Rozdział XIII

Rozdział XIII

Wypowiedzenie wojny

Tłum zebrał się już pod szubienicą, oczekując na rozpoczęcie egzekucji, a ta już niedługo miała mieć swój początek. Większość osób z tego oto tłumu składała się z osób niechętnych tego rodzaju widowiskom, tylko niektórzy z satysfakcją stali przy szafocie i nie mogli się już doczekać tego, co miało wkrótce nastąpić. Jedną z takich osób był kapitan Monastario. Siedział on na koniu i z uśmiechem na twarzy wpatrywał się w szubienicę. Oczami wyobraźni widział już dyndającego na niej Joaquina Mendozę. Był pewien, że taki widok z pewnością przekona ludzi żyjących w tym mieście, iż sprzeciwianie się jemu i jego władzy jest całkowicie bezcelowe. Tak, taki pokaz władzy doskonale zadziała i rozwieje wszelkie nadzieje miejscowych na obalenie go. A jeżeli ktoś mimo wszystko zechce knuć przeciwko niemu, jego ciało dołączy na szubienicy do ciała Mendozy.
Monastario spojrzał w kierunku żołnierzy otaczających cały plac, zarówno tych siedzących konno, jak i tych stojących pieszo. Wszyscy mieli broń ze sobą i byli gotowi do walki, gdyby taka miała nastąpić. Niedługo wjedzie tu Garcia wraz ze swoimi ludźmi oraz wozem skazańców, na którym będzie związany Mendoza. A zaraz potem ten zdrajca zawiśnie i sprawiedliwości stanie się zadość. Prawo znów pokaże, że jest silniejsze od żądań motłochu, który zostanie zmuszony ponownie się ugiąć pod silną ręką królewskiej władzy i jej reprezentantów.
Mimo tego, że był pogrążony we własnych myślach, kapitan łatwo dostrzegł idących w jego stronę Don Alejandro de La Vegę i jego córkę Inez. Oboje byli w bardzo eleganckich strojach, jakby szykowali się na bal. Monastario, widząc ich ubiór, pomyślał sobie, że w przypadku takich ludzi jak ta dwójka szlachectwo rzeczywiście zobowiązuje. W końcu kto inny, jak nie szlachcic, pan z panów, może się ubrać na egzekucję przyjaciela tak, jak na bal? I kto inny może brać z niego przykład, jak nie jego ukochana córeczka? Swoją drogą, jak ona trzyma głowę w górze... Jak wspaniale wygląda w tej kreacji... Nie ma co, to piękna dziewczyna. Ten, kto ją poślubi, z pewnością będzie szczęśliwy. A przy okazji położy rękę na pieniążkach jej ojca, a tych nie jest mało. Przyjemne z pożytecznym. Piękna i nad wyraz zmysłowa żona, a do tego również dostatek i dobrobyt zapewniony na całe życie. Czego więcej chcieć? No, może mniej irytującego szwagra w postaci tego błazna, Don Diego de La Vegi. Ale ostatecznie kto każe przyszłemu mężowi panny Inez przebywać całą dobę w towarzystwie jej starszego brata? Poza tym piękność senority oraz jej majątek z pewnością zrekompensują ewentualnemu małżonkowi wszystkie niedogodności w postaci irytujących krewnych. A skoro o nich mowa, to jakoś Monastario nie dostrzegł w tłumie Diego ani jego głuchoniemego sługi. Co się z nimi stało? Nie przybyli na egzekucję? Dziwne.
- Dzień dobry, panie kapitanie - powiedział Don Alejandro, podchodząc do kapitana.
- Dzień dobry, Don Alejandro. Senorita... - kapitan uchylił lekko głowę przed de La Vegą, a potem dotknął rąbka swego kapelusza, gdy witał się z Inez.
Dziewczyna oczywiście nie raczyła mu odpowiedzieć na jego pozdrowienie ani też obdarzyć go najmniejszym gestem szacunku jak dygnięcie. Pogardzała tym człowiekiem z całego serca i nie zamierzała udawać, że jest inaczej. Oczywiście też nie był to przejaw dobrego wychowania, ale ponieważ tłum się zebrał na całym placu i panował dość duży gwar, mogła śmiało udawać, iż nie słyszała pozdrowień kapitana, co też oczywiście zrobiła.
- Cieszy mnie, że przybyliście państwo na egzekucję - powiedział kapitan do de La Vegów - Wszyscy obywatele Los Angeles powinni widzieć to wydarzenie. To bardzo ważne dla całego miasta.
- I dla pańskiej władzy, oczywiście - powiedziała złośliwie Inez.
Alejandro lekko ją skarcił, choć w duchu podzielał jej zdanie w tej sprawie.
- Oczywiście, senorita. Jestem jedynie reprezentantem Jego Wysokości, króla Hiszpanii. Ale moją władzę sprawuję zgodnie z wolą Jego Ekscelencji gubernatora i co za tym idzie, samego króla. Kto więc podważa moją władzę, podważa władzę Jego Ekscelencji, a ten, kto podważa władzę Jego Ekscelencji, podważa władzę samego króla. Tego więc darować nie można. Jako wierny sługa króla muszę dbać o to, aby władza w jego koloniach była sprawowana w sposób właściwy. Dlatego też muszę dbać o to, aby autorytet mojej władzy był nienaruszalny.
- Babcia zawsze mi powtarzała, że autorytet trzeba budować sobie powoli i stopniowo, a nie oczekiwać go tylko na zasadzie posiadanego urzędu - stwierdziła nie bez złośliwości w głosie Inez.
Monastario parsknął śmiechem, słysząc te słowa. Nie zamierzał na poważnie brać słów starej Indianki i jej wnuczki, która je bezmyślnie powtarza.
- Pani babcia ma rację, ale nie uwzględnia faktu, że urzędnicy królewscy są osobami, których władzy ani też kompetencji nie powinno się w żaden sposób podważać. Jeżeli bowiem podważa się ich władzę bądź kompetencje, podważa się wobec tego władzę i kompetencje samego króla, który tych urzędników wybrał.
- Aha, a zatem krytykując pana, krytykuje się samego króla?
- Nie do końca to mam na myśli. Chodzi o to, że jeżeli urzędnicy popełniają błędy, trzeba im pomóc je naprawić, a nie podważać ich władzę lub próbować im ją odebrać. To niepatriotyczne.
- Doprawdy? To ciekawy sposób myślenia. Wobec tego powinien pan chyba powywieszać pół Los Angeles, jeżeli nie prawie całe. Bo wątpię, aby tutaj więcej niż zaledwie garstka ludzi była zadowolona z pana postępowania.
- Droga pani, zapewniam panią, że jest pani w błędzie. Osoby niezadowolone z naszej władzy nigdy nie skazuje się na śmierć za posiadanie takich, a nie innych poglądów. Mendoza z kolei spiskował przeciwko Jego Ekscelencji z pobudek jak najbardziej egoistycznych, dlatego zasłużył na wyrok, który go spotkał.
- Dziwne jednak jest, że skazał go na śmierć pański piesek, a nie prawdziwy i wykwalifikowany sędzia.
Alejandro uciszył Inez wymownym ruchem ręki i powiedział:
- Proszę wybaczyć mojej córce. Zwykle mówi to, co myśli.
- To jest zaletą młodych i pięknych dam - odpowiedział życzliwie Monastario - Jak również ich przywilejem, że mogą to robić bez politycznych konsekwencji. Pod warunkiem oczywiście, iż nie próbują spiskować przeciwko Koronie. A nasza droga senorita Inez przecież nie spiskuje.
- I bardzo tego żałuję - burknęła Inez.
Monastario wybuchnął radosnym śmiechem, słysząc jej słowa, które uznał za dobry żart. Trudno mu było bowiem sobie wyobrazić pannę de La Vega jako kogoś stojącego na czele groźnego dla jego władzy spisku.
- Inez, proszę cię! - syknął ze złością Alejandro, po czym spojrzał na kapitana i dodał: - Panie kapitanie, choć moja córka nie umie trzymać języka na wodzy, to jednak posiadam podobne podejście do jej. Uważam, że to sędzia Varka powinien wydać wyrok w tej sprawie. Zastępowanie go kimś innym wywołało całkowicie panu niepotrzebne wzburzenie w mieście.
- Dlatego właśnie cały plac otacza wojsko - powiedział z wyraźną satysfakcją w głosie kapitan - To uspokoi ewentualne zamieszki w mieście. A co do senora Pinii, to zapewniam państwa, że posiada on wszelkie kompetencje do prowadzenia przewodów sądowych. Kompetencje oraz prawo.
- Nikt nie podważa praw ani kompetencji pana Pinii, ale mimo wszystko też należy pamiętać o tym, że ludzie inaczej mogą do tego podchodzić - zauważył z lekkim politowaniem w głosie Alejandro.
- Ludzie nie są douczeni w kwestii prawa i nie wiedzą ani nie rozumieją lub też nie chcą rozumieć, jak ono funkcjonuje - odpowiedział Monastario - Wierzę wszakże w to, że z czasem ja i alkad zdołamy stworzyć społeczeństwo całkowicie świadome tego, jakie jest prawo oraz w jaki sposób należy go przestrzegać i to co do najmniejszej litery.
- Jaki piękny plan - zakpiła sobie Inez.
- To moja wizja - odrzekł jej Monastario, nie wyczuwając kpiny w jej głosie lub też udając, że jej nie dostrzega.
- A zatem jest pan człowiekiem z wizją. Gratuluję - rzuciła szyderczo Inez - I po to pan też siedzi na koniu? Aby mieć lepszy widok na realizację swojej wizji?
- Proszę wybaczyć mojej córce, kapitanie. Ma charakterek po babci - rzekł pojednawczo Alejandro - Żywię nadzieję, że wie pan, co pan robi i pana dzisiejsze postępowanie nie obróci się kiedyś przeciwko panu i ogólnie władzy Korony. Jako lojalny sługa króla muszę panu zwrócić na to uwagę, zgodnie zresztą z prawem, jakie mi przysługuje i o jakim pan przed chwilą wspominał.
- Dziękuję panu, Don Alejandro, ale może być pan pewien, że wiem, co robię i że nie zaszkodzi to w żaden sposób Koronie.
- Oby tak było - powiedział Alejandro, nie do końca jednak przekonany do słów swego rozmówcy.
Monastario uśmiechnął się do niego w sposób nieprzyjemny, po czym spytał:
- A gdzie pańska żona? A pański syn, Diego?
Alejandro spojrzał na niego uważnie, jakby doszukując się jakichś podejrzeń względem siebie ze strony kapitana, po czym odrzekł:
- Moja żona nie lubi takich widowisk, a co do Diego, poszedł załatwić jakieś swoje sprawy. Miał się zjawić, ale chyba już tego nie zrobi. Odnoszę wrażenie, że także nie lubi takich widoków. Zresztą nie musi przecież oglądać tego widowiska stąd. Z okna w oberży też będzie wszystko widać, może nawet i lepiej. O ile, rzecz jasna, zechce oglądać takie widowisko. Ja i moja córka też nie przyszlibyśmy, gdyż z całym szacunkiem, panie kapitanie, takie widoki nie sprawiają nam najmniejszej nawet przyjemności, ale chciałem ostatni raz spojrzeć w oczy swego przyjaciela i go pożegnać.
- Postawa godna szacunku - powiedział Monastario z uśmiechem na twarzy - Kiedy już przywiozą więźnia, pozwolę panu się z nim pożegnać. No i oczywiście wyspowiadać się, jeżeli Mendoza poczuje potrzebę spowiedzi.
Te ostatnie słowa wypowiedział dlatego, że dostrzegł wśród ludzi w pobliżu szubienicy ojca Felipe, oczekującego możliwości udzielenia Mendozie ostatniego namaszczenia.
Tymczasem w końcu wjechał na plac wóz ze skazanym. Jednak zawartość jego była zgoła inna, niż to sobie wyobrażali wszyscy. Zamiast bowiem siedzącego na nim związanego Joaquina Mendozy zobaczyli sierżanta Garcię i czterech jego podwładnych, wszystkich bardzo mocno związanych i leżących na wozie. Konie zaprzężone do wozu pędziły przed siebie, ciągnąc swój balast za sobą. Mendozy nigdzie nie było. Ludzi zaszokowało, nikt nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć. W końcu jednak kapitan Monastario, kiedy już zdołał się otrząsnąć po szoku, jakiego doznał, podjechał konno do wozu i wezwał żołnierzy, aby coś z tym zrobili. Żołnierze zatrzymali więc wóz, po czym wskoczyli na niego i rozwiązali prędko sierżanta i jego podwładnych.
- Garcia, co tu się stało?! Co wy wyprawiacie?! Gdzie jest Mendoza?!
Żołnierze leżący na wozie powoli się podnieśli i zeskoczyli na ziemię. Jako ostatni zrobił to sierżant Garcia, przy okazji jęcząc niemiłosiernie, gdyż przy jego tuszy taka czynność sprawiała mu lekki kłopot. Dodatkowo był załamany, że nie zdołał wypełnić rozkazu i być może za chwilę spotka go za to kara.
- Panie kapitanie... Nieszczęście... Tragedia... Mendoza... On... On...
- Co on?! Gdzie on jest?! - wrzasnął na niego komendant.
- On... On uciekł, panie kapitanie.
Monastario wyglądał, jakby miał zaraz dostać szału. Wściekły złapał Garcię za poły jego munduru i wrzasnął:
- Dokąd uciekł?! I w jaki sposób?! Jak jeden człowiek mógł pokonać pięciu żołnierzy?!
- Nie był sam. Pomógł mu tajemniczy człowiek o imieniu Zorro - powiedzieli chórem żołnierze z eskorty.
- Zorro? - zdziwił się kapitan.
Teraz dopiero dostrzegł na brzuchu sierżanta wyciętą szpadą dużą literę Z. Puścił wówczas swego podwładnego i w szoku powtórzył:
- Zorro? To znaczy lis.
- Co za Zorro? Kto to jest, sierżancie? - zapytał Pinia, podchodząc do obu rozmówców.
- Nie wiem, proszę pana. To jakiś człowiek ubrany na czarno. Przedstawił się jako obrońca uciśnionych czy jakoś tak - zameldował Garcia.
Monastario zlekceważył jego słowa i spojrzał na adwokata z wyraźną furią w oczach.
- Ktoś tutaj robi nam bardzo brzydki figiel. Już ja się dowiem, kto to taki.
Następnie krzyknął:
- Żołnierze, na koń! Ścigać Mendozę! Nie mógł daleko uciec!
Ledwie zdążył dokończyć rozkaz, nagle coś świsnęło i jego kapelusz zleciał mu z głowy, przeszyty strzałą, która wbiła się w wóz do wożenia więźniów. Widok strzały wzbudził panikę wśród ludzi, którzy z miejsca zaczęli krzyczeć, że oto teraz Indianie ich atakują i wielu z nich próbowało rzucić się do ucieczki, ale obecność na placu żołnierzy, tworzących wielki kordon wokół całego placu, uniemożliwiła im to. Zaczęli się więc z nimi szarpać, próbując ich usunąć z drogi.
Monastario jednak nie zwracał na to wszystko uwagi. Spojrzał w kierunku, z którego poleciała strzała, czyli w stronę dachu pobliskiego budynku, ale nikogo tam nie zobaczył. Zapewne ten ktoś już się schował, korzystając z zamieszania, które właśnie wybuchło. Zresztą na chwilę obecną nie miało to dla pana kapitana większego znaczenia. Wyrwał strzałę z wozu, wyjął ją ze swego kapelusza i nagle zobaczył, że do strzały jest coś przywiązane. Jakaś owinięta wokół strzały kartka papieru. Odwiązał ją, rozwinął i przeczytał jej treść, która brzmiała następująco:

Drogi kapitanie Monastario,

Od dzisiejszego dnia proszę mnie uważać za swojego wroga. Jeżeli jeszcze raz skaże pan na śmierć niewinnego człowieka, wrócę i ukażę Pana dotkliwiej niż teraz. Z dniem dzisiejszym bowiem wypowiadam wojnę wszelkiej niegodziwości i podłości z Panem na czele. Może Pan to śmiało uznać za otwarte wypowiedzenie Panu wojny.

