Rozdział XI

Rozdział XI

Proces

Zgodnie z tym, co powiedziała Inez, proces Joaquina Mendozy odbył się już następnego dnia. Skazańcowi nie dano czasu na to, aby porządnie przygotował się do obrony, jak również nie dano mu adwokata. I nic w tym dziwnego. Był w końcu człowiekiem oskarżonym o zdradę stanu, a takim nie przysługiwali adwokaci. W każdym razie nie według kapitana Monastario, który miał tutaj decydujący głos. Alkad oczywiście nie mógł w tej sprawie nic zrobić. Twierdził, że dowody są jednoznaczne i nie można ich w żaden sposób podważyć, zaś upór Mendozy, który wciąż twierdzi, że jest niewinny oraz nie wydał żadnego ze swoich wspólników, przemawia przeciwko niemu. Rzecz jasna to było tylko takie gadanie. Alejandro de La Vega podejrzewał, że albo Pinia, albo też sam Monastario mieli coś na alkada i dlatego ten nie sprzeciwiał się ich postępowaniu w żaden sposób. Mimo to zjawił się na procesie sądowym, aby być obecnym w czasie jego trwania i wesprzeć swego sąsiada i przyjaciela, choćby tylko dobrym słowem i pokazać mu, że nie wierzy w jego winę. Czuł co prawda, że niewiele to pomoże, ale też był zdania, iż jako szlachcic i przyjaciel nie może postąpić inaczej, choć z pewnością proces będzie dla niego nad wyraz bolesnym doświadczeniem, podobnie jak i dla reszty.
Oprócz niego na procesie zjawili się wszyscy znaczniejsi obywatele miasta, w tym inny sąsiad de La Vegów, Ignazio Torres, który podobnie jak Alejandro był oburzony postępowaniem komendanta, ale w przeciwieństwie do swego sąsiada, nie ukrywał tego. Alejandro wolał trzymać nerwy na wodzy i jeżeli już krytykować zachowanie kapitana, to tylko w sposób spokojny i bez słów, które dobry prawnik mógłby odebrać jako zapowiedź puczu i zdrady stanu, za co oczywiście kapitan miałby prawo go aresztować. Choć w Alejandro krew się burzyła na to, co miało miejsce w jego ukochanym mieście i chwilami żałował bardzo, iż nie zrobił nic, aby temu zapobiec i nie pozwolił ojcu Felipe skręcić Monastario karku, to jednak zdrowy rozsądek wziął górę nad emocjami i ostatecznie panował nad językiem, aby nie wypuścić z ust słów, których może pożałować nie tylko on, ale i jego cała rodzina. W końcu bycie mężem i ojcem zobowiązuje. Żałował tylko, że nie może liczyć na Diego, który co prawda zachowywał się rozsądnie, ale też jakoś sprawiał wrażenie niezbyt przejętego tym, co się działo w mieście. Ojciec wszak sprowadził go po to, aby mu pomógł znaleźć właściwy sposób na pokonanie kapitana. Liczył, że mądrość Diego, jaką z pewnością nabył podczas studiów, połączona jeszcze z wykształceniem oraz erudycją, jaka zawsze cechowała jego pierworodnego sprawi, iż doradzi mu on coś mądrego lub użyje swoich wpływów, jakie z pewnością na studiach zawarł, aby obalić komendanta. On jednak nie robił nic, tylko ciągle sobie czytał książki, jeździł do wioski Indian, kręcił się po okolicy i właściwie nic poza tym nie robił. Alejandro zdecydowanie nie tego oczekiwał po swoim synu.
- Najdroższy, moim zdaniem źle oceniasz Diego - powiedziała Carmen de La Vega do swojego męża - Nie powinieneś tego robić i pochopnie go oceniać. Ja tak czuję, że on robi więcej niż nam się wydaje i niż chce, aby nam się wydawało.
- Skąd możesz to wiedzieć? - zapytał zdumiony Alejandro.
- Nie wiem tego. Ja po prostu to czuję. Widzisz, matki czują takie rzeczy.
- A ojcowie nie?
- Niektórzy tak. Inni zaś nie. Zajrzyj w głąb swojego serca, Alejandro. Oboje dobrze wychowaliśmy naszego syna. Nie może być człowiekiem żałosnym, jak się tego obawiasz. Nie jest też bierny. Na pewno działa i robi coś dobrego dla nas, a i być może też dla całej Kalifornii.
- Nie masz takiej pewności, najmilsza.
- Nie mam, ale mam wiarę, że tak właśnie jest. Zaufaj mu, Alejandro. Zaufaj naszemu synowi. Być może jeszcze nas pozytywnie zaskoczy.
- Dlaczego nam jednak nic nie mówi?
- Nie wiem. Może ma swoje powody? Poza tym... Jest dorosły i ma prawo do swojego własnego życia. Nie odbierajmy mu go i nie wypytujmy zbytecznie. Jak zechce, to sam nam wszystko powie.
- Obyś miała rację, Carmen. Obyś miała rację.
Alejandro de La Vega, siedząc pomiędzy innymi ludźmi na widowni sądu wraz ze swoją żoną, synem i córką, przypomniał sobie tę rozmowę i poczuł nagle w sercu wielką nadzieję, że niedługo tak się stanie, jak mówi jego połowica, że ich wspólny syn pokaże jeszcze, co potrafi i pokaże, iż jest godzien nazwiska, które nosi. Na razie jednak myśl o tym przerwał mu początek procesu sądowego. A miał on miejsce wtedy, kiedy Pinia wszedł na salę, ubrany w czarną togę i białą perukę sędziowską. Wówczas to zaczęło się przedstawienie, które Alejandro w myślach nazywał farsą, gdyż nikt przy zdrowych zmysłach nie wziąłby tego czegoś, czego mieli być teraz świadkiem, za prawdziwy proces. Już samo jego zorganizowanie tego dowodziło, a nic nie zapowiadało, aby przebieg miał być lepszy.
- Oskarżony, proszę wstać - powiedział tonem prawdziwego sędziego Pinia.
Mendoza powoli powstał z ławy oskarżonych. Nie spieszył się z tym, gdyż chciał okazać pogardę zarówno Pinii, jak i urzędowi, który w jego opinii zbrukał ten nędzny prawnik. Pinia dostrzegł to bez trudu, podobnie jak i Monastario, który jednak zachował spokój na tyle, na ile to potrafił.
- Jak brzmi akt oskarżenia? - zapytał Pinia.
- Wysoki Sądzie, oskarżony Joaquin Mendoza dopuścił się zdrady stanu - odpowiedział Monastario, który bardzo szybko odnalazł się w roli prokuratora oraz świadka oskarżenia w jednym - Słał listy do swoich przyjaciół w Monterey, chcąc ich pozyskać do obalenia rządu ustanowionego w Kalifornii przez miłościwie nam panującego króla Hiszpanii. Planował spisek mający na celu zamordowanie Jego Ekscelencję gubernatora, jak również mnie i szanownego powszechnie, obecnego tutaj alkada Los Angeles, a potem oddanie władzy innemu mocarstwu. Dowodem tego jest ten oto list, który znaleziono przy jego służącym, a który to służący miał za zadanie zawieć do przyjaciół oskarżonego w Monterey.
To mówiąc Monastario zaczął wymachiwać trzymanym przez siebie listem w taki sposób, aby wszyscy mogli go zobaczyć.
- Za zgodą Wysokiego Sądu odczytam teraz ten list, aby wszyscy mogli w pełni zobaczyć ogrom zbrodni tego człowieka.
- Wyrażam zgodę - powiedział Pinia.
Monastario odczytał na głos list, którego treść wszyscy wysłuchali z uwagą, lecz praktycznie nikt z obecnych na sali ludzi nie miał wątpliwości, że jest on tylko i wyłącznie zwykłą farsą, podobnie jak i ten proces. Wiedział o tym również sam oskarżony, który po zakończeniu przez kapitana lektury listu rzekł:
- Ten list jest od pierwszego do ostatniego słowa jednym wielkim kłamstwem. Kłamstwem, które wymyśliliście sobie wy dwaj, aby mnie zniszczyć!
- Milczeć! Sąd nie udzielił ci głosu! - krzyknął Monastario.
- Niech mówi! Niech broni prawdy! - rozległ się głośny wrzask - A może się boicie prawdy, panowie sędziowie?!
Głos tak odważnie wykrzykujący te słowa należał do ojca Felipe. Monastario spojrzał na niego ze złością w oczach i powiedział:
- Wielebny ojcze... Radziłbym nie wypowiadać się w kwestiach, na których się ojciec nie zna.
- Co, łotrze przeklęty?! Boisz się, że prawda wyjdzie na jaw?! A może sam napisałeś ten list razem z tym swoim pieskiem w sędziowskiej peruce?!
Monastario zacisnął pięść ze złości, po czym odpowiedział:
- Przez wzgląd na twój stan duchowny, drogi ojcze, nie wyciągnę od ciebie za twoje słowa żadnych konsekwencji. Uważaj jednak, aby cierpliwość sądu się nie wyczerpała, gdyż nie zniesie ona obrazy swojej godności.
- Ten sąd nie ma godności! Bo to nie sąd, tylko jedna wielka farsa! - krzyknął z wściekłością Felipe.
- Prawda! Gdzie jest prawdziwy sędzia?! Gdzie są świadkowie oskarżenia i obrony?! Czy poza tym listem nie macie żadnych dowodów winy?! - dodał bojowo jeden z kawalerów.
Był to Ignacio Torres, człowiek wysoki i szczupły, bardzo postawny, mający około pięćdziesięciu lat, o czarnych włosach, choć mocno przyprószonych siwizną, z delikatnym wąsem oraz niebieskimi oczami, które teraz ciskały dziko błyskawice w kierunku kapitana.
- Dowodów? Czy ten list nie jest dla was dostatecznym dowodem? - zapytał Monastario - A zresztą, skoro tak bardzo tego chcecie, możemy przedstawić wam jeszcze jeden. Świadka zbrodni popełnionej przez oskarżonego.
Po tych słowach dał znak żołnierzom, którzy wprowadzili na salę sądową sługę Mendozy. Szedł on powoli i lekko kulał, a jego twarz zdobił poważny siniak. Było wyraźnie widać, że został pobity. Mendoza przeraził się na jego widok.
- Santiago... Co ci się stało? Co oni ci zrobili? - zapytał zaniepokojony.
- Proszę oskarżonego, aby się nie odzywał bez zgody - powiedział Pinia, po czym spojrzał na sługę - Mów, człowieku. Co wiesz o zbrodniach swojego pana?
Santiago spojrzał załamanym wzrokiem na Mendozę, po czym odparł:
- Mój pan planował z kilkoma swoimi sąsiadami zamach na Jego Ekscelencję gubernatora, a także komendanta Monastario.
- To nieprawda! - zawołał Mendoza.
- Milcz! - uciszył go kapitan - A ty mów dalej!
Santiago westchnął głęboko i zaczął mówić o rzekomym spisku, który miał na celu obalenie rządu Jego Królewskiej Mości i zamordowanie kilku ważnych osób w całej Kalifornii. Oskarżenia sypały się z jego ust jedno po drugim, a Mendoza z przerażeniem słuchał tego wszystkiego, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy. Długo milczał, aż w końcu powiedział:
- Wysoki Sądzie, czy mogę zwrócić się do świadka?
- Proszę bardzo - łaskawie zezwolił Pinia.
Mendoza podszedł do Santiago i patrząc na niego uważnie, zapytał:
- Mój biedaku, powiedz mi, dlaczego to wszystko mówisz? Przecież wiesz, że nic z tego wszystkiego nie jest prawdą. Ani jedno słowo. Oni zmusili cię do tego, prawda? Zmusili cię do tego? Torturowali cię? Mój biedny Santiago. Co też oni ci zrobili?
Santiago milczał, a Mendoza mówił dalej:
- Powiedz, czy zastraszyli cię? Grozili twoim bliskim? Czy to dlatego teraz mówisz te wszystkie rzeczy? Dlatego mnie oskarżasz?
Santiago wciąż milczał i Mendoza prędko zrozumiał, że dalsza obrona jest bezcelowa, podobnie jak i próba rozmowy ze swoim sługą, dlatego jej zaniechał. Monastario zaś bardzo zadowolony rozkazał:
- Żołnierze, wyprowadzić świadkam!
Jego podwładni wykonali rozkaz, a kapitan stanął na środku sali i powiedział:
- Myślę, że dowodów więcej tutaj nie potrzeba. Oskarżony Joaquin Mendoza dopuścił się jawnej zdrady wobec króla i kraju, jak również wobec całego stanu Kalifornia. Knuł spiski i próbował dokonać zamachów na życie nie tylko moje, ale też i Jego Ekscelencji gubernatora. Wyrok zatem w tej sprawie może być tylko jeden. Śmierć.
Na sali podniosła się wrzawa i oburzenie, ale Pinia uspokoił ją, dzwoniąc ze złością dzwonkiem i waląc młotkiem sędziowskim.
- Cisza, bo każę opróżnić salę! Czy oskarżony chce coś jeszcze powiedzieć, zanim wyrok zostanie wydany?
Mendoza powoli wstał z ławki oskarżonych i odparł:
- Cokolwiek bym teraz powiedział, nic już nie zmieni mojego położenia. Wy już dawno na mnie wydaliście wyrok. Ten sąd to jedna wielka farsa. A to miejsce, to nie jest sala sądowa, tylko cela śmierci. Nie będę się więc przed wami bronił, bo i tak nie ma to żadnego sensu. Wy dwaj i tak mnie powiesicie, cokolwiek bym nie powiedział i cokolwiek nie zrobił.
Na sali podniosła się wrzawa i znowu Pinia musiał ją uspokoić. Alejandro, obserwując to wszystko, zacisnął pięść ze złości. Widać było, że kusi go, aby już przerwać milczenie i krzyknąć, co sądzi o takim procesie, ale żona, jakby czując, co on chce zrobić, położyła mu dłoń na pięści i popatrzyła na niego z uwagą, aby go uspokoić, co szczęśliwie poskutkowało.
- Oskarżony nie zamierza się bronić, jednak zatwardziale utrzymuje, że jest niewinny i to nawet wtedy, gdy przytoczyliśmy mu jawne dowody jego zbrodni - powiedział po chwili Monastario - Wina jego jest oczywista, dlatego domagam się dla niego kary śmierci przez powieszenie.
Na sali rozległy się ponownie krzyki oburzenia i tym razem Pinia z trudem zdołał je jakoś uspokoić, ale wtem Inez zerwała się ze swojego miejsca, wzięła się pod boki i głośno krzyknęła:
- Nie macie prawa go skazywać! Nie jesteście sędziami! Gdzie jest sędzia Varka?! Tylko on ma prawo wydawać wyroki w tak ważnych sprawach!
Alejandro próbował uspokoić córkę, również Diego chciał to zrobić, ale Inez kompletnie ich zlekceważyła i zawołała:
- No! Kto wam dał to prawo?! Gdzie jest prawdziwy sędzia?!
- Zgodnie z prawem, kiedy go nie ma, można go zastąpić osobą kompetentną - odpowiedział na to Monastario - Senor Pinia posiada wszelkie kwalifikacje w tym zakresie.
- Doprawdy? Senor Pinia, a któż ci je dał? Któż ci dał te kwalifikacje?
Po tych słowach Inez spojrzała na tymczasowego sędziego, oczekując na jego odpowiedź.
- Jego Ekscelencja gubernator Kalifornii - odparł na to Pinia.
- Wobec tego nie wie on, jak mało kompetentny jesteś - powiedziała złośliwie Inez bardzo bojowym tonem - Bo jesteś tylko, Wysoki Sądzie, nędznym sługusem naszego kapitana. Nędznym, gdyż bez niego jesteś niczym!
Pinia zacisnął zęby oraz pięść ze złości, aby zapanować nad gniewem, z kolei Monastario z uwagą popatrzył na Inez, będąc pełen podziwu dla jej temperamentu i odwagi. Do tego rozbawiła go uwaga, że Pinia bez niego nic nie znaczy, dlatego też powoli skłonił się w jej kierunku na znak szacunku i powiedział:
- Droga senorita… Nieopatrznie jest wypowiadać takie słowa. Wybaczę je jednak pani, ponieważ wiem, iż kieruje nią jedynie niewiedza, jakże pasująca do pani młodego wieku. Także przez wzgląd na twą rodzinę, pani, zapomnę o twoim przewinieniu. Jednakże proszę cię, nie przeszkadzaj już dłużej w posiedzeniu sądu.
- To nie sąd, tylko jedna wielka farsa! - zawołała Inez, ale ojciec pociągnął ją za rękę i usiadła na swoim miejscu ponownie.
- Jaki jest wyrok, Wysoki Sądzie? - zapytał Monastario Pinię.
- Winny - odpowiedział Pinia, a z całej sali dobiegły odgłosy oburzenia.
Monastario z satysfakcją spojrzał na Mendozę i powiedział:
- Jutro w południe skazany zostanie stracony publicznie. Oczekujemy od was, drodzy obywatele, że wszyscy przyjdziecie to zobaczyć. Niechaj ten wyrok będzie nauczką dla wszystkich spiskowców, którzy chcą zdradziecko obalić rządy Jego Królewskiej Mości i jego urzędników. Wyprowadzić skazanego!
Żołnierze ujęli pod pachę Mendozę i wyprowadzili go z sali, a zebrani w niej ludzie zaczęli głośno bojkotować. Nic im to jednak nie dało. Wyrok został już w tej sprawie wydany i nic nie mogli na to poradzić.
Tylko niewielu ludzi milczało w trakcie całego procesu. Jednym z nich był Diego de La Vega, w którego głowie kiełkował już właśnie plan, co zrobić w tej sytuacji.

