Rozdział XIII

Rozdział XIII

Wypowiedzenie wojny

Tłum zebrał się już pod szubienicą, oczekując na rozpoczęcie egzekucji, a ta już niedługo miała mieć swój początek. Większość osób z tego oto tłumu składała się z osób niechętnych tego rodzaju widowiskom, tylko niektórzy z satysfakcją stali przy szafocie i nie mogli się już doczekać tego, co miało wkrótce nastąpić. Jedną z takich osób był kapitan Monastario. Siedział on na koniu i z uśmiechem na twarzy wpatrywał się w szubienicę. Oczami wyobraźni widział już dyndającego na niej Joaquina Mendozę. Był pewien, że taki widok z pewnością przekona ludzi żyjących w tym mieście, iż sprzeciwianie się jemu i jego władzy jest całkowicie bezcelowe. Tak, taki pokaz władzy doskonale zadziała i rozwieje wszelkie nadzieje miejscowych na obalenie go. A jeżeli ktoś mimo wszystko zechce knuć przeciwko niemu, jego ciało dołączy na szubienicy do ciała Mendozy.
Monastario spojrzał w kierunku żołnierzy otaczających cały plac, zarówno tych siedzących konno, jak i tych stojących pieszo. Wszyscy mieli broń ze sobą i byli gotowi do walki, gdyby taka miała nastąpić. Niedługo wjedzie tu Garcia wraz ze swoimi ludźmi oraz wozem skazańców, na którym będzie związany Mendoza. A zaraz potem ten zdrajca zawiśnie i sprawiedliwości stanie się zadość. Prawo znów pokaże, że jest silniejsze od żądań motłochu, który zostanie zmuszony ponownie się ugiąć pod silną ręką królewskiej władzy i jej reprezentantów.
Mimo tego, że był pogrążony we własnych myślach, kapitan łatwo dostrzegł idących w jego stronę Don Alejandro de La Vegę i jego córkę Inez. Oboje byli w bardzo eleganckich strojach, jakby szykowali się na bal. Monastario, widząc ich ubiór, pomyślał sobie, że w przypadku takich ludzi jak ta dwójka szlachectwo rzeczywiście zobowiązuje. W końcu kto inny, jak nie szlachcic, pan z panów, może się ubrać na egzekucję przyjaciela tak, jak na bal? I kto inny może brać z niego przykład, jak nie jego ukochana córeczka? Swoją drogą, jak ona trzyma głowę w górze... Jak wspaniale wygląda w tej kreacji... Nie ma co, to piękna dziewczyna. Ten, kto ją poślubi, z pewnością będzie szczęśliwy. A przy okazji położy rękę na pieniążkach jej ojca, a tych nie jest mało. Przyjemne z pożytecznym. Piękna i nad wyraz zmysłowa żona, a do tego również dostatek i dobrobyt zapewniony na całe życie. Czego więcej chcieć? No, może mniej irytującego szwagra w postaci tego błazna, Don Diego de La Vegi. Ale ostatecznie kto każe przyszłemu mężowi panny Inez przebywać całą dobę w towarzystwie jej starszego brata? Poza tym piękność senority oraz jej majątek z pewnością zrekompensują ewentualnemu małżonkowi wszystkie niedogodności w postaci irytujących krewnych. A skoro o nich mowa, to jakoś Monastario nie dostrzegł w tłumie Diego ani jego głuchoniemego sługi. Co się z nimi stało? Nie przybyli na egzekucję? Dziwne.
- Dzień dobry, panie kapitanie - powiedział Don Alejandro, podchodząc do kapitana.
- Dzień dobry, Don Alejandro. Senorita... - kapitan uchylił lekko głowę przed de La Vegą, a potem dotknął rąbka swego kapelusza, gdy witał się z Inez.
Dziewczyna oczywiście nie raczyła mu odpowiedzieć na jego pozdrowienie ani też obdarzyć go najmniejszym gestem szacunku jak dygnięcie. Pogardzała tym człowiekiem z całego serca i nie zamierzała udawać, że jest inaczej. Oczywiście też nie był to przejaw dobrego wychowania, ale ponieważ tłum się zebrał na całym placu i panował dość duży gwar, mogła śmiało udawać, iż nie słyszała pozdrowień kapitana, co też oczywiście zrobiła.