Podpisano:
Zorro.


Monastario odczytał głośno ów list, a żołnierze z eskorty, sierżant Garcia oraz Pinia wypowiedzieli z przerażeniem ostatnie słowo, widniejące na podpisie.
- Zorro... A zatem mamy nowego wroga, burzyciela porządku publicznego, a także łotra próbującego uzurpować sobie prawo do wymierzania swojej własnej wersji sprawiedliwości - powiedział Monastario, gniotąc w dłoni list - Ale zapłaci mi za to, ten łotr! Zapłaci!
Wtem na plac wjechał galopem jakiś tajemniczy jeździec ubrany na czarno. Dosiadał on również czarnego konia o pięknej, czarnej grzywie. Czarna peleryna, mocno umocowana na ramionach nieznajomego, powiewała dziko na wietrze. Gdy już ów tajemniczy osobnik znalazł się przy szubienicy, zawołał głośno:
- Witam wszystkich! Cieszę się, że mogłem się z wami zobaczyć, gdyż bardzo chcę was przeprosić, ale niestety, dzisiaj przedstawienie się nie odbędzie. Senor Mendoza ma nieco inne plany niż odgrywanie roli wisielca. Ale przysłał mnie w zastępstwie, abym was zabawił.
- To on! To Zorro! - zawołał przerażony Garcia.
- Aresztować tego łotra! - krzyknął Pinia.
Żołnierze już się rwali do wykonania tego rozkazu, gdy nagle Zorro, wciąż nie tracąc dobrego humoru, zawołał:
- Zaiste jesteście odważnymi ludźmi, przyjaciele. W kilkudziesięciu chcecie złapać jednego człowieka?
- Zostawcie go! - krzyknął Monastario do żołnierzy.
Ci zdumieli się, ale posłuchali rozkazu i stanęli jak wryci, oczekując jakichś kolejnych poleceń od swego dowódcy, który jednak tylko dodał:
- Sam się z nim rozprawię.
To mówiąc, dobył szpady i odrzucił kapelusz na bok, aby mu nie przeszkadzał w czasie walki. Zorro zadowolony zeskoczył z konia, wyjął szpadę i przechylił kapelusz na tył głowy, aby mu było wygodniej walczyć.
- Widzę, że przeczytał pan mój list, kapitanie - powiedział wesoło.
- Obraziłeś mnie tym listem i poniesiesz za to konsekwencje, ty bandyto! - zawołał bojowo Monastario, próbując nadać swemu głosowi powagi.
- Ja jestem bandytą? A co mam powiedzieć o człowieku, który tyranizuje ten lud i przeprowadza ustawione procesy, rzekomo działając dla dobra kraju?
Monastario nie wytrzymał tych kpin i zaatakował Zorro. Ludzie rozstąpili się, aby ułatwić przeciwnikom pojedynek. Kapitan zaciekle nacierał na człowieka w czerni, ten jednak ze stoickim spokojem odpierał każdy jego atak, złośliwie się przy tym uśmiechając, czym doprowadzał swego przeciwnika do jeszcze większej furii i niekontrolowanych, gwałtownych ataków z jego strony.
- Ciekawe, kto to taki? - zapytała Inez, z zachwytem obserwując walkę.
Miała oczywiście na myśli Zorro.
- Nie wiem, ale wspaniale walczy szpadą - odpowiedział jej Alejandro - Jaka szkoda, że twój brat nie może tego zobaczyć. Mógłby się wiele nauczyć.
Tymczasem Zorro odpierał spokojnie ataki kapitana, a gdy poczuł, że już ma dość tej zabawy, przeszedł do natarcia, ale tak precyzyjnego, że Monastario zaczął się cofać i nie zauważył, że robiąc to, zaczyna się wspinać na szubienicę. Zorro jednak wciąż go atakował, zmuszając cały czas do odwrotu, aż trafili na zapadnię. Tam nagle Zorro wykonał niezwykle zwinny ruch ręką i szpada kapitana wyleciała mu z furkotem z dłoni i opadła na bok. Monastario zaś wywrócił się i upadł na deski szafotu. Zorro przyłożył mu ostrze swojej broni do piersi i zapytał:
- Poddaje się pan, kapitanie?
- Poddaję się. I tak nie mam innego wyjścia - odpowiedział kapitan ze złością w głosie.
- Zasadniczo nie ma pan - odparł zadziornym tonem Zorro - Niech pan więc dobrze zapamięta tę lekcję, którą dzisiaj panu daję. Niech pan lepiej dopilnuje, aby każdy proces w tym mieście był uczciwie przeprowadzony. Jeżeli będzie inaczej, to wrócę tu i się zemszczę. A to niech panu przypomina o mnie.
Po tych słowach machnął zwinnie szpadą trzykrotnie i wyciął na lewej piersi komendanta literę Z. Oczywiście nie naruszył skóry, jedynie materiał stroju, ale i tak na wszystkich obecnych zrobiło to ogromne wrażenie.
- Niech pan dobrze zapamięta tę lekcję, panie kapitanie. Pański gruby sierżant z pewnością nigdy jej nie zapomni.
- Senor Zorro, muszę się w pewnej kwestii nie zgodzić - odezwał się z lekką nieśmiałością Garcia - Nie jestem gruby, tylko puszysty.
- W porządku, mój puszysty sierżancie - zachichotał Zorro - Mam nadzieję, że moje kolejne interwencje tutaj nie będą już potrzebne.
- Żołnierze, brać go! - krzyknął Monastario.
Słysząc to, Zorro zachichotał zadziornie, po czym kopnął swego przeciwnika w kolano, a gdy ten zawył z bólu, złapał pętlę szubienicy i zarzucił mu ją na stopę, po czym podskoczył do dźwigni od zapadni i wprawił ją w ruch, przez co zapadnia opadła i Monastario wylądował głową w dół tuż nad ziemią, wisząc za nogę na szubienicy.
- Żegnajcie, przyjaciele! - zawołał wesoło Zorro i zagwizdał.
Jego wierny koń podbiegł do szafotu, a osobnik w czerni zwinnie wskoczył na siodło i złapał za lejce, nie zważając na wymierzone w jego kierunku muszkiety i dodał:
- Adios wszystkim!
Następnie pognał w kierunku wylotowym z miasta, bez najmniejszego trudu odpychając kilku żołnierzy, którzy dojechali do niego i próbowali go zatrzymać. Tłum zaczął dziko skandować jego imię, Monastario wrzeszczał na żołnierzy, aby go uwolnili, a ci w zamieszaniu wpadali na siebie, nie wiedząc właściwie, co mają zrobić najpierw: czy ścigać przestępcę, czy też może uwolnić komendanta. Kilku co prawda rzuciło się w pościg, a jeden z nich, najbardziej gorliwy, próbował za Zorro strzelać, ale skandujący głośno imię mściciela w masce ojciec Felipe bardzo dyskretnie wymierzył mu cios łokciem w twarz, nokautując go w ten sposób i nie dopuszczając do tego.
Zorro zaś uciekał dalej, aż dojechał do pewnej uliczki, na której stał rząd beczek ustawionych na wozie w piramidę. Ową piramidę podtrzymywała oparta o ziemię długa belka. Zorro zwinnie przejechał obok niej, po czym złapał za bicz i trzasnął nim sprawnie, owijając koniec swej broni wokół owej belki, jednocześnie nie przerywając galopu. Jeden mocny ruch ręki i belka odskoczyła, piramida się zawaliła i beczki opadły na ziemię, odcinając pościgowi drogę. Żołnierze nie byli w stanie przeskoczyć przez tę przeszkodę i zatrzymali się ze złością przed nią, zaś Zorro tylko zachichotał, pociągnął konia tak, że ten stanął dęba na ułamek sekundy i pognał przed siebie, znikając w oddali.