Rozdział X

Rozdział X

Przyszedł czas na bohatera

Diego przebywał w wiosce Szuonów, gdzie wraz z Bernardo i Szarą Sową trenował swojego nowego, wiernego przyjaciela Tornado. Koń jak dotąd był pod opieką babci naszego bohatera, która go wychowywała od źrebaka i uczyła go tego i owego, wykorzystując do tego zdolności indiańskie, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Koń oczywiście chłonął z uwagą wszystkie jej nauki, ale mimo to przez długi czas nie pozwolił się nikomu dosiąść, a jeśli już, to szybko zrzucał z siebie jeźdźca i ten zrozumiał, że z tej relacji przyjaźń na pewno nie wyniknie. Nikt nie zdołał tego dokonać, nawet Wartki Potok, choć ten dokonał aż kilku prób, ale wszystkie musiał okupić bolesną dla swego siedzenia porażką. Dopiero Diego zdołał przekonać do siebie konia i odnaleźć z nim wspólny język, dzięki czemu dość szybko obaj się zaprzyjaźnili, a młody de La Vega odwiedzał pięknego, czarnego ogiera za każdym razem, gdy tylko miał taką możliwość. A podczas tych wizyt jeździł na nim, ćwiczył z nim różne sztuczki i sprawdzał jego umiejętności oraz swoje własne. Szybko okazało się, że obaj mają ze sobą wiele wspólnego i potrafią to wykorzystać do wspólnych galopów przez stepy lub do wykonywania różnego rodzaju ćwiczeń, jak np. przeskakiwanie przez przeszkody, czy takie nieco mniej skomplikowane, jak chociażby przybieganie konia na specjalne gwizdnięcie swego pana. To ostatnie było dla dość niepokornego konia dość trudne, ale Diego za radą babci łatwo znalazł na to sposób, częstując go marchewką lub cukrem za każde dobrze wykonane ćwiczenie.
- Doskonale, Diego. Doskonale - powiedziała z zachwytem w głosie Szara Sowa, gdy obserwowała kolejne sztuczki wykonywane przez swego wnuka i jego nowego przyjaciela - Aż przyjemnie się na was patrzy. Stanowicie doskonały duet. Jestem pewna, że razem dokonacie naprawdę wielkich czynów.
- Ale ja jeszcze nie wiem, czy jakichkolwiek dokonam, babciu - odpowiedział Diego, zeskakując zwinnie z konia i wyjmując z kieszeni kostki cukru - Nie wiem też, czy Tornado chciałby brać w nich udział.
Szara Sowa uśmiechnęła się z delikatnym pobłażaniem, gdy to usłyszała.
- Proszę cię, Diego. Przecież to widać wyraźnie, że obaj jesteście ze sobą nie tylko zgrani, ale i oddani sobie nawzajem. Widać również i to, iż Tornado by za tobą poszedł w ogień.
- Obym nie musiał sprawdzać jego wierności w tej kwestii. Nie chcę nikogo na takie niebezpieczeństwa narażać - rzekł na to młody de La Vega, lekko przy tym klepiąc konia po szyi.
Bernardo popatrzył z uwagą na swego pana, po czym pokazał coś na migi.
- Cieszę się, że tak mówisz, przyjacielu, ale nie mogę oczekiwać od nikogo takiego rodzaju poświęcenia - odparł na to z uśmiechem pełnym wzruszenia Diego - Nawet jeśli każde z was bez wahania oddałoby za mnie życie, ja nie mam prawa od was tego wymagać.
- Gdybyś tego wymagał, nie byłbyś godny takiego poświęcenia - powiedziała Szara Sowa - Tylko ktoś, kto o to nie prosi, może zasługiwać na takich przyjaciół.
Diego uśmiechnął się wzruszony tymi słowami, a Bernardo skinął delikatnie głową na znak, że całkowicie podziela to zdanie. Nagle jednak odwrócił się, bo usłyszał tętent kopyt i chciał zobaczyć, kto się zbliża. Dostrzegł wówczas Inez w kobiecym stroju do konnej jazdy i szybko dotknął ramienia Diego, aby zwrócić na siebie jego uwagę.
- Co się stało? - zapytał młody de La Vega.
Bernardo pokazał dłońmi zarys piersi i długie włosy, a potem jazdę konno.
- Ktoś tu jedzie? Kobieta? Inez?
Sługa potwierdził.
- Babciu, schowaj szybko Tornado - polecił Diego - Lepiej, żeby moja siostra, bywająca między ludźmi w mieście nie wiedziała, jakiego mam konia. Może on mi się jeszcze przydać i nikt nie powinien skojarzyć go ze mną.
- Dobrze, Diego - odparła Szara Sowa i złapała Tornado za uzdę - Chodź, przyjacielu. Na razie musisz być w ukryciu.
Po tych słowach oddała konia Wartkiemu Potokowi, ten zaś szybko zabrał ogiera do pobliskiej jaskini, w której często musiał się ukrywać. Chwilę później przyjechała Inez.
- Witaj, siostrzyczko. Co cię tutaj sprowadza? - zapytał przyjacielskim tonem Diego.
- Niestety, nie odwiedziny u babci, braciszku, choć bardzo bym tego chciała - odpowiedziała na to jego młodsza siostra, zwinnie zeskakując z konia - Sprowadza mnie niestety niewesoła sytuacja.
- A co się stało? - zapytał Diego.
- Coś z rodzicami? - dodała niespokojnie Szara Sowa.
- Z rodzicami wszystko w porządku, to znaczy na tyle, na ile to możliwe, ale tu chodzi o naszego sąsiada, Joaquina Mendozę - odparła Inez.
- Mendozę? A co się stało? - przeraził się Diego.
- Dziś rano wojsko go aresztowało.
- Pod jakim zarzutem?
- Podobno szykował spisek do odłączenia Kalifornii od Korony Hiszpańskiej i przyłączenia jej do Stanów Zjednoczonych.
- CO?! - zawołali zdumieni Diego i Szara Sowa.
- Przecież Mendoza to wierny sługa Korony. Nigdy nie przyszłoby mu to do głowy - powiedział Diego.
- To całe oskarżenie z pewnością jest fałszywe, Inez - dodała Szara Sowa.
- Na pewno, babciu, ale znaleźli przy nim jakieś dowody, które podobno mają świadczyć jasno o tym, że jest zdrajcą - mówiła dalej Inez - Jestem pewna tego, że Monastario i ten jego parszywy prawnik sfałszowali je, ale oczywiście nie możemy im tego udowodnić.
- Z pewnością proces dowiedzie jego niewinności. Sędzia Varka jest jednym z najuczciwszych sędziów w całej Kalifornii.
- Ale sędzia obecnie przebywa w Monterey i nie zdąży wrócić do jutra.
- Do jutra? - zapytał zdumiony Diego - Jak to, do jutra?
- Monastario chce poprowadzić proces już jutro, zanim sędzia zdąży do nas przyjechać. Pinia zastąpi sędziego w roli przewodniczącego sądu. On wyda wyrok.
- Nie może! To niezgodne z prawem!
- Może, braciszku. Widzisz, od jakiegoś czasu panuje prawo, że sędzia może zostać zastąpiony przez miejscowego prawnika, jeśli nie może się zjawić osobiście na procesie.
- Ale w takim wypadku powinni poczekać na przybycie sędziego - zauważyła Szara Sowa.
Diego jednak z przerażeniem złapał się za głowę i jęknął:
- Nie muszą. Proces o zdradę może być przeprowadzony szybko i sprawnie. A wręcz tego się wymaga od miejscowych władz. Zdrajcy muszą być karani bardzo szybko, aby nie zdołano ich odbić.
- No właśnie. Senor Mendoza jutro będzie sądzony - powiedziała Inez, której głos był coraz bardziej zdesperowany - Ojciec nie wie, co robić. Żałuje teraz, że nie pomógł Mendozie w słaniu listów do gubernatora i pochwalał przestrzeganie prawa. Ale nic nie może zrobić. A ojciec Felipe grozi, że zabije kapitana, jak tylko go dostanie w swoje ręce.
- Oby tylko obaj nie zrobili żadnego głupstwa - rzekł Diego zaniepokojonym tonem.
Inez popatrzyła na niego z ironią w oczach i powiedziała:
- Oni przynajmniej coś robią, a ty? Przyjeżdżasz tu sobie na pogaduszki i nie wiesz, co się dzieje na świecie, a kiedy się dowiadujesz, umiesz tylko gadać.
- Inez, więcej szacunku do brata! - zawołała oburzona Szara Sowa - Poza tym, co twoim zdaniem powinien zrobić Diego?! Rzucić się ze szpadą w dłoni na cały garnizon i zginąć, próbując odbić Mendozę z więzienia?
- Nie wiem, co powinien zrobić, ale jest mężczyzną i to w nim ojciec pokłada największe swoje nadzieje. A odkąd tu przybył, nic nie zrobił. A ojciec jest już coraz bardziej zdesperowany. Obawiam się, że zrobi w końcu coś głupiego. Jak dotąd nie złamał prawa, jednak im więcej na to wszystko patrzy, tym większą ma na to ochotę. I wcale mu się nie dziwię. Gdybym była mężczyzną, to złapałabym za szpadę i...
- I zgniłabyś w więzieniu lub na szubienicy - powiedziała ze złością Szara Sowa - Naprawdę uważasz, że w ten sposób cokolwiek byś osiągnęła? Uwierz mi, nie osiągnęłabyś nic. Nie rób więc głupstw, bo w ten sposób tylko narobisz sobie kłopotów i nam zresztą też.
- Ale...
- Żadnych „ale”, Inez. Uspokój się teraz, jedź do ojca i pilnuj, żeby również nie robił żadnych głupstw. Diego niedługo do ciebie dołączy.
Autorytet, jakim cieszyła się u swoich wnuków stara Indianka, podobnie jak i stanowczy ton jej głosu sprawiły, że Inez de La Vega uspokoiła się, ochłonęła, po czym wskoczyła na konia i wykonała polecenie. Gdy już zniknęła za horyzontem, Szara Sowa spojrzała na wnuka i powiedziała:
- Uważam, że nadszedł czas, Diego. Nadszedł czas, aby bohater wkroczył do akcji.
Diego spojrzał na babcię, potem na Bernardo i powiedział:
- Masz rację. Pora już najwyższa, żeby ktoś zrobił porządek z kapitanem.