- Cieszy mnie, że przybyliście państwo na egzekucję - powiedział kapitan do de La Vegów - Wszyscy obywatele Los Angeles powinni widzieć to wydarzenie. To bardzo ważne dla całego miasta.
- I dla pańskiej władzy, oczywiście - powiedziała złośliwie Inez.
Alejandro lekko ją skarcił, choć w duchu podzielał jej zdanie w tej sprawie.
- Oczywiście, senorita. Jestem jedynie reprezentantem Jego Wysokości, króla Hiszpanii. Ale moją władzę sprawuję zgodnie z wolą Jego Ekscelencji gubernatora i co za tym idzie, samego króla. Kto więc podważa moją władzę, podważa władzę Jego Ekscelencji, a ten, kto podważa władzę Jego Ekscelencji, podważa władzę samego króla. Tego więc darować nie można. Jako wierny sługa króla muszę dbać o to, aby władza w jego koloniach była sprawowana w sposób właściwy. Dlatego też muszę dbać o to, aby autorytet mojej władzy był nienaruszalny.
- Babcia zawsze mi powtarzała, że autorytet trzeba budować sobie powoli i stopniowo, a nie oczekiwać go tylko na zasadzie posiadanego urzędu - stwierdziła nie bez złośliwości w głosie Inez.
Monastario parsknął śmiechem, słysząc te słowa. Nie zamierzał na poważnie brać słów starej Indianki i jej wnuczki, która je bezmyślnie powtarza.
- Pani babcia ma rację, ale nie uwzględnia faktu, że urzędnicy królewscy są osobami, których władzy ani też kompetencji nie powinno się w żaden sposób podważać. Jeżeli bowiem podważa się ich władzę bądź kompetencje, podważa się wobec tego władzę i kompetencje samego króla, który tych urzędników wybrał.
- Aha, a zatem krytykując pana, krytykuje się samego króla?
- Nie do końca to mam na myśli. Chodzi o to, że jeżeli urzędnicy popełniają błędy, trzeba im pomóc je naprawić, a nie podważać ich władzę lub próbować im ją odebrać. To niepatriotyczne.
- Doprawdy? To ciekawy sposób myślenia. Wobec tego powinien pan chyba powywieszać pół Los Angeles, jeżeli nie prawie całe. Bo wątpię, aby tutaj więcej niż zaledwie garstka ludzi była zadowolona z pana postępowania.
- Droga pani, zapewniam panią, że jest pani w błędzie. Osoby niezadowolone z naszej władzy nigdy nie skazuje się na śmierć za posiadanie takich, a nie innych poglądów. Mendoza z kolei spiskował przeciwko Jego Ekscelencji z pobudek jak najbardziej egoistycznych, dlatego zasłużył na wyrok, który go spotkał.
- Dziwne jednak jest, że skazał go na śmierć pański piesek, a nie prawdziwy i wykwalifikowany sędzia.
Alejandro uciszył Inez wymownym ruchem ręki i powiedział:
- Proszę wybaczyć mojej córce. Zwykle mówi to, co myśli.
- To jest zaletą młodych i pięknych dam - odpowiedział życzliwie Monastario - Jak również ich przywilejem, że mogą to robić bez politycznych konsekwencji. Pod warunkiem oczywiście, iż nie próbują spiskować przeciwko Koronie. A nasza droga senorita Inez przecież nie spiskuje.
- I bardzo tego żałuję - burknęła Inez.
Monastario wybuchnął radosnym śmiechem, słysząc jej słowa, które uznał za dobry żart. Trudno mu było bowiem sobie wyobrazić pannę de La Vega jako kogoś stojącego na czele groźnego dla jego władzy spisku.
- Inez, proszę cię! - syknął ze złością Alejandro, po czym spojrzał na kapitana i dodał: - Panie kapitanie, choć moja córka nie umie trzymać języka na wodzy, to jednak posiadam podobne podejście do jej. Uważam, że to sędzia Varka powinien wydać wyrok w tej sprawie. Zastępowanie go kimś innym wywołało całkowicie panu niepotrzebne wzburzenie w mieście.