Rozdział XII

Rozdział XII

Pojawia się Zorro

Następnego dnia po procesie, miała się odbyć publiczna egzekucja skazanego na śmierć Joaquina Mendozy. Miejscem wybranym do realizacji tego projektu, zgodnie z prawem i obyczajem, miał być główny plac w Los Angeles. Wybór tej, a nie innej lokalizacji nie stanowił bynajmniej przypadku lub kaprysu kapitana. To wszystko miało na celu charakter propagandowy. Wszyscy mieli mieć możliwość obejrzeć egzekucję człowieka, który wystąpił przeciwko komendantowi. Każdy mieszkaniec Los Angeles musiał zobaczyć, co go czeka, jeżeli pójdzie w ślady tego łotra wyjętego spod prawa. Miało to pokazać wszystkim i każdemu z osobna, że władza kapitana Monastario w mieście jest nieograniczona, a występowanie przeciwko niemu to zbrodnia, za którą tylko jedna może być kara. Prócz tego też zawsze publiczne egzekucje odbywały się na głównym placu. Stał tam szafot, który wszak już od dawna nie był używany, gdyż mieszkańcy wcześniej nie mieli poważniejszych powodów do tego, aby narzekać na swoich komendantów, a co za tym idzie, nie mieli też powodów, żeby występować przeciwko nim. Od czasu do czasu komuś się oberwało za zamieszki lub burdy, bo nawet i w najspokojniejszym na świecie mieście do tego dochodzi, ale wtedy zwykle kończyło się na tym, że taki delikwent trafiał na kilka dni i nocy do celi lub też zostawał przywiązany do pręgierza, który znajdował się na terenie koszar i dostawał tam baty i puszczano go wolno, a wizja dostania batem lub posiedzenia kilka dni w zimnej i nieogrzewanej celi wystarczająco zniechęcała ludzi do burd i zamieszek. Zresztą, jeśli chodzi o to drugie, ludzie nie mieli dotąd jakichś większych powodów do ich wszczynania, a co do tego pierwszego, to burdy praktycznie zawsze i w każdym miejscu na świecie wybuchały, a zwłaszcza wtedy, kiedy ktoś za długo siedział w oberży i wypił w niej zbyt dużo wina. Wówczas to wielu ludzi i to nawet tych zwykle spokojnych, bez wahania łapało za szpady i próbowało obciąć nią uszy oberżyście lub sąsiadowi. To były normalne konsekwencje posiadania przez miasto różnego rodzaju gospód i innych zajazdów, w których serwowano naprawdę doskonałe i zarazem mocne trunki, łatwo uderzające do głowy, gdy się nie zna w nich umiaru. Dodatkowo sprawę zaogniał w Los Angeles fakt, że większość jego mieszkańców stanowili rodowici Hiszpanie, którzy jak wiadomo, zawsze mieli gorące głowy i naprawdę mocne temperamenty, dlatego jeśli chodzi o burdy, to nie było wcale o nie trudno.
Ale suma summarum, to były tylko zwyczajne bójki, jakie łatwo mogą mieć miejsce nawet w najspokojniejszych miejscach na świecie. Tym razem jednak to była zdrada stanu, która mogła prowadzić do zamieszek, a może nawet i zamachu stanu. Dlatego władza musiała zareagować i musiała postawić przed sądem oraz publicznie stracić Joaquina Mendozę. A przynajmniej tak to publicznie wyjaśniał alkad, który zastraszony przez komendanta Monastario, wiedzącego bardzo wiele o jego grzeszkach, potulnie zgadzał się na wszystkie jego pomysły. Inaczej jednak na tę sprawę zapatrywał się Licenciado Pinia, wspólnik kapitana. On uważał, że cała ta sytuacja nie wpłynie pozytywnie na ich relacje z mieszkańcami Los Angeles.
- Osobiście odradzam ci publiczną egzekucję tego człowieka - powiedział do kapitana Pinia - Uważam, że nic dobrego z tego nam nie przyjdzie.
Monastario z uwagą przyjrzał się wspólnikowi, wyraźnie nie rozumiejąc, o co mu teraz chodzi.
- Nie pojmuję, przyjacielu. Przecież sam wymyśliłeś publiczny proces i to zwariowane oskarżenie o spisek przeciwko Koronie. Dlaczego teraz nagle uważasz ten plan za głupi?
- Nie uważam tego planu za głupi, bo on jest naprawdę dobry. Proces został we właściwy sposób poprowadzony. Chodzi mi tylko i wyłącznie o egzekucję.
- A dlaczego? Co masz przeciwko niej?
- A choćby to, że reakcja ludzi na proces wyraźnie mówi sama za siebie.
- A co to ma do rzeczy?
- Bardzo wiele. Panna de La Vega jawnie powiedziała nam w twarz, że ten cały proces Mendozy, to jedna wielka farsa.
- Panna de La Vega to jeszcze dziecko, temperamentne i bezmyślne. Nie jest dla nas zagrożeniem.
- Ona nie, ale jej słowa tak. Nie rozumiesz tego? Ona powiedziała wprost to, co wszyscy uważają, lecz nie mają odwagi powiedzieć.
- No właśnie, przyjacielu. Nie mają odwagi - powiedział Monastario, a na jego twarzy zagościł podły uśmieszek - Nie mają odwagi i będą siedzieć cicho.
- Panna Inez jakoś nie siedziała cicho - mruknął Pinia.
- Panna Inez to tylko jedna osoba, do tego jeszcze niewiasta. Nie może nam w żaden sposób zaszkodzić.
- Jedna osoba może wszystko zniszczyć lub zbudować, przyjacielu. Nie wiesz o tym? Jeśli jeden człowiek zdoła się przeciwko nam skutecznie buntować, może porwać za sobą innych i wszyscy mogą się nam przeciwstawić. A to nie byłoby dla nas dobre.
- Przesadzasz. Można by tak powiedzieć tylko w przypadku mężczyzny, ale nie w przypadku niewiasty.
Pinia widział, że nie przekona swojego rozmówcy do potraktowania poważnie sprawy panny de La Vega, do której kapitan miał wyraźną słabość, dlatego też już nie naciskał w tej kwestii i zmienił podejście.
- Mimo wszystko nadal uważam, że publiczna egzekucja Mendozy nie jest najlepszym pomysłem.
- Dlaczego?
- Ponieważ nie jest to byle kto. Gdyby to był jakiś chłop czy Indianin, to bez wahania moglibyśmy go publicznie powiesić. Ale to jest szlachcic. Jego publiczne stracenie tylko powiększy liczbę naszych wrogów.
- Na naszych wrogów wystarczy stryczków, choćbyśmy mieli powywieszać pół Los Angeles.
- Nie przyniesie nam to pożytku. Musimy cieszyć się respektem pośród ludzi, ale nie zapominaj, że strach rodzi nie tylko posłuszeństwo, ale często też i opór.
- Właściwie poprowadzony strach zapewni nam posłuszeństwo bez oporu. A poza tym, jak ty byś to widział? Jak twoim zdaniem powinniśmy postąpić?
- W bardzo prosty sposób. Pozwolić Mendozie w nocy uciec, potem zacząć pościg i zabić go w spektakularny sposób, ale w taki, żeby wyglądało to na śmierć z powodu zbiegu okoliczności. Można też wsadzić go na pokład statku, który w odpowiednim momencie wyleciałby w powietrze razem z nim. Wtedy ludzie by mówili, że sam Bóg go pokarał, skoro nie dopuścił do tego, aby uciekł i uniknął kary za swoje zbrodnie.
- Zbyt to skomplikowane, choć brzmi naprawdę interesująco. Ale zawsze przy realizacji takiego planu jest ryzyko, że coś pójdzie nie tak. Nie, przyjacielu... My go publicznie powiesimy i wtedy nikt nie odważy się podnieść na nas ręki. A poza tym prawo jest prawem. Zgodnie z nim, za zdradę stanu jest śmierć. Jako prawnik powinieneś to doskonale wiedzieć.
Pinia westchnął załamany, widząc wyraźnie, że nie przekona w żaden sposób kapitana do zmiany zdania. Poza tym, może rzeczywiście miał rację? Oficjalnie i tak on i Monastario mieli czyste ręce, gdyż wszystkie ich czyny są podyktowane dobrem Korony, jak również zgodne z prawem. Nic nie można im zarzucić. Ale i tak prawnik, z natury swego zawodu nad wyraz ostrożny, wciąż posiadał naprawdę dużo wątpliwości. Czuł bowiem, że ta sprawa może nie skończyć się dla nich zbyt dobrze, jeśli w ogóle.
Ta oto rozmowa odbyła się wieczorem, niedługo po procesie Mendozy. Pinia, choć bez wahania jako sędzia wydał wyrok skazujący, uważał, że reakcja ludzi na procesie dowiodła, iż lepiej jest uważać i nie rozjuszać wściekłego tłumu. Dlatego publiczna egzekucja w tych okolicznościach nabrała dla niego innego znaczenia i już nie był jej tak bardzo pewien, jak to miało miejsce na początku. Monastario był jednak uparty i uważał, że wyrok musi być wykonany zgodnie z zasadami, na placu głównym, na publicznym szafocie, w otoczeniu wszystkich mieszkańców, aby już nigdy więcej nikt nie odważył się podnieść na nich ręki.
Jeśli chodzi o tego rodzaju wątpliwej jakości widowiska, to miały one to do siebie, że każdy je mógł zobaczyć, ale nie każdy chciał z tej możliwości korzystać. Monastario wiedział doskonale, iż najlepiej by było, gdyby każdy w miasteczku widział, jak upokarza on swojego wroga i każe go za bunt przeciwko sobie, gdyż tylko w ten sposób mógł zyskać ostateczny posłuch pośród mieszkańców. Wiedział jednak dobrze, że siłą nie zmusi ludzi do tego, aby obserwowali egzekucję, dlatego też postanowił nie robić w tym celu nic. Wierzył, że ludzie zwabieni możliwością zobaczenia widowiska, jakiego dawno tu już nie było, pojawią się całymi tłumami na placu i w ten sposób jego cel zostanie osiągnięty. Wszyscy zobaczą pokaz jego władzy, zaczną się go bać i spokornieją. A ci, którzy tego nie zrobią, na pewno się dowiedzą od innych, jak wyglądała egzekucja, zrobi to na nich wrażenie i już nie w głowach będą im bunty. A jeśli nawet komuś jeszcze wpadnie do głowy tak głupi pomysł, to kapitan i jego ludzie potraktują go tak samo, jak Mendozę.
Z takimi właśnie myślami, Monastario poszedł spać, a rano wstał nad wyraz zadowolony z siebie. Wezwał Garcię, aby pomógł mu się ubrać, a kiedy sierżant wykonywał polecenie, kapitan był dla niego wyjątkowo miły. Nie uszło to, rzecz jasna, uwadze grubego żołnierza, który pozwolił sobie na niewinny komentarz odnośnie tej sytuacji.
- Panie kapitanie, wygląda pan dziś na naprawdę zadowolonego. Jak dziecko, które dostało wymarzony prezent.
Monastario uśmiechnął się zadowolony, patrząc na swoje odbicie w lustrze i powiedział:
- Istotnie, tak właśnie jest. Porównanie twoje, drogi sierżancie, jest naprawdę doskonale trafione. W rzeczy samej zostałem obdarzony wymarzonym przez siebie prezentem i nie zamierzam ukrywać zadowolenia z tego faktu.
- Poważnie? - zapytał zaintrygowany Garcia - A czy wolno wiedzieć, jaki to jest prezent?
- Oczywiście, sierżancie. Właściwie, to powinieneś wiedzieć, ponieważ to ty przywieziesz mi ten prezent.
- Ja, kapitanie? Przecież pan mówił, że już pan dostał ten prezent.
- Właściwie, to dopiero mam go dostać. Ale on już jest na tyle pewny, że bez wahania można go uznać za już ofiarowany. I ty mi go przywieziesz.
- Naprawdę, kapitanie? Dziękuję za ten zaszczyt - powiedział z uśmiechem na twarzy sierżant - Ale skoro mam go przywieźć, to chyba powinienem wiedzieć, jaki to prezent?
- Racja i zaraz się tego dowiesz - odparł kapitan, odwracając się przodem do swego zastępcy - Tym prezentem jest Mendoza, który dziś w południe zadynda na szubienicy.
Garcia początkowo zachichotał wraz z kapitanem na taką myśl, jednak kiedy sobie uświadomił, o co dokładniej tu chodzi, zmieszał się lekko, jako że przecież nigdy nie był zwolennikiem przemocy. Dodatkowo jeszcze przyszła mu do głowy jeszcze jedna myśl, o którą musiał zapytać. Dlatego powiedział:
- Panie kapitanie, nie chcę być bezczelny, ale muszę zapytać. Czy to, co pan mówi oznacza, że ja będę musiał osobiście...
To mówiąc, wykonał rękami gest wieszania kogoś na stryczku.
- Ależ nie, oczywiście, że nie, sierżancie - odpowiedział mu beztrosko kapitan - Nie jest pan przecież od tego. Od takich rzeczy jest kat i to on wykona to zadanie.
- Ufff... Cóż to za ulga... - rzekł Garcia i otarł sobie ręką pot z czoła - Przez chwilę już myślałem, że każe mi pan...
- Spokojnie, Garcia. Wolę zostawić taką robotę profesjonalistom. Ty jednak też odegrasz w tym wszystkim ważną rolę.
- Jaką, kapitanie?
- Macie dostarczyć więźnia na szafot, aby został stracony. I dopilnować, aby nie zdołał uciec.
Garcii taki sposób dostarczenia prezentu kapitanowi nie spodobał się, ale o wiele lepsze już było to, aniżeli osobiste wieszanie skazańca. Dlatego zasalutował tylko Monastario i rzekł:
- Dobrze, kapitanie. Ale ilu ludzi mam wziąć ze sobą?
- Najwyżej czterech. Więcej raczej nie będzie trzeba. W końcu to tylko jeden człowiek. Ilu żołnierzy potrzeba, aby zawieźć skazańca na szafot?
- Tak jest! - zawołał Garcia i na polecenie kapitana wyszedł z gabinetu.
Monastario zadowolony zaś zamówił sobie śniadanie, dość obfite, które zjadł z wielkim apetytem i potem kazał siodłać swojego konia i zbierać się żołnierzom. Wziął sobie bowiem do serca ostrzeżenia Pinii i postanowił zabezpieczyć plac bardzo dużą ilością żołnierzy, aby w razie czego spacyfikowali oni tłum. Nie chciał mieć takiej sytuacji, w której jego adwokat będzie miał powód, aby mu mówić: „A nie mówiłem?”. Wolał mieć rację całkowicie i dlatego zaplanował wszystko nawet w najdrobniejszych szczegółach. Był pewien, że jego plan zdoła się zrealizować i nic nie zakłóci mu dzisiaj dobrego humoru, a Mendoza zawiśnie szybciej, zanim zdąży zaprotestować.
Z tymi oto spokojnymi myślami kapitan i większość jego żołnierzy opuściło koszary, pozostawiając na miejscu jedynie czterech ludzi do pilnowania więźnia. Garcii nie było z nimi, ponieważ poszedł zjeść posiłek w oberży. Był głodny, gdyż od rana nic w ustach jeszcze nie miał. U sierżanta, jak zwykle zresztą, krucho było z pieniędzmi, ale liczył oczywiście na to, że ktoś postawi mu jakiś posiłek i nie będzie musiał za nic płacić. Udało mu się, ponieważ w gospodzie spotkał Don Diego de La Vegę, który wraz ze swoim ojcem i siostrą przyjechał, aby zobaczyć egzekucję i w oczekiwaniu na nią zaszedł do oberży, aby zjeść coś i przy okazji pomyśleć. Kiedy tylko spotkał Garcię, od razu zaproponował mu posiłek, na co gruby żołnierz jedynie pro forma się sprzeciwiał, po czym przyjął propozycję z ogromną aż ochotą.
- Sierżancie, czemu pan jest taki ponury? - zapytał Diego, gdy już obaj jedli swój posiłek, choć zaznaczyć przy tym należy, że ten sierżanta Garcii był znacznie bardziej obfity niż posiłek młodego de La Vegi.
- A czemu mam być wesoły, Don Diego? Nie mam powodów do radości - rzekł na to Garcia - Przecież dziś w południe powieszą biednego pana Mendozę.
- To znaczy, że nie wierzy pan w jego winę, sierżancie?
- Oczywiście, że nie. Uważam, że ktoś nakłamał na jego temat i potem mu w ten sposób zaszkodził przed sądem. Chciałem nawet rozmawiać o tym z kapitanem Monastario, ale on nawet nie chciał mnie słuchać. Cóż więc mogę poradzić? Poza tym dawno tu nie było żadnych egzekucji. Nie wiem, jak ludzie na nie zareagują.
- Na placu powoli zbiera się tłum.
- To prawda, ale czy ten tłum będzie zadowolony, czy wręcz przeciwnie? Oto jest pytanie.
Po tych słowach Garcia powoli wrócił do posiłku, ale nie przerywał przy tym rozmowy, gdyż uważał to za niegrzeczność przestać mówić, gdy ktoś chce słuchać.
- Dodatkowo jeszcze muszę osobiście zawieźć Mendozę na szubienicę.
- Poważnie, sierżancie? - zapytał bardzo zaintrygowany Diego, nalewając Garcii wina - To wielkie wyróżnienie. Powinien być pan z niego dumny.
- Niby tak, ale jak powiedziałem, nie wierzę w jego winę i jak mam teraz go zawieźć na szafot? A jeśli po jakimś czasie okaże się, że jest niewinny? Jak ja się będę z tym wszystkim czuł?
- To rzeczywiście nie lada problem - rzekł Diego, z uwagą obserwując, jak Garcia wypija wino i nalewając mu kolejnego kubek - Ale skoro to więzień nad wyraz wielkiej wagi politycznej, to chyba dostanie pan dużo żołnierzy do eskorty, prawda?
- No właśnie nie. Kapitan da mi zaledwie czterech ludzi. Uważa, że zupełnie mi wystarczy. W końcu ilu ludzi trzeba, aby zawieść jednego człowieka na szafot? Tak mówił. Poza tym potrzebuje żołnierzy, żeby z ich pomocą pacyfikować tłum, gdyby coś poszło nie tak.
- To bardzo interesujące. A więc spada na pana ogromna odpowiedzialność, sierżancie.
- To prawda i dlatego muszę bardzo dobrze zjeść, aby mieć dość sił, żeby tego dokonać.
- I porządnie się napić, aby wyschnięte gardło nie przeszkadzało panu w pracy - rzekł Diego i ponownie nalał wina do kubka Garcii, gdy ten opróżnił poprzedni.
- Tylko bez przesady, Don Diego. Muszę być trzeźwy - zachichotał Garcia, ale z wdzięczności wypił jeszcze kilka łyków.
Pod wpływem wina Garcia opowiedział Diego dokładnie, jak, gdzie i kiedy będzie wieziony więzień, zobowiązując go jednak do tego, aby nikomu o tym nie mówił. Młody de La Vega złożył obietnicę, że dochowa tajemnicy i przez chwilę jeszcze słuchał opowieści swego rozmówcy, a potem wyszedł, mówiąc, iż musi już iść załatwić swoje sprawy. Zapłacił oczywiście za siebie i Garcię, zanim to zrobił. Sierżant zaś lekko zaprotestował, ale tylko lekko i dość szybko zapomniał o tym, jak mu niezręcznie korzystać z łaski młodego szlachcica, kiedy tylko wrócił do posiłku i zdołał z jego pomocą nasycić swój głód.
Niedługo potem, gdy już była pora, powrócił do koszar i wezwał czekających tam żołnierzy. Na jego polecenie Mendoza został wyciągnięty z celi, którą stanowił nad wyraz niewielki pokoik z pryczą, którego drzwi składały się z wielkich oraz bardzo mocnych krat i klamki. Oprócz tej celi koszary zawierały jeszcze kilka, w tym dwie były znacznie większe od poprzednich, na wypadek, gdyby pan kapitan chciał aresztować większą liczbę ludzi. Skazaniec jednak zajmował jedną z tych mniejszych i zdecydowanie całkowicie mu ona wystarczała, przynajmniej zdaniem Monastario.
Mendoza został zabrany z celi i posadzony na otwarty wóz, który otoczyli ze wszystkich kątów żołnierze na koniach. Garcia dosiadł konia i ruszył na czele tego niewielkiego orszaku w kierunku placu. Nie był zachwycony, ponieważ cały czas po jego głowie chodziły obawy, że być może Mendoza jest niewinny i kiedyś to wyjdzie na jaw, a sierżanta będą do końca życia już zżerać wyrzuty sumienia. Ale co miał robić? Rozkaz był rozkazem i musiał go wykonać, czy tego chciał, czy też nie. Jechał więc z więźniem i jego eskortą na plac. Ulice były wyludnione, gdyż wszyscy mieszkańcy miasta zebrali się na miejscu straceń. Ci zaś, którzy tego nie zrobili, zamknęli się w swoich domach i nie zamierzali z nich wychodzić ani też z nich wyglądać przez okno. Dlatego jazda była dość spokojna.
- To już niedaleko, senor Mendoza. Zaraz będzie po wszystkim - powiedział do skazańca Garcia.
- I to ma mnie niby pocieszyć, sierżancie? - zapytał z wyraźną ironią w głosie Mendoza.
Garcia poczuł, że palnął głupstwo, więc spuścił wzrok i już się nie odzywał.
Wtem dało się słyszeć mocny tętent końskich kopyt. Ktoś jechał w kierunku sierżanta i jego orszaku i to naprawdę szybko. Ciekawość, kto to może być, która dręczyła Garcię, dość prędko została zaspokojona, gdy ów ktoś wyłonił się nagle z zaułku i stanął tuż przed orszakiem, zatrzymując go. Był to wysoki i raczej młody człowiek, ubrany cały na czarno, nawet jego peleryna, powiewająca mu dumnie na wietrze była tego koloru. Jego twarz zdobiły cienkie wąsiki, górną część twarzy zasłaniała maska, jakby opaska albo chusta z wyciętymi w niej otworami na oczy. Głowę zdobiło mu duże, czarne sombrero z cienkim paskiem, które zamaskowany człowiek miał zapięte na brodzie. Tajemniczy osobnik dosiadał czarnego konia o czarnej grzywie, u boku miał szpadę, w olstrach konia pistolety, zaś w lewej dłoni trzymał bat.
- Z drogi, człowieku! Tarasujesz drogę! - zawołał do niego sierżant.
- Przykro mi, sierżancie, lecz nie mogę tego zrobić - odpowiedział na to ów tajemniczy osobnik - Mam do pana i pańskich ludzi bardzo ważną sprawę.
- Jaką?
- Chcę pana prosić, aby oddał mi pan tego człowieka.
Sierżant pomyślał, że się przesłyszał i dlatego parsknął początkowo śmiechem i jego ludzie także, dopiero po chwili do nich dotarło, że nie był to jednak żart i ów człowiek mówi śmiertelnie poważnie.
- Przykro mi, senor, ale musimy panu odmówić - powiedział Garcia - Ten oto człowiek został skazany na śmierć i musimy wykonać na nim wyrok. To znaczy, ja nie muszę, ale mamy obowiązek dostarczyć go na plac straceń. Nie możemy więc panu go oddać.
- W takim razie sam go odbiorę - odpowiedział zamaskowany człowiek.
Garcia, słysząc te słowa, chwycił za szablę i wydobył ją z pochwy, ale zanim zdążył jej użyć, bat człowieka w czerni otoczył się wokół jego dłoni, po czym poczuł naprawdę mocne szarpnięcie i zleciał z konia na ziemię, upuszczając przy tym broń. Nie zdążył się pozbierać, kiedy człowiek w czerni zeskoczył zwinnie ze swego konia, wydobył szpadę i przyłożył ją do brzucha sierżanta. Żołnierze przez ten czas zdjęli z pleców muszkiety, po czym skierowali je w kierunku napastnika, lecz ten nie stracił zimnej krwi. Przyłożył mocniej ostrze szpady do brzucha Garcii i powiedział:
- Sierżancie, niech pan każe żołnierzom złożyć broń. Inaczej dowiemy się, ile tłuszczu jest w tym tłustym cielsku.
Żołnierze nie chcieli strzelać bez rozkazu swego dowódcy, tak ich przecież wyszkolono, a ponadto zlękli się o życie tego sympatycznego grubaska, z którego po cichu się podśmiechiwali, ale nigdy nie życzyli mu źle. Dlatego też nie chcieli narażać jego życia, czekali więc na jego rozkaz. Domyślali się, jaki będzie, ale nie chcieli decydować za sierżanta. Wszak nie takie zwyczaje panowały w wojsku.
Garcia oczywiście nie znał myśli swoich podwładnych, ale nie chciał w żaden sposób ryzykować utraty życia i zawołał:
- Rzućcie broń! On nie żartuje!
Żołnierze posłusznie wykonali rozkaz, a następnie, gdy tajemniczy człowiek w czerni nakazał im zejść z koni i sierżant powtórzył polecenie, także je prędko wykonali i przy okazji podnieśli ręce do góry.
- Rozwiązać Mendozę! - zawołał człowiek w czerni.
- Róbcie, co każe! - dodał, wciąż niespokojny o swoje życie Garcia.
Dwóch żołnierzy szybko wskoczyło na wóz i rozwiązało więzy Mendozy. Ten roztarł obolałe od więzów dłonie i spojrzawszy na tajemniczego człowieka, rzekł:
- Nie wiem, kim jesteś, senor, ale uratowałeś mi życie.
- Jeszcze nie. Musi pan stąd uciekać - powiedział osobnik w czerni - Niech pan pożyczy jednego z tych koni. Wyglądają na całkiem dobre.
Następnie kazał żołnierzom wejść na wóz, a sierżantowi, aby także to zrobił i związał swoich podwładnych. Garcia wykonał polecenie, nie myśląc zbyt wiele, a potem pozwolił siebie związać Mendozie.
- Powiedzcie Monastario, że bardzo nam przykro, ale senor Mendoza dzisiaj go nie zaszczyci na placu swoją obecnością - powiedział człowiek w czerni.
- Kim jesteś, senor i dlaczego mi pomagasz? - zapytał Mendoza, wskakując na konia jednego z żołnierzy.
- Pomagam panu, bo walczy pan z tyranią i niegodziwością, jak ja - odrzekł człowiek w czerni - A zwą mnie Zorro, czyli lis.
Po tych słowach wyciął on na brzuchu sierżanta dużą literę Z, oczywiście nie uszkadzając przy tym skóry grubaska, a jedynie jego koszulę. Po tym czynie zaś, strzelił batem nad uszami koni, do których przywiązany był wóz. Konie wtedy się spłoszyły i pognały w kierunku placu, a Zorro i Mendoza zostali sami.
- Niech pan jedzie, senor. Monastario za chwilę wyśle całe swoje wojsko, aby pana ścigało. Niech pan natychmiast jedzie do misji brata Felipe. On pana ukryje i da azyl. Nawet kapitan nie odważy się złamać prawa azylu.
- Dziękuję, senor Zorro. Nie zapomnę panu tego. Nigdy nie zapomnę - rzekł Mendoza, po czym pognał konia w kierunku wylotowym z miasta i już po chwili zniknął w tumanie kurzu.
- Powodzenia, przyjacielu - powiedział Zorro, obserwując jego ucieczkę - A ja tymczasem muszę jeszcze bardziej zaleźć za skórę kapitanowi. Niech wie, że to nie są żarty, tylko prawdziwa wojna.
Po tych słowach, zdzielił lekko konia stopami po bokach i ruszył przed siebie.