Rozdział IX

Rozdział IX

Przejęty list

Niedługo po wydarzeniach wcześniej przez nas ukazanych, z Los Angeles wyjechał pewien człowiek w stroju podróżnym. Jego ubiór był dość skromny, co by wskazało na to, iż nie jest to człowiek majętny i można śmiało było wysnuć taki wniosek, że nie jest on panem swego losu, a w każdym razie nie w całkowitym tego słowa znaczeniu. Był on, krótko mówiąc, po prostu sługą możnego pana, który posłał go z listami do krewnych bądź przyjaciół i z tego też właśnie powodu człowiek ów w ten jakże miły, słoneczny dzień opuścił tereny miasta i zaczął się kierować w kierunku miasta Monterey. Jechał konno, dlatego liczył na to, że dość szybko dotrze on do celu swej podróży i przekaże listy adresatom. Listy te chował w skórzanej torbie, którą miał przewieszoną przez prawe ramię, dlatego był o nie całkowicie spokojny. Nie spodziewał się też żadnych przeszkód, bo w końcu kto by niby chciał na niego napaść? Nie przewoził ze sobą nic cennego i nie wyglądał też na kogoś, kto by mógł posiadać przy sobie pieniądze bądź kosztowności. Tak więc człowiek ów nie spodziewał się, aby ktoś miał mu przeszkodzić w wykonaniu jego zadania, a już zwłaszcza bandyci, których widok jego skromnego stroju oraz zwykłej torby na listy z pewnością zniechęci do ryzykowania i próby marnowania na niego ich cennego czasu.
Z takimi oto myślami sługa jechał spokojnie w kierunku Monterey, mając przy tym solidną nadzieję, że zdoła wypełnić misję powierzoną mu przez swego pana tak, jakby on tego od niego oczekiwał. Nie spodziewał się oczywiście przy tym żadnych poważniejszych komplikacji, tylko takie, jakie były konieczne. Ale tych się nie obawiał. W końcu nie miał nic do ukrycia. A w każdym razie za takiego człowieka chciał uchodzić.
Po drodze musiał, zgodnie z prawem, zatrzymać się przy pobliskiej oberży, gdzie oddział wojska, cały czas tu stacjonujący, poddał go rewizji, aby sprawdzić, czy nie ma przy sobie żadnych przemyconych bądź kradzionych rzeczy. Przy okazji też sprawdzili listy, jakie posiadał przy sobie. Ponieważ za czasów kapitana Monastario prywatność korespondencji w praktyce nie istniała, a pretekstem tego była obawa przed zamachami na wysokich urzędników państwowych oraz obawa przed spiskami szpiegów obcych mocarstw, listy zostały otwarte i przeczytane. Nie znaleziono w nich jednak niczego, co mogłoby stanowić podstawę do zatrzymania ich i przekazania kapitanowi, dlatego też dowódca ponownie zapieczętował listy i oddał je słudze, mówiąc:
- W porządku, możesz jechać.
- Dziękuję panu - odpowiedział sługa, kłaniając się nisko.
Już miał wyjść, kiedy nagle usłyszał stanowczy męski głos, który całkowicie mu to uniemożliwił:
- Chwileczkę.
Do pokoju wszedł kapitan Monastario, który przebywał akurat w pobliżu i chciał się upewnić, że inspekcja podróżnego z Los Angeles przebiega prawidłowo. Znał bowiem tego podróżnego, rozpoznał go jako sługę Mendozy, człowieka, który zdecydowanie był mu nieprzychylny. Dlatego uznał, że lepiej będzie przyjrzeć się temu wysłannikowi z należytą uwagą.
- Czy pokazał wszystkie listy? - zapytał kapitan dowódcę oddziału.
- Tak jest, kapitanie - odpowiedział dowódca.
- Czy ich treść jest poprawna politycznie?
- Oczywiście, żadnej w nich zresztą polityki. Tylko sprawy rodzinne.
- Właśnie, panie komendancie. Mój pan nie bawi się w politykę. Szkoda mu na nią czasu - odparł na to sługa, kłaniając się nisko - Czy mogę już iść?
- Chwileczkę... Zaraz pojedziesz - odparł na to ponuro kapitan - Ale najpierw pokaż mi swój płaszcz.
Sługa zmieszał się, nie wiedząc, co ma zrobić. W jego zmieszaniu jednak kapitan dostrzegł autentyczny strach. Uznał, że człowiek, który ma czyste sumienie z pewnością nie zachowywałby się w taki sposób. Zrozumiał więc, że wpadł na właściwy trop i powtórzył polecenie, ale tym razem stanowczym tonem:
- Pokaż mi swój płaszcz!
Ponieważ sługa nie palił się do wykonania tego polecenia, kapitan dał rozkaz żołnierzom i ci przytrzymali biedaka i siłą zerwali z niego płaszcz. Monastario zaś bardzo dokładnie obmacał płaszcz i jego kieszenie, ale niczego nie znalazł. Mimo to szukał dalej, aż poczuł lekkie wybrzuszenie w jednej z kieszeni. Choć nic tam nie było, to jednak można było tam wyczuć coś prostokątnego. Wyjął nóż i rozpruł materiał, po czym wydobył z niego zapieczętowany list.
- No proszę, ptaszku - powiedział ironicznym głosem - Twierdziłeś mi tutaj przed chwilą, że nie masz żadnego innego listu. A to co jest twoim zdaniem?
Sługa milczał, więc kapitan podle zachichotał i otworzył list, po czym z wielką uwagą zaczął go czytać. Jego treść zdecydowanie mu się nie spodobała. Wściekły zgniótł list w dłoni, o mało nie drąc go na kawałki. Szybko jednak się zreflektował i powiedział do żołnierzy:
- Aresztować tego szpiega!
Sługa na próżno zaklinał się na wszystkie świętości tego świata, że nie jest żadnym szpiegiem, a listy przekazane mu przez jego pana są niewinne, ale nic mu to nie dało. Jeden z żołnierzy uciszył go uderzeniem pięści, a pozostali związali go i na polecenie kapitana kilku z nich przewiozło go do więzienia w Los Angeles. Sam zaś Monastario pojechał tam jeszcze szybciej, aby się naradzić na temat tego, co właśnie miało miejsce. Wiedział, że jego wspólnik powinien o tym wszystkim wiedzieć, gdyż ostatecznie dotyczy to ich obu.
Wspólnikiem, o którym jest tutaj mowa, był oczywiście Licenciado Pinia. Jak zwykle przebywał on o tej porze w swoim domu na obrzeżach miasta. Był to dom, który trudno było uznać za skromny. Jego wnętrze zdobiły liczne dzieła sztuki, takie jak obrazy czy rzeźby, a także sporo książek znanych pisarzy. Widać było po nich, że właściciel tego domu lubi otaczać się pięknymi przedmiotami, a raczej pięknymi i drogimi. Monastario, kiedy zwiedzał ten dom, zastanawiał się, ileż to matactw finansowych musiał dokonać Pinia, aby postawić sobie taki dom i czuł zawsze, że też chciałby taki posiadać. Miał nadzieję, iż dzięki swoim staraniom osiągnie wkrótce ten cel, który póki co pozostawał jedynie w sferze marzeń.
- Witaj, Enrique. Co cię tu sprowadza? - zapytał Pinia, kiedy tylko Monastario wszedł do jego gabinetu.
Prawnik wcale się nie zdziwił, gdy służba zaanonsowała mu przybycie do jego domu samego komendanta Los Angeles. Niejeden raz już kapitan u niego bywał i zwykle robili wtedy swoje interesy, jednak zwykle umawiali się na takie spotkania, czasami wszakże komendant przybywał do niego bez zapowiedzi. Jeżeli jednak już to robił, to zawsze tylko i wyłącznie z ważnego powodu. Pinia uznał, że teraz też musi być taki powód, inaczej Monastario nie fatygowałby się do niego i nie chciałby rozmawiać tutaj, gdzie nikt z żołnierzy ich nie podsłucha.
- Ważne sprawy dotyczące nas obu. Oto, co mnie sprowadza - odpowiedział kapitan na pytanie prawnika - Lepiej sobie przeczytaj ten list.
To mówiąc wydobył on z kieszeni złożony w czworo papier odebrany tego dnia słudze Mendozy i pokazał go Pinii.
- Co to jest? - zapytał prawnik.
- List, który Mendoza podstępem próbował przesłać przez swojego sługę. Pisze on do gubernatora o naszych działaniach i prosi o interwencję, ale w miarę możliwości dyskretną, ponieważ czuwamy i jeżeli on oficjalnie przyjedzie, to z pewnością przygotujemy się na jego przyjazd i zadbamy o to, aby nie odkrył on naszych machlojek i jawnego łamania praw obywatelskich.
Pinia parsknął śmiechem i powiedział:
- Bystry z niego człowiek. W sumie rzeczywiście tak byśmy zrobili, czyż nie?
Po tych słowach przeczytał list i przekonał się, że Monastario ma rację i tak właśnie jest napisane w piśmie od Mendozy.
- Rzeczywiście, tak właśnie tutaj pisze. Jak chciał przewieźć ten list i uniknąć zarazem naszej rewizji?
- Jego sługa miał zaszyty ten list w płaszczu.
- Sprytne. Naprawdę sprytne. Przyznaję, że nie doceniałem Mendozy. Dotąd sądziłem, że potrafi tylko gadać lub słać oficjalną pocztą skargi przeciwko nam. Skargi, które oczywiście przejmowaliśmy i niszczyliśmy. Nie doceniałem go. Mój błąd. Ale więcej się nie powtórzy.
- Ciebie to śmieszy, człowieku? - mruknął z irytacją w głosie Monastario.
- A ciebie nie? Przecież wszystko układa się po naszej myśli.
- Niby co takiego? Pomyśl tylko, człowieku! Skoro raz wysłał taki list, to go może wysłać ponownie.
- Może wysłać, to prawda. Ale nie musi, jeśli tylko odpowiednio się do tego zabierzemy.
- Słusznie. Każę go natychmiast aresztować.
- Chwileczkę, przyjacielu. Tylko spokojnie - powiedział Pinia z uśmiechem pełnym złośliwości na twarzy - Za co niby chcesz go aresztować?
- Za spisek przeciwko nam.
- To za mało. Opinia społeczna będzie zbulwersowana. Już zresztą jest.
- Od tego mamy wojsko, aby ją uspokoić.
- Wojskiem nie rozwiążesz każdego problemu. Tutaj trzeba subtelniejszej metody działania. Takiej, przeciwko której nawet gubernator, jeśli się o wszystkim dowie, nie będzie miał nic przeciwko.
- Co zatem proponujesz?
- Znaleźć dowody przeciwko Mendozie. Takie, których nie zdoła się wyprzeć przed sądem, nawet jeśli nie będzie miał o nich zielonego pojęcia.
- Nie rozumiem.
- Zaraz zrozumiesz. Daj mi chwilkę.
To mówiąc wyjął kartkę papieru, zanurzył pióro w kałamarzu, po czym zaczął pisać, co chwila zerkając na oryginalny list autorstwa Mendozy. Monastario z baczną uwagą obserwował jego poczynania, nie bardzo wiedząc, co ma o tym wszystkim myśleć, czuł jednak, że to wszystko wyjdzie im na dobre, jak zwykle zresztą. Ostatecznie przecież to dzięki temu obaj ze sobą współpracowali, gdyż obaj umieli wspomóc siebie nawzajem w swoich działaniach: Monastario użyczał Pinii swojej władzy, a Pinia Monastario swojego prawniczego sprytu. Oczywiście nie oznaczało to, aby kapitan był głupi i nie był zdolny wymyślić sprytnej intrygi, ale jego intrygi były raczej proste i polegały na rozwiązaniach siłowych, z kolei zaś plany Pinii zwykle były sprytne, wyrachowane i opierały się na różnych kruczkach prawnych lub niezwykle sprytnych oszustwach. W ten sposób zdołał on bez trudu fałszować raporty do gubernatora na temat podatków, które pobierali od mieszkańców Los Angeles. Były one za wysokie, ale gubernator o tym nie miał zielonego pojęcia, ponieważ zawsze dostawał tyle, ile było ustalone. Nadwyżkę podatków Pinia i Monastario chowali do swoich kieszeni, a odpowiedni raport prawnika sprawiał, że gubernator nie zadawał zbędnych pytań. Wszystko dzięki sprytowi jednego człowieka, Licenciado Pinii. Kapitan z uwagą go obserwował i zastanawiał się, ile tak naprawdę z nadwyżki podatków przekazuje jemu, czy rzeczywiście równą połowę, czy może uszczknął z tego wszystkiego dla siebie o wiele więcej? Tego nie wiedział, jak i nie miał pewności, czy aby na pewno Pinia nie tworzy prawdziwych raportów na temat podatków, choć to wydawało mu się być absurdem. Bo w końcu, po co Pinia miałby to robić i ryzykować przy okazji swoje stanowisko i może nawet uwięzienie? Chyba, że chciałby wmówić w razie czego gubernatorowi, iż to kapitan go do wszystkiego zmusił i on nie miał w tej kwestii żadnego wyboru. Ale i tak ryzyko było zbyt wielkie, dlatego Monastario, choć niekiedy miewał takie obawy, to bardzo szybko je odrzucał, uznając je za coś, co nie ma prawa bytu. Co innego kraść nadwyżkę podatków do swojej kieszeni, co kapitan był w stanie łatwo zrozumieć. Sam też to robił i nie zdziwiłoby go to, gdyby ten sprytny złodziejaszek chciałby okraść jego przy podziale zysków. Sam zapewne zrobiłby to samo, będąc na jego miejscu. Nie robił tego zaś dlatego, że zawsze to Pinia zbierał podatki i potem dzielił w jego obecności pieniądze na dwoje. Nie wiadomo więc, ile z tego wszystkiego podstępny prawnik zachował w swojej kieszeni. I szczerze mówiąc, kapitan nie chciał go o to pytać.
- Proszę, oto ukończony list Mendozy - powiedział po chwili Pinia, gdy już skończył pisać - Zobacz sam. Co o tym sądzisz?
Monastario zaczekał, aż prawnik posypie świeżo napisany list piaskiem, po czym zdmuchnie go lekko i papier będzie można przeczytać. Gdy to zrobił, kapitan wziął list do ręki i zaczął go czytać:

Drogi przyjacielu,

Spieszę Ci donieść, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Zwolennicy nasi już się zbierają i szykują do zbrojnej akcji. Coraz bliżej nam do tego, abyśmy mogli chwycić za broń i zwrócić się przeciwko naszym ciemiężycielom, którzy nas gnębią i prześladują, odbierając prawo do wolności. Wierność Hiszpanii oraz jej królowi już coraz mniej w tym miejscu znaczy. Niedługo zaś będzie znaczyć tyle, co nic, gdyż będzie niczym. Zbieramy się i czekamy tylko na sygnał do ataku, aby móc przejść do aktywnego działania. Broń już mamy, ludzi także. Tylko trzeba dać im sygnał. Najpierw weźmiemy się za Los Angeles i zabijemy kapitana Monastario i jego żołnierzy, jak również tego parszywego prawnika Pinię. Potem przejdziemy do kolejnych miast, a także do Monterey, zabijemy gubernatora i wtedy Hiszpania straci wszystkich swoich najważniejszych urzędników w kraju. Spieszę też Ci donieść, wierny mój druhu, abyś się nie bał interwencji ze strony Hiszpańskiej Korony, ponieważ nasi przyjaciele ze Stanów Zjednoczonych obiecują nam swoją pomoc. Pozyskali również przychylność kilku polityków, którzy nas poprą, po czym dokonają wszelkich niezbędnych formalności ku temu, aby Kalifornia stała się kolejnym zjednoczonym stanem.
Bądźmy zatem gotowi do walki, mój przyjacielu, gdyż czas się zbliża. Czekaj na nasz sygnał i czyń dalej to, co czyniłeś do tej pory. Wkrótce nadejdzie nasze zwycięstwo i wolność dla nas wszystkich. Precz z tyranią hiszpańską! Niech żyje wolna Kalifornia!

Twój wierny przyjaciel,
Joaquin Mendoza.


Monastario uśmiechnął się zadowolony, po czym wziął do ręki oryginalny list i porównał pismo z niego do pisma Pinii. Był pod wrażeniem tego, co zobaczył.
- Jest niemal identyczne. A właściwie całkiem identyczne - powiedział.
- Całkiem nie jest, ale wystarczy, aby zadowolić gubernatora i wszystkich, którzy by uważali nasze działanie za niezgodne z prawem - odpowiedział mu na to Pinia - To ten list oficjalnie znalazłeś zaszyty w płaszczu sługi Mendozy. A oto, co robię z prawdziwym listem.
To mówiąc Pinia wyjął oryginalny list Mendozy z dłoni kapitana i wrzucił go do kominka, po czym zadowolony obserwował, jak zamienia się on w popiół. W popiół całkiem nieszkodliwy dla ich działalności.
- Teraz możesz aresztować Mendozę - rzekł zadowolony prawnik.
Monastario uśmiechnął się z zachwytu i spytał:
- Powiedz mi tylko jedno, Pinia. Dlaczego w liście nie wymieniłeś żadnych nazwisk?
- Za duże ryzyko. Ludziom by się to wydało zbyt podejrzane.
- Dlaczego?
- A ilu spiskowców, twoim zdaniem, pozostawia w listach pisanych wprost nazwiska swoich wspólników? Raczej niewielu, jeżeli oczywiście którykolwiek to robi. Poza tym jeszcze nie wiemy tego, którzy obywatele są całkowicie naszymi wrogami, a których możemy sobie pozyskać. Lepiej więc nie palić za sobą mostów i zachować dla siebie otwartą furtkę.
Monastario ponownie się uśmiechnął i powiedział:
- Przyjacielu, z takim sprytem albo wylądujesz wkrótce na szubienicy, albo zostaniesz sławnym politykiem. Osobiście obstawiam to drugie, ponieważ masz umysł godny prawdziwego polityka.
- Nie obrażaj mnie - odparł ironicznie Pinia.