- Dlatego właśnie cały plac otacza wojsko - powiedział z wyraźną satysfakcją w głosie kapitan - To uspokoi ewentualne zamieszki w mieście. A co do senora Pinii, to zapewniam państwa, że posiada on wszelkie kompetencje do prowadzenia przewodów sądowych. Kompetencje oraz prawo.
- Nikt nie podważa praw ani kompetencji pana Pinii, ale mimo wszystko też należy pamiętać o tym, że ludzie inaczej mogą do tego podchodzić - zauważył z lekkim politowaniem w głosie Alejandro.
- Ludzie nie są douczeni w kwestii prawa i nie wiedzą ani nie rozumieją lub też nie chcą rozumieć, jak ono funkcjonuje - odpowiedział Monastario - Wierzę wszakże w to, że z czasem ja i alkad zdołamy stworzyć społeczeństwo całkowicie świadome tego, jakie jest prawo oraz w jaki sposób należy go przestrzegać i to co do najmniejszej litery.
- Jaki piękny plan - zakpiła sobie Inez.
- To moja wizja - odrzekł jej Monastario, nie wyczuwając kpiny w jej głosie lub też udając, że jej nie dostrzega.
- A zatem jest pan człowiekiem z wizją. Gratuluję - rzuciła szyderczo Inez - I po to pan też siedzi na koniu? Aby mieć lepszy widok na realizację swojej wizji?
- Proszę wybaczyć mojej córce, kapitanie. Ma charakterek po babci - rzekł pojednawczo Alejandro - Żywię nadzieję, że wie pan, co pan robi i pana dzisiejsze postępowanie nie obróci się kiedyś przeciwko panu i ogólnie władzy Korony. Jako lojalny sługa króla muszę panu zwrócić na to uwagę, zgodnie zresztą z prawem, jakie mi przysługuje i o jakim pan przed chwilą wspominał.
- Dziękuję panu, Don Alejandro, ale może być pan pewien, że wiem, co robię i że nie zaszkodzi to w żaden sposób Koronie.
- Oby tak było - powiedział Alejandro, nie do końca jednak przekonany do słów swego rozmówcy.
Monastario uśmiechnął się do niego w sposób nieprzyjemny, po czym spytał:
- A gdzie pańska żona? A pański syn, Diego?
Alejandro spojrzał na niego uważnie, jakby doszukując się jakichś podejrzeń względem siebie ze strony kapitana, po czym odrzekł:
- Moja żona nie lubi takich widowisk, a co do Diego, poszedł załatwić jakieś swoje sprawy. Miał się zjawić, ale chyba już tego nie zrobi. Odnoszę wrażenie, że także nie lubi takich widoków. Zresztą nie musi przecież oglądać tego widowiska stąd. Z okna w oberży też będzie wszystko widać, może nawet i lepiej. O ile, rzecz jasna, zechce oglądać takie widowisko. Ja i moja córka też nie przyszlibyśmy, gdyż z całym szacunkiem, panie kapitanie, takie widoki nie sprawiają nam najmniejszej nawet przyjemności, ale chciałem ostatni raz spojrzeć w oczy swego przyjaciela i go pożegnać.
- Postawa godna szacunku - powiedział Monastario z uśmiechem na twarzy - Kiedy już przywiozą więźnia, pozwolę panu się z nim pożegnać. No i oczywiście wyspowiadać się, jeżeli Mendoza poczuje potrzebę spowiedzi.
Te ostatnie słowa wypowiedział dlatego, że dostrzegł wśród ludzi w pobliżu szubienicy ojca Felipe, oczekującego możliwości udzielenia Mendozie ostatniego namaszczenia.