Rozdział XI

Rozdział XI

Proces

Zgodnie z tym, co powiedziała Inez, proces Joaquina Mendozy odbył się już następnego dnia. Skazańcowi nie dano czasu na to, aby porządnie przygotował się do obrony, jak również nie dano mu adwokata. I nic w tym dziwnego. Był w końcu człowiekiem oskarżonym o zdradę stanu, a takim nie przysługiwali adwokaci. W każdym razie nie według kapitana Monastario, który miał tutaj decydujący głos. Alkad oczywiście nie mógł w tej sprawie nic zrobić. Twierdził, że dowody są jednoznaczne i nie można ich w żaden sposób podważyć, zaś upór Mendozy, który wciąż twierdzi, że jest niewinny oraz nie wydał żadnego ze swoich wspólników, przemawia przeciwko niemu. Rzecz jasna to było tylko takie gadanie. Alejandro de La Vega podejrzewał, że albo Pinia, albo też sam Monastario mieli coś na alkada i dlatego ten nie sprzeciwiał się ich postępowaniu w żaden sposób. Mimo to zjawił się na procesie sądowym, aby być obecnym w czasie jego trwania i wesprzeć swego sąsiada i przyjaciela, choćby tylko dobrym słowem i pokazać mu, że nie wierzy w jego winę. Czuł co prawda, że niewiele to pomoże, ale też był zdania, iż jako szlachcic i przyjaciel nie może postąpić inaczej, choć z pewnością proces będzie dla niego nad wyraz bolesnym doświadczeniem, podobnie jak i dla reszty.
Oprócz niego na procesie zjawili się wszyscy znaczniejsi obywatele miasta, w tym inny sąsiad de La Vegów, Ignazio Torres, który podobnie jak Alejandro był oburzony postępowaniem komendanta, ale w przeciwieństwie do swego sąsiada, nie ukrywał tego. Alejandro wolał trzymać nerwy na wodzy i jeżeli już krytykować zachowanie kapitana, to tylko w sposób spokojny i bez słów, które dobry prawnik mógłby odebrać jako zapowiedź puczu i zdrady stanu, za co oczywiście kapitan miałby prawo go aresztować. Choć w Alejandro krew się burzyła na to, co miało miejsce w jego ukochanym mieście i chwilami żałował bardzo, iż nie zrobił nic, aby temu zapobiec i nie pozwolił ojcu Felipe skręcić Monastario karku, to jednak zdrowy rozsądek wziął górę nad emocjami i ostatecznie panował nad językiem, aby nie wypuścić z ust słów, których może pożałować nie tylko on, ale i jego cała rodzina. W końcu bycie mężem i ojcem zobowiązuje. Żałował tylko, że nie może liczyć na Diego, który co prawda zachowywał się rozsądnie, ale też jakoś sprawiał wrażenie niezbyt przejętego tym, co się działo w mieście. Ojciec wszak sprowadził go po to, aby mu pomógł znaleźć właściwy sposób na pokonanie kapitana. Liczył, że mądrość Diego, jaką z pewnością nabył podczas studiów, połączona jeszcze z wykształceniem oraz erudycją, jaka zawsze cechowała jego pierworodnego sprawi, iż doradzi mu on coś mądrego lub użyje swoich wpływów, jakie z pewnością na studiach zawarł, aby obalić komendanta. On jednak nie robił nic, tylko ciągle sobie czytał książki, jeździł do wioski Indian, kręcił się po okolicy i właściwie nic poza tym nie robił. Alejandro zdecydowanie nie tego oczekiwał po swoim synu.
- Najdroższy, moim zdaniem źle oceniasz Diego - powiedziała Carmen de La Vega do swojego męża - Nie powinieneś tego robić i pochopnie go oceniać. Ja tak czuję, że on robi więcej niż nam się wydaje i niż chce, aby nam się wydawało.
- Skąd możesz to wiedzieć? - zapytał zdumiony Alejandro.
- Nie wiem tego. Ja po prostu to czuję. Widzisz, matki czują takie rzeczy.
- A ojcowie nie?
- Niektórzy tak. Inni zaś nie. Zajrzyj w głąb swojego serca, Alejandro. Oboje dobrze wychowaliśmy naszego syna. Nie może być człowiekiem żałosnym, jak się tego obawiasz. Nie jest też bierny. Na pewno działa i robi coś dobrego dla nas, a i być może też dla całej Kalifornii.
- Nie masz takiej pewności, najmilsza.
- Nie mam, ale mam wiarę, że tak właśnie jest. Zaufaj mu, Alejandro. Zaufaj naszemu synowi. Być może jeszcze nas pozytywnie zaskoczy.
- Dlaczego nam jednak nic nie mówi?
- Nie wiem. Może ma swoje powody? Poza tym... Jest dorosły i ma prawo do swojego własnego życia. Nie odbierajmy mu go i nie wypytujmy zbytecznie. Jak zechce, to sam nam wszystko powie.
- Obyś miała rację, Carmen. Obyś miała rację.
Alejandro de La Vega, siedząc pomiędzy innymi ludźmi na widowni sądu wraz ze swoją żoną, synem i córką, przypomniał sobie tę rozmowę i poczuł nagle w sercu wielką nadzieję, że niedługo tak się stanie, jak mówi jego połowica, że ich wspólny syn pokaże jeszcze, co potrafi i pokaże, iż jest godzien nazwiska, które nosi. Na razie jednak myśl o tym przerwał mu początek procesu sądowego. A miał on miejsce wtedy, kiedy Pinia wszedł na salę, ubrany w czarną togę i białą perukę sędziowską. Wówczas to zaczęło się przedstawienie, które Alejandro w myślach nazywał farsą, gdyż nikt przy zdrowych zmysłach nie wziąłby tego czegoś, czego mieli być teraz świadkiem, za prawdziwy proces. Już samo jego zorganizowanie tego dowodziło, a nic nie zapowiadało, aby przebieg miał być lepszy.
- Oskarżony, proszę wstać - powiedział tonem prawdziwego sędziego Pinia.
Mendoza powoli powstał z ławy oskarżonych. Nie spieszył się z tym, gdyż chciał okazać pogardę zarówno Pinii, jak i urzędowi, który w jego opinii zbrukał ten nędzny prawnik. Pinia dostrzegł to bez trudu, podobnie jak i Monastario, który jednak zachował spokój na tyle, na ile to potrafił.
- Jak brzmi akt oskarżenia? - zapytał Pinia.
- Wysoki Sądzie, oskarżony Joaquin Mendoza dopuścił się zdrady stanu - odpowiedział Monastario, który bardzo szybko odnalazł się w roli prokuratora oraz świadka oskarżenia w jednym - Słał listy do swoich przyjaciół w Monterey, chcąc ich pozyskać do obalenia rządu ustanowionego w Kalifornii przez miłościwie nam panującego króla Hiszpanii. Planował spisek mający na celu zamordowanie Jego Ekscelencję gubernatora, jak również mnie i szanownego powszechnie, obecnego tutaj alkada Los Angeles, a potem oddanie władzy innemu mocarstwu. Dowodem tego jest ten oto list, który znaleziono przy jego służącym, a który to służący miał za zadanie zawieć do przyjaciół oskarżonego w Monterey.
To mówiąc Monastario zaczął wymachiwać trzymanym przez siebie listem w taki sposób, aby wszyscy mogli go zobaczyć.
- Za zgodą Wysokiego Sądu odczytam teraz ten list, aby wszyscy mogli w pełni zobaczyć ogrom zbrodni tego człowieka.
- Wyrażam zgodę - powiedział Pinia.
Monastario odczytał na głos list, którego treść wszyscy wysłuchali z uwagą, lecz praktycznie nikt z obecnych na sali ludzi nie miał wątpliwości, że jest on tylko i wyłącznie zwykłą farsą, podobnie jak i ten proces. Wiedział o tym również sam oskarżony, który po zakończeniu przez kapitana lektury listu rzekł:
- Ten list jest od pierwszego do ostatniego słowa jednym wielkim kłamstwem. Kłamstwem, które wymyśliliście sobie wy dwaj, aby mnie zniszczyć!
- Milczeć! Sąd nie udzielił ci głosu! - krzyknął Monastario.
- Niech mówi! Niech broni prawdy! - rozległ się głośny wrzask - A może się boicie prawdy, panowie sędziowie?!
Głos tak odważnie wykrzykujący te słowa należał do ojca Felipe. Monastario spojrzał na niego ze złością w oczach i powiedział:
- Wielebny ojcze... Radziłbym nie wypowiadać się w kwestiach, na których się ojciec nie zna.
- Co, łotrze przeklęty?! Boisz się, że prawda wyjdzie na jaw?! A może sam napisałeś ten list razem z tym swoim pieskiem w sędziowskiej peruce?!
Monastario zacisnął pięść ze złości, po czym odpowiedział:
- Przez wzgląd na twój stan duchowny, drogi ojcze, nie wyciągnę od ciebie za twoje słowa żadnych konsekwencji. Uważaj jednak, aby cierpliwość sądu się nie wyczerpała, gdyż nie zniesie ona obrazy swojej godności.
- Ten sąd nie ma godności! Bo to nie sąd, tylko jedna wielka farsa! - krzyknął z wściekłością Felipe.
- Prawda! Gdzie jest prawdziwy sędzia?! Gdzie są świadkowie oskarżenia i obrony?! Czy poza tym listem nie macie żadnych dowodów winy?! - dodał bojowo jeden z kawalerów.
Był to Ignacio Torres, człowiek wysoki i szczupły, bardzo postawny, mający około pięćdziesięciu lat, o czarnych włosach, choć mocno przyprószonych siwizną, z delikatnym wąsem oraz niebieskimi oczami, które teraz ciskały dziko błyskawice w kierunku kapitana.
- Dowodów? Czy ten list nie jest dla was dostatecznym dowodem? - zapytał Monastario - A zresztą, skoro tak bardzo tego chcecie, możemy przedstawić wam jeszcze jeden. Świadka zbrodni popełnionej przez oskarżonego.
Po tych słowach dał znak żołnierzom, którzy wprowadzili na salę sądową sługę Mendozy. Szedł on powoli i lekko kulał, a jego twarz zdobił poważny siniak. Było wyraźnie widać, że został pobity. Mendoza przeraził się na jego widok.
- Santiago... Co ci się stało? Co oni ci zrobili? - zapytał zaniepokojony.
- Proszę oskarżonego, aby się nie odzywał bez zgody - powiedział Pinia, po czym spojrzał na sługę - Mów, człowieku. Co wiesz o zbrodniach swojego pana?
Santiago spojrzał załamanym wzrokiem na Mendozę, po czym odparł:
- Mój pan planował z kilkoma swoimi sąsiadami zamach na Jego Ekscelencję gubernatora, a także komendanta Monastario.
- To nieprawda! - zawołał Mendoza.
- Milcz! - uciszył go kapitan - A ty mów dalej!
Santiago westchnął głęboko i zaczął mówić o rzekomym spisku, który miał na celu obalenie rządu Jego Królewskiej Mości i zamordowanie kilku ważnych osób w całej Kalifornii. Oskarżenia sypały się z jego ust jedno po drugim, a Mendoza z przerażeniem słuchał tego wszystkiego, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy. Długo milczał, aż w końcu powiedział:
- Wysoki Sądzie, czy mogę zwrócić się do świadka?
- Proszę bardzo - łaskawie zezwolił Pinia.
Mendoza podszedł do Santiago i patrząc na niego uważnie, zapytał:
- Mój biedaku, powiedz mi, dlaczego to wszystko mówisz? Przecież wiesz, że nic z tego wszystkiego nie jest prawdą. Ani jedno słowo. Oni zmusili cię do tego, prawda? Zmusili cię do tego? Torturowali cię? Mój biedny Santiago. Co też oni ci zrobili?
Santiago milczał, a Mendoza mówił dalej:
- Powiedz, czy zastraszyli cię? Grozili twoim bliskim? Czy to dlatego teraz mówisz te wszystkie rzeczy? Dlatego mnie oskarżasz?
Santiago wciąż milczał i Mendoza prędko zrozumiał, że dalsza obrona jest bezcelowa, podobnie jak i próba rozmowy ze swoim sługą, dlatego jej zaniechał. Monastario zaś bardzo zadowolony rozkazał:
- Żołnierze, wyprowadzić świadkam!
Jego podwładni wykonali rozkaz, a kapitan stanął na środku sali i powiedział:
- Myślę, że dowodów więcej tutaj nie potrzeba. Oskarżony Joaquin Mendoza dopuścił się jawnej zdrady wobec króla i kraju, jak również wobec całego stanu Kalifornia. Knuł spiski i próbował dokonać zamachów na życie nie tylko moje, ale też i Jego Ekscelencji gubernatora. Wyrok zatem w tej sprawie może być tylko jeden. Śmierć.
Na sali podniosła się wrzawa i oburzenie, ale Pinia uspokoił ją, dzwoniąc ze złością dzwonkiem i waląc młotkiem sędziowskim.
- Cisza, bo każę opróżnić salę! Czy oskarżony chce coś jeszcze powiedzieć, zanim wyrok zostanie wydany?
Mendoza powoli wstał z ławki oskarżonych i odparł:
- Cokolwiek bym teraz powiedział, nic już nie zmieni mojego położenia. Wy już dawno na mnie wydaliście wyrok. Ten sąd to jedna wielka farsa. A to miejsce, to nie jest sala sądowa, tylko cela śmierci. Nie będę się więc przed wami bronił, bo i tak nie ma to żadnego sensu. Wy dwaj i tak mnie powiesicie, cokolwiek bym nie powiedział i cokolwiek nie zrobił.
Na sali podniosła się wrzawa i znowu Pinia musiał ją uspokoić. Alejandro, obserwując to wszystko, zacisnął pięść ze złości. Widać było, że kusi go, aby już przerwać milczenie i krzyknąć, co sądzi o takim procesie, ale żona, jakby czując, co on chce zrobić, położyła mu dłoń na pięści i popatrzyła na niego z uwagą, aby go uspokoić, co szczęśliwie poskutkowało.
- Oskarżony nie zamierza się bronić, jednak zatwardziale utrzymuje, że jest niewinny i to nawet wtedy, gdy przytoczyliśmy mu jawne dowody jego zbrodni - powiedział po chwili Monastario - Wina jego jest oczywista, dlatego domagam się dla niego kary śmierci przez powieszenie.
Na sali rozległy się ponownie krzyki oburzenia i tym razem Pinia z trudem zdołał je jakoś uspokoić, ale wtem Inez zerwała się ze swojego miejsca, wzięła się pod boki i głośno krzyknęła:
- Nie macie prawa go skazywać! Nie jesteście sędziami! Gdzie jest sędzia Varka?! Tylko on ma prawo wydawać wyroki w tak ważnych sprawach!
Alejandro próbował uspokoić córkę, również Diego chciał to zrobić, ale Inez kompletnie ich zlekceważyła i zawołała:
- No! Kto wam dał to prawo?! Gdzie jest prawdziwy sędzia?!
- Zgodnie z prawem, kiedy go nie ma, można go zastąpić osobą kompetentną - odpowiedział na to Monastario - Senor Pinia posiada wszelkie kwalifikacje w tym zakresie.
- Doprawdy? Senor Pinia, a któż ci je dał? Któż ci dał te kwalifikacje?
Po tych słowach Inez spojrzała na tymczasowego sędziego, oczekując na jego odpowiedź.
- Jego Ekscelencja gubernator Kalifornii - odparł na to Pinia.
- Wobec tego nie wie on, jak mało kompetentny jesteś - powiedziała złośliwie Inez bardzo bojowym tonem - Bo jesteś tylko, Wysoki Sądzie, nędznym sługusem naszego kapitana. Nędznym, gdyż bez niego jesteś niczym!
Pinia zacisnął zęby oraz pięść ze złości, aby zapanować nad gniewem, z kolei Monastario z uwagą popatrzył na Inez, będąc pełen podziwu dla jej temperamentu i odwagi. Do tego rozbawiła go uwaga, że Pinia bez niego nic nie znaczy, dlatego też powoli skłonił się w jej kierunku na znak szacunku i powiedział:
- Droga senorita… Nieopatrznie jest wypowiadać takie słowa. Wybaczę je jednak pani, ponieważ wiem, iż kieruje nią jedynie niewiedza, jakże pasująca do pani młodego wieku. Także przez wzgląd na twą rodzinę, pani, zapomnę o twoim przewinieniu. Jednakże proszę cię, nie przeszkadzaj już dłużej w posiedzeniu sądu.
- To nie sąd, tylko jedna wielka farsa! - zawołała Inez, ale ojciec pociągnął ją za rękę i usiadła na swoim miejscu ponownie.
- Jaki jest wyrok, Wysoki Sądzie? - zapytał Monastario Pinię.
- Winny - odpowiedział Pinia, a z całej sali dobiegły odgłosy oburzenia.
Monastario z satysfakcją spojrzał na Mendozę i powiedział:
- Jutro w południe skazany zostanie stracony publicznie. Oczekujemy od was, drodzy obywatele, że wszyscy przyjdziecie to zobaczyć. Niechaj ten wyrok będzie nauczką dla wszystkich spiskowców, którzy chcą zdradziecko obalić rządy Jego Królewskiej Mości i jego urzędników. Wyprowadzić skazanego!
Żołnierze ujęli pod pachę Mendozę i wyprowadzili go z sali, a zebrani w niej ludzie zaczęli głośno bojkotować. Nic im to jednak nie dało. Wyrok został już w tej sprawie wydany i nic nie mogli na to poradzić.
Tylko niewielu ludzi milczało w trakcie całego procesu. Jednym z nich był Diego de La Vega, w którego głowie kiełkował już właśnie plan, co zrobić w tej sytuacji.

