sławnym politykiem. Osobiście obstawiam to drugie, ponieważ masz umysł godny prawdziwego polityka.
- Nie obrażaj mnie - odparł ironicznie Pinia.

2 komentarze:

  1. Pina i Monastario - dwa padalce, które doskonale się dobrały.
    Faktycznie, Pinia mógłby zostać politykiem, ale woli być słusznie prawnikiem, robić ciemne interesy na boku i wymigiwać się od kary za pomocą kruczków prawnych.
    Biedny Mendoza. Mam nadzieję, że Zorro się pojawi i uratuję tego porządnego człowieka.
    Czas na pierwszą akcję lisa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Faktycznie miałeś rację twierdząc, że Pinia mi się spodoba, bo to naprawdę inteligentny, chytry i wyrachowany cwaniak, a właśnie takie charaktery lubię najbardziej, o ile ludzie je posiadający, wiedzą również, czym jest elegancja, klasa, wyrafinowanie i dobry smak, a on zdaje się o tym wiedzieć, skoro otacza się luksusowym zbytkiem. Monastario to przy nim zwykły prostak, brutal i osioł, który sądzi, że wszystko da się załatwić za pomocą siły, przemocy i zastraszania. No i ciekawe, czy uda im się zrealizować swój plan dotyczący aresztowania Mendozy, skoro postanowili go wrobić, że niby jest on organizatorem powstania przeciwko hiszpańskiej władzy w Kalifornii i że planuje przyłączyć ją do Stanów dzięki pomocy tamtejszych polityków.

    OdpowiedzUsuń

Rozdział XIII

Rozdział XIII Wypowiedzenie wojny Tłum zebrał się już pod szubienicą, oczekując na rozpoczęcie egzekucji, a ta już niedługo miała mieć swój ...