Tymczasem w końcu wjechał na plac wóz ze skazanym. Jednak zawartość jego była zgoła inna, niż to sobie wyobrażali wszyscy. Zamiast bowiem siedzącego na nim związanego Joaquina Mendozy zobaczyli sierżanta Garcię i czterech jego podwładnych, wszystkich bardzo mocno związanych i leżących na wozie. Konie zaprzężone do wozu pędziły przed siebie, ciągnąc swój balast za sobą. Mendozy nigdzie nie było. Ludzi zaszokowało, nikt nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć. W końcu jednak kapitan Monastario, kiedy już zdołał się otrząsnąć po szoku, jakiego doznał, podjechał konno do wozu i wezwał żołnierzy, aby coś z tym zrobili. Żołnierze zatrzymali więc wóz, po czym wskoczyli na niego i rozwiązali prędko sierżanta i jego podwładnych.
- Garcia, co tu się stało?! Co wy wyprawiacie?! Gdzie jest Mendoza?!
Żołnierze leżący na wozie powoli się podnieśli i zeskoczyli na ziemię. Jako ostatni zrobił to sierżant Garcia, przy okazji jęcząc niemiłosiernie, gdyż przy jego tuszy taka czynność sprawiała mu lekki kłopot. Dodatkowo był załamany, że nie zdołał wypełnić rozkazu i być może za chwilę spotka go za to kara.
- Panie kapitanie... Nieszczęście... Tragedia... Mendoza... On... On...
- Co on?! Gdzie on jest?! - wrzasnął na niego komendant.
- On... On uciekł, panie kapitanie.
Monastario wyglądał, jakby miał zaraz dostać szału. Wściekły złapał Garcię za poły jego munduru i wrzasnął:
- Dokąd uciekł?! I w jaki sposób?! Jak jeden człowiek mógł pokonać pięciu żołnierzy?!
- Nie był sam. Pomógł mu tajemniczy człowiek o imieniu Zorro - powiedzieli chórem żołnierze z eskorty.
- Zorro? - zdziwił się kapitan.
Teraz dopiero dostrzegł na brzuchu sierżanta wyciętą szpadą dużą literę Z. Puścił wówczas swego podwładnego i w szoku powtórzył:
- Zorro? To znaczy lis.
- Co za Zorro? Kto to jest, sierżancie? - zapytał Pinia, podchodząc do obu rozmówców.
- Nie wiem, proszę pana. To jakiś człowiek ubrany na czarno. Przedstawił się jako obrońca uciśnionych czy jakoś tak - zameldował Garcia.
Monastario zlekceważył jego słowa i spojrzał na adwokata z wyraźną furią w oczach.
- Ktoś tutaj robi nam bardzo brzydki figiel. Już ja się dowiem, kto to taki.
Następnie krzyknął:
- Żołnierze, na koń! Ścigać Mendozę! Nie mógł daleko uciec!
Ledwie zdążył dokończyć rozkaz, nagle coś świsnęło i jego kapelusz zleciał mu z głowy, przeszyty strzałą, która wbiła się w wóz do wożenia więźniów. Widok strzały wzbudził panikę wśród ludzi, którzy z miejsca zaczęli krzyczeć, że oto teraz Indianie ich atakują i wielu z nich próbowało rzucić się do ucieczki, ale obecność na placu żołnierzy, tworzących wielki kordon wokół całego placu, uniemożliwiła im to. Zaczęli się więc z nimi szarpać, próbując ich usunąć z drogi.
Monastario jednak nie zwracał na to wszystko uwagi. Spojrzał w kierunku, z którego poleciała strzała, czyli w stronę dachu pobliskiego budynku, ale nikogo tam nie zobaczył. Zapewne ten ktoś już się schował, korzystając z zamieszania, które właśnie wybuchło. Zresztą na chwilę obecną nie miało to dla pana kapitana większego znaczenia. Wyrwał strzałę z wozu, wyjął ją ze swego kapelusza i nagle zobaczył, że do strzały jest coś przywiązane. Jakaś owinięta wokół strzały kartka papieru. Odwiązał ją, rozwinął i przeczytał jej treść, która brzmiała następująco:

Drogi kapitanie Monastario,

Od dzisiejszego dnia proszę mnie uważać za swojego wroga. Jeżeli jeszcze raz skaże pan na śmierć niewinnego człowieka, wrócę i ukażę Pana dotkliwiej niż teraz. Z dniem dzisiejszym bowiem wypowiadam wojnę wszelkiej niegodziwości i podłości z Panem na czele. Może Pan to śmiało uznać za otwarte wypowiedzenie Panu wojny.