Rozdział VIII

Rozdział VIII

Ojciec Felipe

Diego było bardzo przykro, że musiał udawać przed wszystkimi kogoś, kto nie ma najmniejszej ochoty przeciwstawić się kapitanowi Monastario i jego jakże podłym rządom, choć tak naprawdę w głębi serca aż gotował się do tego, aby ująć w dłoń szpadę i stanąć z nim do walki. Dobrze jednak wiedział, że jeżeli zrobiłby to, nie zmieniłby wcale sytuacji w Los Angeles. Na miejsce kapitana przyszedłby kolejny i może wcale nie lepszy, poza tym dochodziła do tego jeszcze kwestia kary za zabójstwo z premedytacją, za którą to przewinę prawo karało zawsze surowo. Oczywiście była szansa, że gdyby to był honorowy pojedynek, wówczas nikt by Diego nie ukarał, bo ostatecznie pojedynek pomiędzy dwoma kawalerami to co innego niż zabójstwo. Ale i tak prawo rozmaicie zapatrywało się na pojedynki, bo nie były one zakazane, lecz te zakończone śmiercią jednego przeciwnika zwykle były karalne, choć nie zawsze. Wiele zależało tutaj od sędziego, a także od tego, jak się przedstawi przed nim całą sprawę. Diego czuł, że może trafić na sędziego uczciwego, ale co, jeśli tak się nie stanie? Poza tym, dobrze wiedział, iż zabicie kapitana w pojedynku będzie ostatecznością, której wolał uniknąć. Nigdy w życiu jeszcze nikogo nie zabił i nie chciał tego zmieniać. Ponadto wolał nie ujawniać całemu światu, jak znakomitym szermierzem jest. Wolał, aby ludzie widzieli w nim raczej kogoś nieszkodliwego, gdyż wtedy mógłby łatwiej oszukać innych wrogów, którzy by chcieli przybyć do Los Angeles. Nigdy bowiem nie wiadomo, kto i kiedy tutaj zechce przyjechać i jakie będzie miał zamiary. Lepiej zatem, aby nie było powszechnie znaną informacją, że Diego de La Vega jest znakomitym szermierzem oraz walecznym człowiekiem, gdyż wtedy wrogowie będą się mieli przed nim na baczności, a przecież łatwiej ich pokonać, kiedy zlekceważą go jako zagrożenie i nie będą się mieć na baczności.
Takie właśnie myśli towarzyszyły Diego w chwili, gdy leżał w łóżku i układał sobie w głowie wszystko, co dzisiaj go spotkało. Był to bardzo owocny dzień, a wszelkie wydarzenia, jakie miały w nim miejsce, były ciekawe i dawały mu do myślenia. Sprawiały, że wiedział, iż jego pobyt w Los Angeles na pewno będzie owocował w liczne ciekawe wydarzenia, interesujące przygody i z całą pewnością nudno tutaj nie będzie. Choć, jak tak o tym sobie myślał, to czuł, że chyba już by wolał, aby w Los Angeles było potwornie nudno, ale przynajmniej nie było tego podłego łotra, kapitana Monastario, który krzywdzi mieszkańców i to jeszcze w imię prawa. Już Diego by wolał, aby jego jedynym zmartwieniem w życiu było to, iż rodzice chcą go ożenić i kazać mu płodzić tłuste dzieci i doglądać winnic. O wiele bardziej już wolałby taką rzeczywistość niż tę, która go otaczała. Wiedział jednak dobrze, iż narzekanie na to, co się dzieje wokół niego nic nie zmieni. Musi zaakceptować to, że świat, który tak bardzo kiedyś kochał, nie jest już tym samym miejscem, nie jest już tak idealny i piękny, jak go zapamiętał z dzieciństwa, ale z pewnością ma wciąż w sobie coś z dawnych, dobrych czasów i o to coś warto walczyć. I Diego wiedział, że będzie walczył i nieważne, ile czasu mu to zajmie i jak bardzo będzie się przy tym musiał namęczyć. Wiedział, że pokona kapitana i odbierze mu władzę, to było dla niego czymś oczywistym. Podobnie jak i to, iż swoją walkę mógł prowadzić jedynie samemu lub ewentualnie z Bernardo. Nie mógł ryzykować tego, że ktoś z jego bliskich będzie narażony na tak wielkie niebezpieczeństwo. Już samo narażanie wiernego sługi i mlecznego brata było ryzykowne, ale cóż... Miło było mieć w tej walce choć jednego sojusznika, a poza tym Bernardo był obecny w chwili, gdy Diego już układał sobie w głowie pierwsze szczegóły swego planu działania, dlatego chcąc nie chcąc, musiał go wciągnąć w swoją działalność. Ale inni nie mogli o tym już wiedzieć. Nawet matka. Udawanie przed nią, w ramach realizacji swoich planów, nie było czymś przyjemnym, ale koniecznym. Kiedyś opowie jej wszystko. Jej i ojcu i siostrze i wszystkim godnym zaufania osobom. Ale to dopiero w przyszłości. Wtedy, gdy Monastario zostanie ostatecznie pokonany i ich już więcej nie zagrozi jego rodzinie i bliskim. Wszystko im wtedy opowie.
Z takimi oto myślami, Diego zasnął i poleciał do krainy Morfeusza. Jakie miał sny, tego nie pamiętał, gdy wstawał następnego dnia, jednakże uznał, że nie jest to na tyle istotny szczegół, aby miał go zapamiętywać. Zamiast tego ubrał się, zszedł na dół do swojej rodziny, po czym zjadł z nimi śniadanie, rozmawiając przy tym o różnych sprawach, o jakich może tylko rozmawiać szczerze kochająca się rodzina. Nie poruszali tematów politycznych, uważając wyraźnie, że na ten temat przyjdzie jeszcze czas. Szczególnie tego tematu unikał Alejandro, którego twarz na siłę próbowała ukryć wielką troskę. Diego jednak wiedział, iż jego ojciec nie jest zbyt dobrym aktorem i dlatego nie zdziwiło go to, że pomimo swoich usilnych starań, troski i niepokoju, jakie malowały mu się na twarzy, nie jest on w stanie w żaden sposób ukryć. W każdym razie nie przed nim.
- Dlaczego ojciec się tak niepokoi? - zapytał sam siebie w duchu Diego - Czy to może ma coś wspólnego ze wczorajszą rozmową? Czyżby ojciec albo ktoś z naszych sąsiadów coś zaplanował i przeszedł od słów do czynów? Jeśli tak, to oby te czyny były rozważne. Inaczej wszyscy możemy zapłacić za to życie.
Historia nieraz pokazywała, że za bezmyślność jednostki potrafi cierpieć cała grupa. Diego wiedział doskonale, iż w tym wypadku byłoby tak samo i dlatego był niespokojny o to, co też zaplanował ojciec i jego sąsiedzi. W przeciwieństwie do Alejandro, jego syn był naprawdę zdolnym aktorem i umiał ukryć swoje emocje, a nawet udawać takie, które nie kierowały nim w danej chwili. Pamiętał jeszcze, jak w dzieciństwie wygłupiał się przed Inez i Lolitą, gdy przebierał się wraz z nimi w różne zabawne stroje i wspólnie odgrywali sceny z książek, które razem w trójkę przeczytali. Wszyscy wtedy udawali kogoś, kim nie byli i całkiem nieźle im to wychodziło. Diego czuł, że teraz zdolność ta może być na wagę złota i błogosławił w duchu chwile, kiedy bawili się w taki zwariowany sposób.
Po śniadaniu Alejandro wezwał Diego do siebie i poprosił go, aby zawiózł ojcu Felipe kilka książek, które wcześniej od niego pożyczył. Młody de La Vega bez wahania się na to zgodził, bo bardzo chciał odwiedzić misję prowadzoną przez znajomego mnicha i przy okazji porozmawiać z nim. Wiedział, że nie może mu powiedzieć tego, co planuje, ale czuł, iż musi w jakiś sposób wyjaśnić mu, że źle go ocenia i niesłusznie potępia, zarzucając mu najgorsze cechy charakteru. Bardzo mu zależało na szacunku tego człowieka, który znał go od maleńkości i dlatego też bardzo chciał go odzyskać, oczywiście nie za cenę zdemaskowania. Nie wiedział jeszcze, w jaki sposób to zrobi, ale rozmowa na misji będzie najlepszym chyba na to sposobem. Dlatego wziął książki, wskoczył na konia, zabrał ze sobą Bernardo, po czym ruszył w drogę.
- Widziałem, jak rozmawiałeś z matką, mój przyjacielu - powiedział Diego do swego sługi - Bardzo mi przykro, że wzbudzamy w biednej Dolores smutek oraz niepotrzebne współczucie nad tobą, ale co możemy poradzić? Ja moją matkę także muszę oszukiwać, przynajmniej chwilowo. Taka jest cena konspiracji. Musimy zachować jak największą tajemnicę. Im mniej osób wie, co planujemy, tym lepiej dla nas i dla nich.
Bernardo pokiwał smutno głową na znak, że się z nim zgadza, po czym nagle pokazał coś na migi. Diego zrozumiał to bez trudu i odpowiedział:
- Niestety, jeszcze dokładniej nie wiem, co mamy zrobić. Nie mam jeszcze w tej kwestii żadnego planu. Ale kto wie? Może inspiracja przyjdzie na nas dzisiaj?