Rozdział X

Rozdział X

Przyszedł czas na bohatera

Diego przebywał w wiosce Szuonów, gdzie wraz z Bernardo i Szarą Sową trenował swojego nowego, wiernego przyjaciela Tornado. Koń jak dotąd był pod opieką babci naszego bohatera, która go wychowywała od źrebaka i uczyła go tego i owego, wykorzystując do tego zdolności indiańskie, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Koń oczywiście chłonął z uwagą wszystkie jej nauki, ale mimo to przez długi czas nie pozwolił się nikomu dosiąść, a jeśli już, to szybko zrzucał z siebie jeźdźca i ten zrozumiał, że z tej relacji przyjaźń na pewno nie wyniknie. Nikt nie zdołał tego dokonać, nawet Wartki Potok, choć ten dokonał aż kilku prób, ale wszystkie musiał okupić bolesną dla swego siedzenia porażką. Dopiero Diego zdołał przekonać do siebie konia i odnaleźć z nim wspólny język, dzięki czemu dość szybko obaj się zaprzyjaźnili, a młody de La Vega odwiedzał pięknego, czarnego ogiera za każdym razem, gdy tylko miał taką możliwość. A podczas tych wizyt jeździł na nim, ćwiczył z nim różne sztuczki i sprawdzał jego umiejętności oraz swoje własne. Szybko okazało się, że obaj mają ze sobą wiele wspólnego i potrafią to wykorzystać do wspólnych galopów przez stepy lub do wykonywania różnego rodzaju ćwiczeń, jak np. przeskakiwanie przez przeszkody, czy takie nieco mniej skomplikowane, jak chociażby przybieganie konia na specjalne gwizdnięcie swego pana. To ostatnie było dla dość niepokornego konia dość trudne, ale Diego za radą babci łatwo znalazł na to sposób, częstując go marchewką lub cukrem za każde dobrze wykonane ćwiczenie.
- Doskonale, Diego. Doskonale - powiedziała z zachwytem w głosie Szara Sowa, gdy obserwowała kolejne sztuczki wykonywane przez swego wnuka i jego nowego przyjaciela - Aż przyjemnie się na was patrzy. Stanowicie doskonały duet. Jestem pewna, że razem dokonacie naprawdę wielkich czynów.
- Ale ja jeszcze nie wiem, czy jakichkolwiek dokonam, babciu - odpowiedział Diego, zeskakując zwinnie z konia i wyjmując z kieszeni kostki cukru - Nie wiem też, czy Tornado chciałby brać w nich udział.
Szara Sowa uśmiechnęła się z delikatnym pobłażaniem, gdy to usłyszała.
- Proszę cię, Diego. Przecież to widać wyraźnie, że obaj jesteście ze sobą nie tylko zgrani, ale i oddani sobie nawzajem. Widać również i to, iż Tornado by za tobą poszedł w ogień.
- Obym nie musiał sprawdzać jego wierności w tej kwestii. Nie chcę nikogo na takie niebezpieczeństwa narażać - rzekł na to młody de La Vega, lekko przy tym klepiąc konia po szyi.
Bernardo popatrzył z uwagą na swego pana, po czym pokazał coś na migi.
- Cieszę się, że tak mówisz, przyjacielu, ale nie mogę oczekiwać od nikogo takiego rodzaju poświęcenia - odparł na to z uśmiechem pełnym wzruszenia Diego - Nawet jeśli każde z was bez wahania oddałoby za mnie życie, ja nie mam prawa od was tego wymagać.
- Gdybyś tego wymagał, nie byłbyś godny takiego poświęcenia - powiedziała Szara Sowa - Tylko ktoś, kto o to nie prosi, może zasługiwać na takich przyjaciół.
Diego uśmiechnął się wzruszony tymi słowami, a Bernardo skinął delikatnie głową na znak, że całkowicie podziela to zdanie. Nagle jednak odwrócił się, bo usłyszał tętent kopyt i chciał zobaczyć, kto się zbliża. Dostrzegł wówczas Inez w kobiecym stroju do konnej jazdy i szybko dotknął ramienia Diego, aby zwrócić na siebie jego uwagę.
- Co się stało? - zapytał młody de La Vega.
Bernardo pokazał dłońmi zarys piersi i długie włosy, a potem jazdę konno.
- Ktoś tu jedzie? Kobieta? Inez?
Sługa potwierdził.
- Babciu, schowaj szybko Tornado - polecił Diego - Lepiej, żeby moja siostra, bywająca między ludźmi w mieście nie wiedziała, jakiego mam konia. Może on mi się jeszcze przydać i nikt nie powinien skojarzyć go ze mną.
- Dobrze, Diego - odparła Szara Sowa i złapała Tornado za uzdę - Chodź, przyjacielu. Na razie musisz być w ukryciu.
Po tych słowach oddała konia Wartkiemu Potokowi, ten zaś szybko zabrał ogiera do pobliskiej jaskini, w której często musiał się ukrywać. Chwilę później przyjechała Inez.
- Witaj, siostrzyczko. Co cię tutaj sprowadza? - zapytał przyjacielskim tonem Diego.
- Niestety, nie odwiedziny u babci, braciszku, choć bardzo bym tego chciała - odpowiedziała na to jego młodsza siostra, zwinnie zeskakując z konia - Sprowadza mnie niestety niewesoła sytuacja.
- A co się stało? - zapytał Diego.
- Coś z rodzicami? - dodała niespokojnie Szara Sowa.
- Z rodzicami wszystko w porządku, to znaczy na tyle, na ile to możliwe, ale tu chodzi o naszego sąsiada, Joaquina Mendozę - odparła Inez.
- Mendozę? A co się stało? - przeraził się Diego.
- Dziś rano wojsko go aresztowało.
- Pod jakim zarzutem?
- Podobno szykował spisek do odłączenia Kalifornii od Korony Hiszpańskiej i przyłączenia jej do Stanów Zjednoczonych.
- CO?! - zawołali zdumieni Diego i Szara Sowa.
- Przecież Mendoza to wierny sługa Korony. Nigdy nie przyszłoby mu to do głowy - powiedział Diego.
- To całe oskarżenie z pewnością jest fałszywe, Inez - dodała Szara Sowa.
- Na pewno, babciu, ale znaleźli przy nim jakieś dowody, które podobno mają świadczyć jasno o tym, że jest zdrajcą - mówiła dalej Inez - Jestem pewna tego, że Monastario i ten jego parszywy prawnik sfałszowali je, ale oczywiście nie możemy im tego udowodnić.
- Z pewnością proces dowiedzie jego niewinności. Sędzia Varka jest jednym z najuczciwszych sędziów w całej Kalifornii.
- Ale sędzia obecnie przebywa w Monterey i nie zdąży wrócić do jutra.
- Do jutra? - zapytał zdumiony Diego - Jak to, do jutra?
- Monastario chce poprowadzić proces już jutro, zanim sędzia zdąży do nas przyjechać. Pinia zastąpi sędziego w roli przewodniczącego sądu. On wyda wyrok.
- Nie może! To niezgodne z prawem!
- Może, braciszku. Widzisz, od jakiegoś czasu panuje prawo, że sędzia może zostać zastąpiony przez miejscowego prawnika, jeśli nie może się zjawić osobiście na procesie.
- Ale w takim wypadku powinni poczekać na przybycie sędziego - zauważyła Szara Sowa.
Diego jednak z przerażeniem złapał się za głowę i jęknął:
- Nie muszą. Proces o zdradę może być przeprowadzony szybko i sprawnie. A wręcz tego się wymaga od miejscowych władz. Zdrajcy muszą być karani bardzo szybko, aby nie zdołano ich odbić.
- No właśnie. Senor Mendoza jutro będzie sądzony - powiedziała Inez, której głos był coraz bardziej zdesperowany - Ojciec nie wie, co robić. Żałuje teraz, że nie pomógł Mendozie w słaniu listów do gubernatora i pochwalał przestrzeganie prawa. Ale nic nie może zrobić. A ojciec Felipe grozi, że zabije kapitana, jak tylko go dostanie w swoje ręce.
- Oby tylko obaj nie zrobili żadnego głupstwa - rzekł Diego zaniepokojonym tonem.
Inez popatrzyła na niego z ironią w oczach i powiedziała:
- Oni przynajmniej coś robią, a ty? Przyjeżdżasz tu sobie na pogaduszki i nie wiesz, co się dzieje na świecie, a kiedy się dowiadujesz, umiesz tylko gadać.
- Inez, więcej szacunku do brata! - zawołała oburzona Szara Sowa - Poza tym, co twoim zdaniem powinien zrobić Diego?! Rzucić się ze szpadą w dłoni na cały garnizon i zginąć, próbując odbić Mendozę z więzienia?
- Nie wiem, co powinien zrobić, ale jest mężczyzną i to w nim ojciec pokłada największe swoje nadzieje. A odkąd tu przybył, nic nie zrobił. A ojciec jest już coraz bardziej zdesperowany. Obawiam się, że zrobi w końcu coś głupiego. Jak dotąd nie złamał prawa, jednak im więcej na to wszystko patrzy, tym większą ma na to ochotę. I wcale mu się nie dziwię. Gdybym była mężczyzną, to złapałabym za szpadę i...
- I zgniłabyś w więzieniu lub na szubienicy - powiedziała ze złością Szara Sowa - Naprawdę uważasz, że w ten sposób cokolwiek byś osiągnęła? Uwierz mi, nie osiągnęłabyś nic. Nie rób więc głupstw, bo w ten sposób tylko narobisz sobie kłopotów i nam zresztą też.
- Ale...
- Żadnych „ale”, Inez. Uspokój się teraz, jedź do ojca i pilnuj, żeby również nie robił żadnych głupstw. Diego niedługo do ciebie dołączy.
Autorytet, jakim cieszyła się u swoich wnuków stara Indianka, podobnie jak i stanowczy ton jej głosu sprawiły, że Inez de La Vega uspokoiła się, ochłonęła, po czym wskoczyła na konia i wykonała polecenie. Gdy już zniknęła za horyzontem, Szara Sowa spojrzała na wnuka i powiedziała:
- Uważam, że nadszedł czas, Diego. Nadszedł czas, aby bohater wkroczył do akcji.
Diego spojrzał na babcię, potem na Bernardo i powiedział:
- Masz rację. Pora już najwyższa, żeby ktoś zrobił porządek z kapitanem.