Podpisano:
Zorro.


Monastario odczytał głośno ów list, a żołnierze z eskorty, sierżant Garcia oraz Pinia wypowiedzieli z przerażeniem ostatnie słowo, widniejące na podpisie.
- Zorro... A zatem mamy nowego wroga, burzyciela porządku publicznego, a także łotra próbującego uzurpować sobie prawo do wymierzania swojej własnej wersji sprawiedliwości - powiedział Monastario, gniotąc w dłoni list - Ale zapłaci mi za to, ten łotr! Zapłaci!
Wtem na plac wjechał galopem jakiś tajemniczy jeździec ubrany na czarno. Dosiadał on również czarnego konia o pięknej, czarnej grzywie. Czarna peleryna, mocno umocowana na ramionach nieznajomego, powiewała dziko na wietrze. Gdy już ów tajemniczy osobnik znalazł się przy szubienicy, zawołał głośno:
- Witam wszystkich! Cieszę się, że mogłem się z wami zobaczyć, gdyż bardzo chcę was przeprosić, ale niestety, dzisiaj przedstawienie się nie odbędzie. Senor Mendoza ma nieco inne plany niż odgrywanie roli wisielca. Ale przysłał mnie w zastępstwie, abym was zabawił.
- To on! To Zorro! - zawołał przerażony Garcia.
- Aresztować tego łotra! - krzyknął Pinia.
Żołnierze już się rwali do wykonania tego rozkazu, gdy nagle Zorro, wciąż nie tracąc dobrego humoru, zawołał:
- Zaiste jesteście odważnymi ludźmi, przyjaciele. W kilkudziesięciu chcecie złapać jednego człowieka?
- Zostawcie go! - krzyknął Monastario do żołnierzy.
Ci zdumieli się, ale posłuchali rozkazu i stanęli jak wryci, oczekując jakichś kolejnych poleceń od swego dowódcy, który jednak tylko dodał:
- Sam się z nim rozprawię.
To mówiąc, dobył szpady i odrzucił kapelusz na bok, aby mu nie przeszkadzał w czasie walki. Zorro zadowolony zeskoczył z konia, wyjął szpadę i przechylił kapelusz na tył głowy, aby mu było wygodniej walczyć.
- Widzę, że przeczytał pan mój list, kapitanie - powiedział wesoło.
- Obraziłeś mnie tym listem i poniesiesz za to konsekwencje, ty bandyto! - zawołał bojowo Monastario, próbując nadać swemu głosowi powagi.
- Ja jestem bandytą? A co mam powiedzieć o człowieku, który tyranizuje ten lud i przeprowadza ustawione procesy, rzekomo działając dla dobra kraju?
Monastario nie wytrzymał tych kpin i zaatakował Zorro. Ludzie rozstąpili się, aby ułatwić przeciwnikom pojedynek. Kapitan zaciekle nacierał na człowieka w czerni, ten jednak ze stoickim spokojem odpierał każdy jego atak, złośliwie się przy tym uśmiechając, czym doprowadzał swego przeciwnika do jeszcze większej furii i niekontrolowanych, gwałtownych ataków z jego strony.
- Ciekawe, kto to taki? - zapytała Inez, z zachwytem obserwując walkę.
Miała oczywiście na myśli Zorro.
- Nie wiem, ale wspaniale walczy szpadą - odpowiedział jej Alejandro - Jaka szkoda, że twój brat nie może tego zobaczyć. Mógłby się wiele nauczyć.
Tymczasem Zorro odpierał spokojnie ataki kapitana, a gdy poczuł, że już ma dość tej zabawy, przeszedł do natarcia, ale tak precyzyjnego, że Monastario zaczął się cofać i nie zauważył, że robiąc to, zaczyna się wspinać na szubienicę. Zorro jednak wciąż go atakował, zmuszając cały czas do odwrotu, aż trafili na zapadnię. Tam nagle Zorro wykonał niezwykle zwinny ruch ręką i szpada kapitana wyleciała mu z furkotem z dłoni i opadła na bok. Monastario zaś wywrócił się i upadł na deski szafotu. Zorro przyłożył mu ostrze swojej broni do piersi i zapytał:
- Poddaje się pan, kapitanie?