Jechali przez pewien czas, prowadząc ze sobą jedynie taką dość sporadyczną rozmowę. Nie chcieli ryzykować, że ktoś tutaj ich podsłucha, dlatego nie mówili ze sobą na tematy poważne, pomijając te poważne i niezbędne, choćby omówienie niezbędnego dla nich planu działania.
W końcu jednak dotarli na miejsce i Diego uśmiechnął się, kiedy tylko to miejsce zobaczył. Poznał je bez trudu, chociaż dawno tu nie był. Kościół otoczony murem, mający w obrębie tego muru również budynki mieszkalne, ogród i kilka jeszcze innych rzeczy.
- Och, Bernardo... Przypominają mi się stare, dobre czasy, kiedy byliśmy obaj dziećmi. Pamiętasz, Bernardo? Tak wiele dni spędziliśmy tutaj. Tak wiele bardzo pięknych i beztroskich dni.
Po tych słowach wjechali powoli na teren misji. Pracujący tam w ogrodzie Indianie zwrócili na niego uwagę, ale tylko chwilowo, bo upewniwszy się, że jest on przyjacielem i nie chce robić im problemu, wrócili do swoich zajęć. Diego zaś i Bernardo spokojnie wjechali do środka, zostawili konie Indianinowi, który był tu stajennym, po czym Diego poprosił swego sługę, aby zaczekał, a sam wziął książki i poszedł szukać ojca Felipe. Podejrzewał, że zastanie go w jego gabinecie i się nie pomylił. Mnich siedział właśnie nad jakimiś papierami i czytał je z uwagą, na tyle wielką, że nawet nie zauważył, iż Diego wszedł do jego gabinetu. Zwrócił na niego uwagę dopiero wtedy, kiedy ten go pozdrowił. Oderwał wtedy wzrok od swoich papierów, po czym uśmiechnął się do niego i rzekł:
- Diego! Witaj, chłopcze. Co cię tu sprowadza?
Po tych słowach wstał od biurka i uściskał przyjaźnie młodzieńca.
- Chciałem ci oddać książki, padre. Ojciec powiedział, że już je przeczytał i bardzo ci za nie dziękuje. Naprawdę bardzo ciekawa lektura. Tak mówił.
Felipe uśmiechnął się zadowolony i odebrał książki od młodzieńca.
- Podziękuj ojcu. To dla mnie przyjemność, sprawiać radość moim wiernym przyjaciołom. I nie ma również dla mnie większej przykrości niż sprawianie im przykrości.
To mówiąc spojrzał na Diego i rzekł:
- Bardzo mi przykro, mój chłopcze, że wczoraj cię tak skrzyczałem. Wybacz mi, proszę. Nie panowałem wtedy nad sobą. To wszystko, co się ostatnio dzieje w tym mieście, po prostu mnie dobija. A jeszcze bardziej dobija mnie moja własna bezsilność. Chciałbym pomóc, a nie mogę zrobić nic. W końcu co może byle mnich jak ja? Może dlatego tak bardzo chcę, żeby inni coś robili, bo sam nie mogę zrobić nic? Wiesz co, Diego? Im więcej o tym wszystkim myślę, tym bardziej mi w głowie krążą słowa poprzedniego właściciela tej misji.
- Jakie to były słowa?
- Im mniej jest w nas talentu do poświęcenia, tym więcej oczekujemy go od innych. Niestety, wczoraj spotkało to mnie. Użyłem wtedy przykrych słów wobec moich przyjaciół, a zwłaszcza wobec ciebie, za co teraz serdecznie przepraszam.
- Nie gniewam się na ciebie, padre. To normalna rzecz, ulegać emocjom.
- Normalna, ale nie zawsze rozsądna, jeśli w ogóle rozsądna. Niestety, Diego. Niestety, za długo byłem żołnierzem, abym umiał być teraz zwyczajnym mnichem o spokojnym usposobieniu. Gdy widzę niesprawiedliwość, ręka mnie świerzbi i przyłapuję się na tym, iż instynktownie łapię się za bok, szukając szabli, którą tu kiedyś miałem, a którą mam obecnie zawieszoną na ścianie. Nie przystoi takie zachowanie mnichowi. Ale naprawdę, im więcej nieprawości tu widzę, tym więcej we mnie chęci, aby zrzucić habit, ponownie wdziać mundur i pokazać wszystkim łotrom, na co mnie stać.
Po tych słowach zacisnął dłoń w pięść i pomachał nią w bezsilnej złości.
- Wiele się zmieniło od czasu, kiedy ostatnio tu byłeś, Diego. Zbyt wiele. To już nie jest to piękne i beztroskie miejsce, jakie kiedyś znałeś.
- Wiem o tym, poinformowano mnie już o tym i to więcej niż raz. Nie wiem jednak, co też powinienem zrobić w tej kwestii. Zło i podłość zawsze były na tym świecie, ale czy prosty człowiek może coś na to poradzić?
- Prosty człowiek może bardzo na to poradzić, ponieważ ma on w sobie siłę, jakiej nie ma żaden urzędnik. Nie jest przeżarty przez żaden kodeks ani przez inne bzdury ograniczające jego umiejętności. Do tego działa z boku i co za tym idzie, nie dosięga go demoralizacja świata polityki.
- Uważasz, padre, że polityka zawsze demoralizuje?
- Polityka i władza. Owszem, mój chłopcze. Dlatego nigdy nie chciałem ani jednego, ani drugiego. A co do tego, co może prosty człowiek, to...
Po tych słowach, ojciec Felipe oparł się o swoje biurko, westchnął głęboko i powiedział:
- Wiesz, Diego... Gdy byłem młody, znałem pewnego człowieka, który został kiedyś bardzo skrzywdzony przez urzędników. A zwłaszcza przez takiego jednego. Nazywał się on Haytham i był gubernatorem w jednym ze stanów, które obecnie są Stanami Zjednoczonymi. Rządził on twardą ręką, ale prócz tego był całkowicie obojętny na krzywdy prostego ludu. Nic go one nie obchodziły, byle tylko zawsze były podatki dla króla Anglii. Ale lud był oporny w płaceniu podatków praktycznie za wszystko. Dlatego też zaczęli się buntować, a Haytham, żeby ich poskromić, sprowadził pewnego szlachcica, który w jego imieniu zaczął siać terror i przemoc. Gubernator nie wiedział o większości jego poczynań, a przynajmniej tak twierdził. Nie wierzę, żeby o tym nie wiedział, ale jeśli nawet, to tym gorzej dla niego, bo pozwolił swojej bestii robić, co tylko on chce i potem spuścił ze smyczy. A ta bestia bez wahania przeprowadzała bezwzględną pacyfikację wszystkich ludzi, którzy się buntowali wobec władzy. Nawet przeprowadzał egzekucje, a gubernator bez wahania podpisywał wszystko, co jego potwór mu podstawiał do podpisu, nawet wyroki śmierci. Przez to wielu ludzi publicznie powieszono i to na oczach ich rodzin, nawet dzieci. Jednymi z takimi ofiar byli rodzice naszego bohatera. Był on dzieckiem, kiedy z woli gubernatora powiesili jego ojca i matkę, a on musiał to oglądać. Przysiągł sobie, że ten łotr Haytham i ten, który mu pomaga, zapłacą mu za wszystko, co mu zrobili. W międzyczasie wybuchła jednak wojna, która potem przeszła do historii jako wojna o niepodległość. Stany Zjednoczone stały się wtedy wolnym krajem. Pomagier Haythama skończył na szubienicy. Ale sam gubernator uniknął kary. Dogadał się jakoś z Washingtonem i ten puścił go wolno. Łotra, który bez wahania pozwalał na śmierć niewinnych istot i nic go ich los nie obchodził. Podobno się tłumaczył, że nie wiedział o niczym i tego nie chciał, ale nawet jeśli to prawda (w co wątpię), to i tak niczego nie zmieniało. Powinni go powiesić na najbliższym drzewie, a wcześniej wypatroszyć. Nie zrobili tego, pod pretekstem, że odkupił swoje winy, poddając rebeliantom jakieś miasto, które i tak by padło. Prawda jest jednak taka, że zrobił to jedynie dlatego, iż wiedział, że i tak nie zdoła go obronić, a więc lepiej coś na tym zyskać i dogadał się z Washingtonem. I tak oto polityka pozwoliła na to, aby łotr nad łotrami uniknął sprawiedliwości. Ale nie myśl sobie, że nasz bohater odpuścił mu. Po latach, gdy był już dorosły, dopadł go w Anglii i zabił bezwzględnie. Zastrzelił jak psa, wcześniej mówiąc mu, kim jest i dlaczego się mści. Tak oto wreszcie sprawiedliwość została wymierzona.
- Ale co z tego, padre? Nasz bohater nie odzyskał w ten sposób rodziców ani nie wrócił życia żadnej ofierze terroru.
- I co z tego? Wymierzył sprawiedliwość i zło zostało ukarane. A łotry, które jak dotąd czuły się bezkarne, teraz wreszcie zrozumiały, że nie unikną oni kary za swoje zbrodnie. Rozumiesz to? Wszystkie łotry muszą ponosić karę za swe czyny, bo jeżeli choć jeden uniknie kary, to pozostali nie będą się bać i pomyślą, że im też może wszystko ujść na sucho. Dlatego wybaczenie takim łotrom to błąd. Ich trzeba karać, a skoro prawo tego nie umie, to niech inni to robią. Uczciwi i porządni obywatele.
- Jak to się jednak ma do twoich słów, że tacy ludzie mogą bardzo wiele?