Rozdział IX

Rozdział IX

Przejęty list

Niedługo po wydarzeniach wcześniej przez nas ukazanych, z Los Angeles wyjechał pewien człowiek w stroju podróżnym. Jego ubiór był dość skromny, co by wskazało na to, iż nie jest to człowiek majętny i można śmiało było wysnuć taki wniosek, że nie jest on panem swego losu, a w każdym razie nie w całkowitym tego słowa znaczeniu. Był on, krótko mówiąc, po prostu sługą możnego pana, który posłał go z listami do krewnych bądź przyjaciół i z tego też właśnie powodu człowiek ów w ten jakże miły, słoneczny dzień opuścił tereny miasta i zaczął się kierować w kierunku miasta Monterey. Jechał konno, dlatego liczył na to, że dość szybko dotrze on do celu swej podróży i przekaże listy adresatom. Listy te chował w skórzanej torbie, którą miał przewieszoną przez prawe ramię, dlatego był o nie całkowicie spokojny. Nie spodziewał się też żadnych przeszkód, bo w końcu kto by niby chciał na niego napaść? Nie przewoził ze sobą nic cennego i nie wyglądał też na kogoś, kto by mógł posiadać przy sobie pieniądze bądź kosztowności. Tak więc człowiek ów nie spodziewał się, aby ktoś miał mu przeszkodzić w wykonaniu jego zadania, a już zwłaszcza bandyci, których widok jego skromnego stroju oraz zwykłej torby na listy z pewnością zniechęci do ryzykowania i próby marnowania na niego ich cennego czasu.
Z takimi oto myślami sługa jechał spokojnie w kierunku Monterey, mając przy tym solidną nadzieję, że zdoła wypełnić misję powierzoną mu przez swego pana tak, jakby on tego od niego oczekiwał. Nie spodziewał się oczywiście przy tym żadnych poważniejszych komplikacji, tylko takie, jakie były konieczne. Ale tych się nie obawiał. W końcu nie miał nic do ukrycia. A w każdym razie za takiego człowieka chciał uchodzić.
Po drodze musiał, zgodnie z prawem, zatrzymać się przy pobliskiej oberży, gdzie oddział wojska, cały czas tu stacjonujący, poddał go rewizji, aby sprawdzić, czy nie ma przy sobie żadnych przemyconych bądź kradzionych rzeczy. Przy okazji też sprawdzili listy, jakie posiadał przy sobie. Ponieważ za czasów kapitana Monastario prywatność korespondencji w praktyce nie istniała, a pretekstem tego była obawa przed zamachami na wysokich urzędników państwowych oraz obawa przed spiskami szpiegów obcych mocarstw, listy zostały otwarte i przeczytane. Nie znaleziono w nich jednak niczego, co mogłoby stanowić podstawę do zatrzymania ich i przekazania kapitanowi, dlatego też dowódca ponownie zapieczętował listy i oddał je słudze, mówiąc:
- W porządku, możesz jechać.
- Dziękuję panu - odpowiedział sługa, kłaniając się nisko.
Już miał wyjść, kiedy nagle usłyszał stanowczy męski głos, który całkowicie mu to uniemożliwił:
- Chwileczkę.
Do pokoju wszedł kapitan Monastario, który przebywał akurat w pobliżu i chciał się upewnić, że inspekcja podróżnego z Los Angeles przebiega prawidłowo. Znał bowiem tego podróżnego, rozpoznał go jako sługę Mendozy, człowieka, który zdecydowanie był mu nieprzychylny. Dlatego uznał, że lepiej będzie przyjrzeć się temu wysłannikowi z należytą uwagą.
- Czy pokazał wszystkie listy? - zapytał kapitan dowódcę oddziału.
- Tak jest, kapitanie - odpowiedział dowódca.
- Czy ich treść jest poprawna politycznie?
- Oczywiście, żadnej w nich zresztą polityki. Tylko sprawy rodzinne.
- Właśnie, panie komendancie. Mój pan nie bawi się w politykę. Szkoda mu na nią czasu - odparł na to sługa, kłaniając się nisko - Czy mogę już iść?
- Chwileczkę... Zaraz pojedziesz - odparł na to ponuro kapitan - Ale najpierw pokaż mi swój płaszcz.
Sługa zmieszał się, nie wiedząc, co ma zrobić. W jego zmieszaniu jednak kapitan dostrzegł autentyczny strach. Uznał, że człowiek, który ma czyste sumienie z pewnością nie zachowywałby się w taki sposób. Zrozumiał więc, że wpadł na właściwy trop i powtórzył polecenie, ale tym razem stanowczym tonem:
- Pokaż mi swój płaszcz!
Ponieważ sługa nie palił się do wykonania tego polecenia, kapitan dał rozkaz żołnierzom i ci przytrzymali biedaka i siłą zerwali z niego płaszcz. Monastario zaś bardzo dokładnie obmacał płaszcz i jego kieszenie, ale niczego nie znalazł. Mimo to szukał dalej, aż poczuł lekkie wybrzuszenie w jednej z kieszeni. Choć nic tam nie było, to jednak można było tam wyczuć coś prostokątnego. Wyjął nóż i rozpruł materiał, po czym wydobył z niego zapieczętowany list.
- No proszę, ptaszku - powiedział ironicznym głosem - Twierdziłeś mi tutaj przed chwilą, że nie masz żadnego innego listu. A to co jest twoim zdaniem?
Sługa milczał, więc kapitan podle zachichotał i otworzył list, po czym z wielką uwagą zaczął go czytać. Jego treść zdecydowanie mu się nie spodobała. Wściekły zgniótł list w dłoni, o mało nie drąc go na kawałki. Szybko jednak się zreflektował i powiedział do żołnierzy:
- Aresztować tego szpiega!
Sługa na próżno zaklinał się na wszystkie świętości tego świata, że nie jest żadnym szpiegiem, a listy przekazane mu przez jego pana są niewinne, ale nic mu to nie dało. Jeden z żołnierzy uciszył go uderzeniem pięści, a pozostali związali go i na polecenie kapitana kilku z nich przewiozło go do więzienia w Los Angeles. Sam zaś Monastario pojechał tam jeszcze szybciej, aby się naradzić na temat tego, co właśnie miało miejsce. Wiedział, że jego wspólnik powinien o tym wszystkim wiedzieć, gdyż ostatecznie dotyczy to ich obu.
Wspólnikiem, o którym jest tutaj mowa, był oczywiście Licenciado Pinia. Jak zwykle przebywał on o tej porze w swoim domu na obrzeżach miasta. Był to dom, który trudno było uznać za skromny. Jego wnętrze zdobiły liczne dzieła sztuki, takie jak obrazy czy rzeźby, a także sporo książek znanych pisarzy. Widać było po nich, że właściciel tego domu lubi otaczać się pięknymi przedmiotami, a raczej pięknymi i drogimi. Monastario, kiedy zwiedzał ten dom, zastanawiał się, ileż to matactw finansowych musiał dokonać Pinia, aby postawić sobie taki dom i czuł zawsze, że też chciałby taki posiadać. Miał nadzieję, iż dzięki swoim staraniom osiągnie wkrótce ten cel, który póki co pozostawał jedynie w sferze marzeń.
- Witaj, Enrique. Co cię tu sprowadza? - zapytał Pinia, kiedy tylko Monastario wszedł do jego gabinetu.
Prawnik wcale się nie zdziwił, gdy służba zaanonsowała mu przybycie do jego domu samego komendanta Los Angeles. Niejeden raz już kapitan u niego bywał i zwykle robili wtedy swoje interesy, jednak zwykle umawiali się na takie spotkania, czasami wszakże komendant przybywał do niego bez zapowiedzi. Jeżeli jednak już to robił, to zawsze tylko i wyłącznie z ważnego powodu. Pinia uznał, że teraz też musi być taki powód, inaczej Monastario nie fatygowałby się do niego i nie chciałby rozmawiać tutaj, gdzie nikt z żołnierzy ich nie podsłucha.
- Ważne sprawy dotyczące nas obu. Oto, co mnie sprowadza - odpowiedział kapitan na pytanie prawnika - Lepiej sobie przeczytaj ten list.
To mówiąc wydobył on z kieszeni złożony w czworo papier odebrany tego dnia słudze Mendozy i pokazał go Pinii.
- Co to jest? - zapytał prawnik.
- List, który Mendoza podstępem próbował przesłać przez swojego sługę. Pisze on do gubernatora o naszych działaniach i prosi o interwencję, ale w miarę możliwości dyskretną, ponieważ czuwamy i jeżeli on oficjalnie przyjedzie, to z pewnością przygotujemy się na jego przyjazd i zadbamy o to, aby nie odkrył on naszych machlojek i jawnego łamania praw obywatelskich.
Pinia parsknął śmiechem i powiedział:
- Bystry z niego człowiek. W sumie rzeczywiście tak byśmy zrobili, czyż nie?
Po tych słowach przeczytał list i przekonał się, że Monastario ma rację i tak właśnie jest napisane w piśmie od Mendozy.
- Rzeczywiście, tak właśnie tutaj pisze. Jak chciał przewieźć ten list i uniknąć zarazem naszej rewizji?
- Jego sługa miał zaszyty ten list w płaszczu.
- Sprytne. Naprawdę sprytne. Przyznaję, że nie doceniałem Mendozy. Dotąd sądziłem, że potrafi tylko gadać lub słać oficjalną pocztą skargi przeciwko nam. Skargi, które oczywiście przejmowaliśmy i niszczyliśmy. Nie doceniałem go. Mój błąd. Ale więcej się nie powtórzy.
- Ciebie to śmieszy, człowieku? - mruknął z irytacją w głosie Monastario.
- A ciebie nie? Przecież wszystko układa się po naszej myśli.
- Niby co takiego? Pomyśl tylko, człowieku! Skoro raz wysłał taki list, to go może wysłać ponownie.
- Może wysłać, to prawda. Ale nie musi, jeśli tylko odpowiednio się do tego zabierzemy.
- Słusznie. Każę go natychmiast aresztować.
- Chwileczkę, przyjacielu. Tylko spokojnie - powiedział Pinia z uśmiechem pełnym złośliwości na twarzy - Za co niby chcesz go aresztować?
- Za spisek przeciwko nam.
- To za mało. Opinia społeczna będzie zbulwersowana. Już zresztą jest.
- Od tego mamy wojsko, aby ją uspokoić.
- Wojskiem nie rozwiążesz każdego problemu. Tutaj trzeba subtelniejszej metody działania. Takiej, przeciwko której nawet gubernator, jeśli się o wszystkim dowie, nie będzie miał nic przeciwko.
- Co zatem proponujesz?
- Znaleźć dowody przeciwko Mendozie. Takie, których nie zdoła się wyprzeć przed sądem, nawet jeśli nie będzie miał o nich zielonego pojęcia.
- Nie rozumiem.
- Zaraz zrozumiesz. Daj mi chwilkę.
To mówiąc wyjął kartkę papieru, zanurzył pióro w kałamarzu, po czym zaczął pisać, co chwila zerkając na oryginalny list autorstwa Mendozy. Monastario z baczną uwagą obserwował jego poczynania, nie bardzo wiedząc, co ma o tym wszystkim myśleć, czuł jednak, że to wszystko wyjdzie im na dobre, jak zwykle zresztą. Ostatecznie przecież to dzięki temu obaj ze sobą współpracowali, gdyż obaj umieli wspomóc siebie nawzajem w swoich działaniach: Monastario użyczał Pinii swojej władzy, a Pinia Monastario swojego prawniczego sprytu. Oczywiście nie oznaczało to, aby kapitan był głupi i nie był zdolny wymyślić sprytnej intrygi, ale jego intrygi były raczej proste i polegały na rozwiązaniach siłowych, z kolei zaś plany Pinii zwykle były sprytne, wyrachowane i opierały się na różnych kruczkach prawnych lub niezwykle sprytnych oszustwach. W ten sposób zdołał on bez trudu fałszować raporty do gubernatora na temat podatków, które pobierali od mieszkańców Los Angeles. Były one za wysokie, ale gubernator o tym nie miał zielonego pojęcia, ponieważ zawsze dostawał tyle, ile było ustalone. Nadwyżkę podatków Pinia i Monastario chowali do swoich kieszeni, a odpowiedni raport prawnika sprawiał, że gubernator nie zadawał zbędnych pytań. Wszystko dzięki sprytowi jednego człowieka, Licenciado Pinii. Kapitan z uwagą go obserwował i zastanawiał się, ile tak naprawdę z nadwyżki podatków przekazuje jemu, czy rzeczywiście równą połowę, czy może uszczknął z tego wszystkiego dla siebie o wiele więcej? Tego nie wiedział, jak i nie miał pewności, czy aby na pewno Pinia nie tworzy prawdziwych raportów na temat podatków, choć to wydawało mu się być absurdem. Bo w końcu, po co Pinia miałby to robić i ryzykować przy okazji swoje stanowisko i może nawet uwięzienie? Chyba, że chciałby wmówić w razie czego gubernatorowi, iż to kapitan go do wszystkiego zmusił i on nie miał w tej kwestii żadnego wyboru. Ale i tak ryzyko było zbyt wielkie, dlatego Monastario, choć niekiedy miewał takie obawy, to bardzo szybko je odrzucał, uznając je za coś, co nie ma prawa bytu. Co innego kraść nadwyżkę podatków do swojej kieszeni, co kapitan był w stanie łatwo zrozumieć. Sam też to robił i nie zdziwiłoby go to, gdyby ten sprytny złodziejaszek chciałby okraść jego przy podziale zysków. Sam zapewne zrobiłby to samo, będąc na jego miejscu. Nie robił tego zaś dlatego, że zawsze to Pinia zbierał podatki i potem dzielił w jego obecności pieniądze na dwoje. Nie wiadomo więc, ile z tego wszystkiego podstępny prawnik zachował w swojej kieszeni. I szczerze mówiąc, kapitan nie chciał go o to pytać.
- Proszę, oto ukończony list Mendozy - powiedział po chwili Pinia, gdy już skończył pisać - Zobacz sam. Co o tym sądzisz?
Monastario zaczekał, aż prawnik posypie świeżo napisany list piaskiem, po czym zdmuchnie go lekko i papier będzie można przeczytać. Gdy to zrobił, kapitan wziął list do ręki i zaczął go czytać:

Drogi przyjacielu,

Spieszę Ci donieść, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Zwolennicy nasi już się zbierają i szykują do zbrojnej akcji. Coraz bliżej nam do tego, abyśmy mogli chwycić za broń i zwrócić się przeciwko naszym ciemiężycielom, którzy nas gnębią i prześladują, odbierając prawo do wolności. Wierność Hiszpanii oraz jej królowi już coraz mniej w tym miejscu znaczy. Niedługo zaś będzie znaczyć tyle, co nic, gdyż będzie niczym. Zbieramy się i czekamy tylko na sygnał do ataku, aby móc przejść do aktywnego działania. Broń już mamy, ludzi także. Tylko trzeba dać im sygnał. Najpierw weźmiemy się za Los Angeles i zabijemy kapitana Monastario i jego żołnierzy, jak również tego parszywego prawnika Pinię. Potem przejdziemy do kolejnych miast, a także do Monterey, zabijemy gubernatora i wtedy Hiszpania straci wszystkich swoich najważniejszych urzędników w kraju. Spieszę też Ci donieść, wierny mój druhu, abyś się nie bał interwencji ze strony Hiszpańskiej Korony, ponieważ nasi przyjaciele ze Stanów Zjednoczonych obiecują nam swoją pomoc. Pozyskali również przychylność kilku polityków, którzy nas poprą, po czym dokonają wszelkich niezbędnych formalności ku temu, aby Kalifornia stała się kolejnym zjednoczonym stanem.
Bądźmy zatem gotowi do walki, mój przyjacielu, gdyż czas się zbliża. Czekaj na nasz sygnał i czyń dalej to, co czyniłeś do tej pory. Wkrótce nadejdzie nasze zwycięstwo i wolność dla nas wszystkich. Precz z tyranią hiszpańską! Niech żyje wolna Kalifornia!

Twój wierny przyjaciel,
Joaquin Mendoza.


Monastario uśmiechnął się zadowolony, po czym wziął do ręki oryginalny list i porównał pismo z niego do pisma Pinii. Był pod wrażeniem tego, co zobaczył.
- Jest niemal identyczne. A właściwie całkiem identyczne - powiedział.
- Całkiem nie jest, ale wystarczy, aby zadowolić gubernatora i wszystkich, którzy by uważali nasze działanie za niezgodne z prawem - odpowiedział mu na to Pinia - To ten list oficjalnie znalazłeś zaszyty w płaszczu sługi Mendozy. A oto, co robię z prawdziwym listem.
To mówiąc Pinia wyjął oryginalny list Mendozy z dłoni kapitana i wrzucił go do kominka, po czym zadowolony obserwował, jak zamienia się on w popiół. W popiół całkiem nieszkodliwy dla ich działalności.
- Teraz możesz aresztować Mendozę - rzekł zadowolony prawnik.
Monastario uśmiechnął się z zachwytu i spytał:
- Powiedz mi tylko jedno, Pinia. Dlaczego w liście nie wymieniłeś żadnych nazwisk?
- Za duże ryzyko. Ludziom by się to wydało zbyt podejrzane.
- Dlaczego?
- A ilu spiskowców, twoim zdaniem, pozostawia w listach pisanych wprost nazwiska swoich wspólników? Raczej niewielu, jeżeli oczywiście którykolwiek to robi. Poza tym jeszcze nie wiemy tego, którzy obywatele są całkowicie naszymi wrogami, a których możemy sobie pozyskać. Lepiej więc nie palić za sobą mostów i zachować dla siebie otwartą furtkę.
Monastario ponownie się uśmiechnął i powiedział:
- Przyjacielu, z takim sprytem albo wylądujesz wkrótce na szubienicy, albo zostaniesz sławnym politykiem. Osobiście obstawiam to drugie, ponieważ masz umysł godny prawdziwego polityka.
- Nie obrażaj mnie - odparł ironicznie Pinia.