- Poddaję się. I tak nie mam innego wyjścia - odpowiedział kapitan ze złością w głosie.
- Zasadniczo nie ma pan - odparł zadziornym tonem Zorro - Niech pan więc dobrze zapamięta tę lekcję, którą dzisiaj panu daję. Niech pan lepiej dopilnuje, aby każdy proces w tym mieście był uczciwie przeprowadzony. Jeżeli będzie inaczej, to wrócę tu i się zemszczę. A to niech panu przypomina o mnie.
Po tych słowach machnął zwinnie szpadą trzykrotnie i wyciął na lewej piersi komendanta literę Z. Oczywiście nie naruszył skóry, jedynie materiał stroju, ale i tak na wszystkich obecnych zrobiło to ogromne wrażenie.
- Niech pan dobrze zapamięta tę lekcję, panie kapitanie. Pański gruby sierżant z pewnością nigdy jej nie zapomni.
- Senor Zorro, muszę się w pewnej kwestii nie zgodzić - odezwał się z lekką nieśmiałością Garcia - Nie jestem gruby, tylko puszysty.
- W porządku, mój puszysty sierżancie - zachichotał Zorro - Mam nadzieję, że moje kolejne interwencje tutaj nie będą już potrzebne.
- Żołnierze, brać go! - krzyknął Monastario.
Słysząc to, Zorro zachichotał zadziornie, po czym kopnął swego przeciwnika w kolano, a gdy ten zawył z bólu, złapał pętlę szubienicy i zarzucił mu ją na stopę, po czym podskoczył do dźwigni od zapadni i wprawił ją w ruch, przez co zapadnia opadła i Monastario wylądował głową w dół tuż nad ziemią, wisząc za nogę na szubienicy.
- Żegnajcie, przyjaciele! - zawołał wesoło Zorro i zagwizdał.
Jego wierny koń podbiegł do szafotu, a osobnik w czerni zwinnie wskoczył na siodło i złapał za lejce, nie zważając na wymierzone w jego kierunku muszkiety i dodał:
- Adios wszystkim!
Następnie pognał w kierunku wylotowym z miasta, bez najmniejszego trudu odpychając kilku żołnierzy, którzy dojechali do niego i próbowali go zatrzymać. Tłum zaczął dziko skandować jego imię, Monastario wrzeszczał na żołnierzy, aby go uwolnili, a ci w zamieszaniu wpadali na siebie, nie wiedząc właściwie, co mają zrobić najpierw: czy ścigać przestępcę, czy też może uwolnić komendanta. Kilku co prawda rzuciło się w pościg, a jeden z nich, najbardziej gorliwy, próbował za Zorro strzelać, ale skandujący głośno imię mściciela w masce ojciec Felipe bardzo dyskretnie wymierzył mu cios łokciem w twarz, nokautując go w ten sposób i nie dopuszczając do tego.
Zorro zaś uciekał dalej, aż dojechał do pewnej uliczki, na której stał rząd beczek ustawionych na wozie w piramidę. Ową piramidę podtrzymywała oparta o ziemię długa belka. Zorro zwinnie przejechał obok niej, po czym złapał za bicz i trzasnął nim sprawnie, owijając koniec swej broni wokół owej belki, jednocześnie nie przerywając galopu. Jeden mocny ruch ręki i belka odskoczyła, piramida się zawaliła i beczki opadły na ziemię, odcinając pościgowi drogę. Żołnierze nie byli w stanie przeskoczyć przez tę przeszkodę i zatrzymali się ze złością przed nią, zaś Zorro tylko zachichotał, pociągnął konia tak, że ten stanął dęba na ułamek sekundy i pognał przed siebie, znikając w oddali.

Rozdział XIII

Rozdział XIII Wypowiedzenie wojny Tłum zebrał się już pod szubienicą, oczekując na rozpoczęcie egzekucji, a ta już niedługo miała mieć swój ...