- To oczywiste. Karanie łotrów to nie tylko sprawiedliwość, ale i konieczność. Nie można pozwolić łotrom, aby rządzili światem. Gdy przestaną być bezkarni, zaczną się bać, a o to tu chodzi. Dlatego człowiek niedopuszczający do tego, żeby zło wygrywało w tym świecie, czyni ten świat dużo lepszym.
- Jak to? - zdziwił się Diego.
- To wbrew pozorom, bardzo proste - zaczął wyjaśniać ojciec Felipe - Jeżeli człowiek będzie walczył przeciw złu, będzie dawał innym przykład. A jeśli go da, to wtedy inni zechcą pójść za jego przykładem i nie dopuszczą do tego, aby zło się dalej rozwijało. Dlatego na barkach tych ludzi spoczywa wielka odpowiedzialność. Swoim przykładem porywają innych do walki z nieprawością. Ale musi być ktoś, kto to zacznie. Zawsze musi być ktoś taki, inaczej nigdy to się nie zacznie i świat stanie po prostu w miejscu. Taki ktoś musi walczyć ze złem, aby tchnąć w ludzkie serca nadzieję i wiarę w to, że będzie lepiej, że zło ostatecznie zawsze przegra. Wybaczanie dobra rzecz, ale nie można wiecznie nadstawiać drugiego policzka.
- Jezus chyba nakazywał właśnie nadstawianie drugiego policzka.
- Tak, ale nie mówił, żeby to robić nieustannie. Poza tym takie wybaczenie jest czymś pozornie tylko dobrym, ale tylko pozornie. Jeżeli będziesz wybaczać wszystko złe, co ci uczynią, to dajesz w ten sposób pozwolenie nie tylko temu, kto cię krzywdzi, ale i innym, którzy chcą brać z niego przykład... Dajesz im w ten sposób pozwolenie na to, aby cię krzywdzili dalej. Ciebie i innych ludzi. Ale o ile masz prawo pozwolić na to, żeby ciebie krzywdzili i pomiatali tobą, to nie masz do tego prawa, aby patrzeć przez palce na prześladowanie innych. Ty masz prawo w sposób naiwny wszystko swoim prześladowcom wybaczać i nie wyciągać od nich konsekwencji za ich czyny, ale gdy dotyczy to innych, nie wolno ci siedzieć cicho. Pamiętaj o tym, mój chłopcze. Nie mówię, że musisz się zawsze mścić za każdą zniewagę ci uczynioną, ale są zbrodnie, których nie wolno wybaczyć.
- Chyba „nie można”, a nie „nie wolno”.
- Nie, nie wolno. Bo wybaczenie pewnych grzechów, wybaczenie zbrodni jest jeszcze większą zbrodnią. Nie wolno na to pozwolić, ponieważ jeżeli przymkniesz oczy na zbrodnie ci uczynione, nie dążysz do tego, aby sprawiedliwość dosięgła zbrodniarza, to inni zbrodniarze będą się czuli bezkarni. Nie będą czuli nad sobą gorejącego miecza anioła sprawiedliwości. A nie można do tego dopuścić. Nawet wąż w Edenie został ukarany za swoją zbrodnię, choć to było tylko zwierzę. Zatem tym bardziej ludzie powinni być karani za wszystko, co złego uczynili innym. To wbrew pozorom jest bardziej chrześcijańskie podejście, niż nadstawianie drugiego policzka. Ale pamiętaj... Jak kręgi na wodzie muszą zostać przez kogoś wywołane, tak walka z tyranią i doprowadzenie zbrodniarzy przed oblicze sprawiedliwości musi być kogoś rozpoczęte. Nie ma innego wyjścia. Ktoś musi to rozpocząć.
Diego uśmiechnął się do mnicha i pod pretekstem, że ma jeszcze dużo swoich spraw do załatwienia, ruszył powoli w kierunku wyjścia. W głowie jednak wciąż analizował słowa, które usłyszał, a w uszach dźwięczały mu ostatnie słowa mnicha i zawarta w nich nauka. Ktoś musi zacząć i rozpocząć walkę z tyranią. Tyranię zaś trzeba zwalczać, bo pozwalanie na to, aby tyrani żyli i dalej rządzili tym światem, to jak jawne współdziałanie z bandytami. Tylko co z tym, kto miał być pierwszy i rozpocząć tę walkę? Diego po raz pierwszy poczuł w sercu, że póki co jest bezsilny, ale to się może zmienić i kiedyś to on poprowadzi ludzi do wolności. Ale czy powinien walczyć jako Diego, czy jako ktoś inny? Raczej nie jako Diego. Nie, raczej jako ktoś inny. Tylko jako kto? Potrzebna mu będzie dobra tożsamość. Dobra nowa tożsamość. Tylko jaka?
Wychodząc z budynku, Diego niechcący wpadł na jakiegoś Indianina, który niósł właśnie kosz owoców.
- Bardzo przepraszam - powiedział przepraszającym tonem młodzieniec.
- Nic nie szkodzi - odpowiedział mu Indianin, uśmiechając się smutno - To nie pierwszy raz, kiedy mnie dzisiaj spotyka przykrość. Ale przynajmniej pan mnie za to przeprasza. Nie to, co inni.
- Inni? Jacy inni?
- A choćby kapitan Monastario.
Diego spojrzał niespokojnie na Indianina i zapytał:
- A co ci ten człowiek uczynił?
- Nie zszedłem mu na czas z drogi, kiedy jechał konno, dlatego uderzył mnie w twarz szpicrutą. Niech pan sam zobaczy.
To mówiąc podniósł lekko w górę głowę, którą dotąd trzymał nisko i wtedy de La Vega zauważył, że biedak ma na twarzy wielką, czerwoną szramę idącą od czoła w prawą stronę przez nos i zatrzymuje się dopiero na policzku. Diego lekko się wzdrygnął, gdy zobaczył ten widok, a w jego sercu zagotowało się. Poczuł, że gdyby teraz kapitan wpadł mu w ręce, nie wytrzymałby i sam by go uderzył taką szpicrutą i to więcej niż raz. Dobrze więc, że kapitan był daleko, bo inaczej marny byłby jego los. Najpierw Diego by go zlinczował, a potem ojciec Felipe dokończył dzieła zniszczenia.
- Bardzo mi przykro, mój biedaku. Mam nadzieję, że to się szybko zagoi - rzekł Diego, gdy już opanował emocje.
- Na pewno, proszę pana. Takie rany szybko się goją. Bardziej mnie niepokoją rany tego kraju. Boję się, że niesprawiedliwość nim zawładnęła. Ale pocieszam się myślą o tym, że być może kiedyś Zorro ukaże wszystkich niegodziwców.
- Zorro?
- Tak. Duch z indiańskich legend, obrońca pokrzywdzonych i pogromca tych, którzy łamią prawa ludzkie i boskie.
Diego słyszał swego czasu legendy o tym tajemniczym Zorro. Jego babcia, Szara Sowa, opowiadała mu je, kiedy był jeszcze dzieckiem. Mówiła o Indianinie, który wędrował po tych okolicach i walczył z wszelką nieprawością, na jaką tylko się natknął. W ten sposób szybko naraził się nie tylko wielu złym Indianom, ale też i białym ludziom, a głównie tym, którzy reprezentowali prawo. Nigdy jednak nikt go nie złapał, ponieważ był niesamowicie sprytny i pomysłowy, zawsze wiedział, jak wymknąć się swoim wrogom i w jaki sposób ich przechytrzyć. Hiszpanie go nazywali Zorro, czyli lis. Po wielu latach swojej działalności zniknął i nikt go już więcej nie widział. Najprawdopodobniej zmarł ze starości gdzieś w górach, gdzie miał swoją kryjówkę. Ludzie jednak lubili opowiadać o tym, że widzieli jego ducha, odzianego w czarny strój i na czarnym koniu, jak wędruje po stepach całej Kalifornii i sieje postrach wśród wszystkich łotrów na tej ziemi. Ludzie zawsze potrzebują jakiejś dobrej legendy o człowieku, który ich broni, a zwłaszcza wtedy, kiedy nikt żywy tego nie robi.
Gdy Diego tak o tym myślał, nagle w głowie zaświtał mu pewien pomysł. Już wiedział, co powinien zrobić, jeżeli chce rozpocząć swoją działalność. Szukał dla siebie nowej tożsamości i już ją znalazł. Bo cóż lepszego może wymyślić człowiek chcący pomóc komuś w walce z tyranią, jak nie przyjęcie tożsamości ducha i to do tego jeszcze ducha lisa?
- Nie bój się, mój przyjacielu - powiedział Diego, klepiąc lekko Indianina po ramieniu - Nadejdą dla was jeszcze lepsze czasy, a wasz bohater Zorro jeszcze nie wypowiedział ostatniego słowa.
Indianin nie bardzo w to wierzył, gdyż westchnął tylko ponuro i rzekł:
- Och, senor... Proszę sobie nie żartować ze mnie, prostego sługi. Skoro Zorro przez tyle lat nie pojawił się w naszej okolicy, to albo o nas całkowicie zapomniał, albo nigdy też na tym świecie nie istniał. Pięknie jest mówić sobie, że ten dzielny duch stanie ponownie w naszej obronie, ale i ta nadzieja powoli we mnie zanika.
- Nie trać jej, amigo. Nigdy jej nie trać, bo kto wie? Może właśnie wtedy, gdy ty ją zaczynasz tracić, ona się zaczyna stawać prawdą?
- Dałby to Bóg, panie - westchnął ponuro Indianin.

Rozdział XIII

Rozdział XIII Wypowiedzenie wojny Tłum zebrał się już pod szubienicą, oczekując na rozpoczęcie egzekucji, a ta już niedługo miała mieć swój ...