Rozdział VIII

Rozdział VIII

Ojciec Felipe

Diego było bardzo przykro, że musiał udawać przed wszystkimi kogoś, kto nie ma najmniejszej ochoty przeciwstawić się kapitanowi Monastario i jego jakże podłym rządom, choć tak naprawdę w głębi serca aż gotował się do tego, aby ująć w dłoń szpadę i stanąć z nim do walki. Dobrze jednak wiedział, że jeżeli zrobiłby to, nie zmieniłby wcale sytuacji w Los Angeles. Na miejsce kapitana przyszedłby kolejny i może wcale nie lepszy, poza tym dochodziła do tego jeszcze kwestia kary za zabójstwo z premedytacją, za którą to przewinę prawo karało zawsze surowo. Oczywiście była szansa, że gdyby to był honorowy pojedynek, wówczas nikt by Diego nie ukarał, bo ostatecznie pojedynek pomiędzy dwoma kawalerami to co innego niż zabójstwo. Ale i tak prawo rozmaicie zapatrywało się na pojedynki, bo nie były one zakazane, lecz te zakończone śmiercią jednego przeciwnika zwykle były karalne, choć nie zawsze. Wiele zależało tutaj od sędziego, a także od tego, jak się przedstawi przed nim całą sprawę. Diego czuł, że może trafić na sędziego uczciwego, ale co, jeśli tak się nie stanie? Poza tym, dobrze wiedział, iż zabicie kapitana w pojedynku będzie ostatecznością, której wolał uniknąć. Nigdy w życiu jeszcze nikogo nie zabił i nie chciał tego zmieniać. Ponadto wolał nie ujawniać całemu światu, jak znakomitym szermierzem jest. Wolał, aby ludzie widzieli w nim raczej kogoś nieszkodliwego, gdyż wtedy mógłby łatwiej oszukać innych wrogów, którzy by chcieli przybyć do Los Angeles. Nigdy bowiem nie wiadomo, kto i kiedy tutaj zechce przyjechać i jakie będzie miał zamiary. Lepiej zatem, aby nie było powszechnie znaną informacją, że Diego de La Vega jest znakomitym szermierzem oraz walecznym człowiekiem, gdyż wtedy wrogowie będą się mieli przed nim na baczności, a przecież łatwiej ich pokonać, kiedy zlekceważą go jako zagrożenie i nie będą się mieć na baczności.
Takie właśnie myśli towarzyszyły Diego w chwili, gdy leżał w łóżku i układał sobie w głowie wszystko, co dzisiaj go spotkało. Był to bardzo owocny dzień, a wszelkie wydarzenia, jakie miały w nim miejsce, były ciekawe i dawały mu do myślenia. Sprawiały, że wiedział, iż jego pobyt w Los Angeles na pewno będzie owocował w liczne ciekawe wydarzenia, interesujące przygody i z całą pewnością nudno tutaj nie będzie. Choć, jak tak o tym sobie myślał, to czuł, że chyba już by wolał, aby w Los Angeles było potwornie nudno, ale przynajmniej nie było tego podłego łotra, kapitana Monastario, który krzywdzi mieszkańców i to jeszcze w imię prawa. Już Diego by wolał, aby jego jedynym zmartwieniem w życiu było to, iż rodzice chcą go ożenić i kazać mu płodzić tłuste dzieci i doglądać winnic. O wiele bardziej już wolałby taką rzeczywistość niż tę, która go otaczała. Wiedział jednak dobrze, iż narzekanie na to, co się dzieje wokół niego nic nie zmieni. Musi zaakceptować to, że świat, który tak bardzo kiedyś kochał, nie jest już tym samym miejscem, nie jest już tak idealny i piękny, jak go zapamiętał z dzieciństwa, ale z pewnością ma wciąż w sobie coś z dawnych, dobrych czasów i o to coś warto walczyć. I Diego wiedział, że będzie walczył i nieważne, ile czasu mu to zajmie i jak bardzo będzie się przy tym musiał namęczyć. Wiedział, że pokona kapitana i odbierze mu władzę, to było dla niego czymś oczywistym. Podobnie jak i to, iż swoją walkę mógł prowadzić jedynie samemu lub ewentualnie z Bernardo. Nie mógł ryzykować tego, że ktoś z jego bliskich będzie narażony na tak wielkie niebezpieczeństwo. Już samo narażanie wiernego sługi i mlecznego brata było ryzykowne, ale cóż... Miło było mieć w tej walce choć jednego sojusznika, a poza tym Bernardo był obecny w chwili, gdy Diego już układał sobie w głowie pierwsze szczegóły swego planu działania, dlatego chcąc nie chcąc, musiał go wciągnąć w swoją działalność. Ale inni nie mogli o tym już wiedzieć. Nawet matka. Udawanie przed nią, w ramach realizacji swoich planów, nie było czymś przyjemnym, ale koniecznym. Kiedyś opowie jej wszystko. Jej i ojcu i siostrze i wszystkim godnym zaufania osobom. Ale to dopiero w przyszłości. Wtedy, gdy Monastario zostanie ostatecznie pokonany i ich już więcej nie zagrozi jego rodzinie i bliskim. Wszystko im wtedy opowie.
Z takimi oto myślami, Diego zasnął i poleciał do krainy Morfeusza. Jakie miał sny, tego nie pamiętał, gdy wstawał następnego dnia, jednakże uznał, że nie jest to na tyle istotny szczegół, aby miał go zapamiętywać. Zamiast tego ubrał się, zszedł na dół do swojej rodziny, po czym zjadł z nimi śniadanie, rozmawiając przy tym o różnych sprawach, o jakich może tylko rozmawiać szczerze kochająca się rodzina. Nie poruszali tematów politycznych, uważając wyraźnie, że na ten temat przyjdzie jeszcze czas. Szczególnie tego tematu unikał Alejandro, którego twarz na siłę próbowała ukryć wielką troskę. Diego jednak wiedział, iż jego ojciec nie jest zbyt dobrym aktorem i dlatego nie zdziwiło go to, że pomimo swoich usilnych starań, troski i niepokoju, jakie malowały mu się na twarzy, nie jest on w stanie w żaden sposób ukryć. W każdym razie nie przed nim.
- Dlaczego ojciec się tak niepokoi? - zapytał sam siebie w duchu Diego - Czy to może ma coś wspólnego ze wczorajszą rozmową? Czyżby ojciec albo ktoś z naszych sąsiadów coś zaplanował i przeszedł od słów do czynów? Jeśli tak, to oby te czyny były rozważne. Inaczej wszyscy możemy zapłacić za to życie.
Historia nieraz pokazywała, że za bezmyślność jednostki potrafi cierpieć cała grupa. Diego wiedział doskonale, iż w tym wypadku byłoby tak samo i dlatego był niespokojny o to, co też zaplanował ojciec i jego sąsiedzi. W przeciwieństwie do Alejandro, jego syn był naprawdę zdolnym aktorem i umiał ukryć swoje emocje, a nawet udawać takie, które nie kierowały nim w danej chwili. Pamiętał jeszcze, jak w dzieciństwie wygłupiał się przed Inez i Lolitą, gdy przebierał się wraz z nimi w różne zabawne stroje i wspólnie odgrywali sceny z książek, które razem w trójkę przeczytali. Wszyscy wtedy udawali kogoś, kim nie byli i całkiem nieźle im to wychodziło. Diego czuł, że teraz zdolność ta może być na wagę złota i błogosławił w duchu chwile, kiedy bawili się w taki zwariowany sposób.
Po śniadaniu Alejandro wezwał Diego do siebie i poprosił go, aby zawiózł ojcu Felipe kilka książek, które wcześniej od niego pożyczył. Młody de La Vega bez wahania się na to zgodził, bo bardzo chciał odwiedzić misję prowadzoną przez znajomego mnicha i przy okazji porozmawiać z nim. Wiedział, że nie może mu powiedzieć tego, co planuje, ale czuł, iż musi w jakiś sposób wyjaśnić mu, że źle go ocenia i niesłusznie potępia, zarzucając mu najgorsze cechy charakteru. Bardzo mu zależało na szacunku tego człowieka, który znał go od maleńkości i dlatego też bardzo chciał go odzyskać, oczywiście nie za cenę zdemaskowania. Nie wiedział jeszcze, w jaki sposób to zrobi, ale rozmowa na misji będzie najlepszym chyba na to sposobem. Dlatego wziął książki, wskoczył na konia, zabrał ze sobą Bernardo, po czym ruszył w drogę.
- Widziałem, jak rozmawiałeś z matką, mój przyjacielu - powiedział Diego do swego sługi - Bardzo mi przykro, że wzbudzamy w biednej Dolores smutek oraz niepotrzebne współczucie nad tobą, ale co możemy poradzić? Ja moją matkę także muszę oszukiwać, przynajmniej chwilowo. Taka jest cena konspiracji. Musimy zachować jak największą tajemnicę. Im mniej osób wie, co planujemy, tym lepiej dla nas i dla nich.
Bernardo pokiwał smutno głową na znak, że się z nim zgadza, po czym nagle pokazał coś na migi. Diego zrozumiał to bez trudu i odpowiedział:
- Niestety, jeszcze dokładniej nie wiem, co mamy zrobić. Nie mam jeszcze w tej kwestii żadnego planu. Ale kto wie? Może inspiracja przyjdzie na nas dzisiaj?
Jechali przez pewien czas, prowadząc ze sobą jedynie taką dość sporadyczną rozmowę. Nie chcieli ryzykować, że ktoś tutaj ich podsłucha, dlatego nie mówili ze sobą na tematy poważne, pomijając te poważne i niezbędne, choćby omówienie niezbędnego dla nich planu działania.
W końcu jednak dotarli na miejsce i Diego uśmiechnął się, kiedy tylko to miejsce zobaczył. Poznał je bez trudu, chociaż dawno tu nie był. Kościół otoczony murem, mający w obrębie tego muru również budynki mieszkalne, ogród i kilka jeszcze innych rzeczy.
- Och, Bernardo... Przypominają mi się stare, dobre czasy, kiedy byliśmy obaj dziećmi. Pamiętasz, Bernardo? Tak wiele dni spędziliśmy tutaj. Tak wiele bardzo pięknych i beztroskich dni.
Po tych słowach wjechali powoli na teren misji. Pracujący tam w ogrodzie Indianie zwrócili na niego uwagę, ale tylko chwilowo, bo upewniwszy się, że jest on przyjacielem i nie chce robić im problemu, wrócili do swoich zajęć. Diego zaś i Bernardo spokojnie wjechali do środka, zostawili konie Indianinowi, który był tu stajennym, po czym Diego poprosił swego sługę, aby zaczekał, a sam wziął książki i poszedł szukać ojca Felipe. Podejrzewał, że zastanie go w jego gabinecie i się nie pomylił. Mnich siedział właśnie nad jakimiś papierami i czytał je z uwagą, na tyle wielką, że nawet nie zauważył, iż Diego wszedł do jego gabinetu. Zwrócił na niego uwagę dopiero wtedy, kiedy ten go pozdrowił. Oderwał wtedy wzrok od swoich papierów, po czym uśmiechnął się do niego i rzekł:
- Diego! Witaj, chłopcze. Co cię tu sprowadza?
Po tych słowach wstał od biurka i uściskał przyjaźnie młodzieńca.
- Chciałem ci oddać książki, padre. Ojciec powiedział, że już je przeczytał i bardzo ci za nie dziękuje. Naprawdę bardzo ciekawa lektura. Tak mówił.
Felipe uśmiechnął się zadowolony i odebrał książki od młodzieńca.
- Podziękuj ojcu. To dla mnie przyjemność, sprawiać radość moim wiernym przyjaciołom. I nie ma również dla mnie większej przykrości niż sprawianie im przykrości.
To mówiąc spojrzał na Diego i rzekł:
- Bardzo mi przykro, mój chłopcze, że wczoraj cię tak skrzyczałem. Wybacz mi, proszę. Nie panowałem wtedy nad sobą. To wszystko, co się ostatnio dzieje w tym mieście, po prostu mnie dobija. A jeszcze bardziej dobija mnie moja własna bezsilność. Chciałbym pomóc, a nie mogę zrobić nic. W końcu co może byle mnich jak ja? Może dlatego tak bardzo chcę, żeby inni coś robili, bo sam nie mogę zrobić nic? Wiesz co, Diego? Im więcej o tym wszystkim myślę, tym bardziej mi w głowie krążą słowa poprzedniego właściciela tej misji.
- Jakie to były słowa?
- Im mniej jest w nas talentu do poświęcenia, tym więcej oczekujemy go od innych. Niestety, wczoraj spotkało to mnie. Użyłem wtedy przykrych słów wobec moich przyjaciół, a zwłaszcza wobec ciebie, za co teraz serdecznie przepraszam.
- Nie gniewam się na ciebie, padre. To normalna rzecz, ulegać emocjom.
- Normalna, ale nie zawsze rozsądna, jeśli w ogóle rozsądna. Niestety, Diego. Niestety, za długo byłem żołnierzem, abym umiał być teraz zwyczajnym mnichem o spokojnym usposobieniu. Gdy widzę niesprawiedliwość, ręka mnie świerzbi i przyłapuję się na tym, iż instynktownie łapię się za bok, szukając szabli, którą tu kiedyś miałem, a którą mam obecnie zawieszoną na ścianie. Nie przystoi takie zachowanie mnichowi. Ale naprawdę, im więcej nieprawości tu widzę, tym więcej we mnie chęci, aby zrzucić habit, ponownie wdziać mundur i pokazać wszystkim łotrom, na co mnie stać.
Po tych słowach zacisnął dłoń w pięść i pomachał nią w bezsilnej złości.
- Wiele się zmieniło od czasu, kiedy ostatnio tu byłeś, Diego. Zbyt wiele. To już nie jest to piękne i beztroskie miejsce, jakie kiedyś znałeś.
- Wiem o tym, poinformowano mnie już o tym i to więcej niż raz. Nie wiem jednak, co też powinienem zrobić w tej kwestii. Zło i podłość zawsze były na tym świecie, ale czy prosty człowiek może coś na to poradzić?
- Prosty człowiek może bardzo na to poradzić, ponieważ ma on w sobie siłę, jakiej nie ma żaden urzędnik. Nie jest przeżarty przez żaden kodeks ani przez inne bzdury ograniczające jego umiejętności. Do tego działa z boku i co za tym idzie, nie dosięga go demoralizacja świata polityki.
- Uważasz, padre, że polityka zawsze demoralizuje?
- Polityka i władza. Owszem, mój chłopcze. Dlatego nigdy nie chciałem ani jednego, ani drugiego. A co do tego, co może prosty człowiek, to...
Po tych słowach, ojciec Felipe oparł się o swoje biurko, westchnął głęboko i powiedział:
- Wiesz, Diego... Gdy byłem młody, znałem pewnego człowieka, który został kiedyś bardzo skrzywdzony przez urzędników. A zwłaszcza przez takiego jednego. Nazywał się on Haytham i był gubernatorem w jednym ze stanów, które obecnie są Stanami Zjednoczonymi. Rządził on twardą ręką, ale prócz tego był całkowicie obojętny na krzywdy prostego ludu. Nic go one nie obchodziły, byle tylko zawsze były podatki dla króla Anglii. Ale lud był oporny w płaceniu podatków praktycznie za wszystko. Dlatego też zaczęli się buntować, a Haytham, żeby ich poskromić, sprowadził pewnego szlachcica, który w jego imieniu zaczął siać terror i przemoc. Gubernator nie wiedział o większości jego poczynań, a przynajmniej tak twierdził. Nie wierzę, żeby o tym nie wiedział, ale jeśli nawet, to tym gorzej dla niego, bo pozwolił swojej bestii robić, co tylko on chce i potem spuścił ze smyczy. A ta bestia bez wahania przeprowadzała bezwzględną pacyfikację wszystkich ludzi, którzy się buntowali wobec władzy. Nawet przeprowadzał egzekucje, a gubernator bez wahania podpisywał wszystko, co jego potwór mu podstawiał do podpisu, nawet wyroki śmierci. Przez to wielu ludzi publicznie powieszono i to na oczach ich rodzin, nawet dzieci. Jednymi z takimi ofiar byli rodzice naszego bohatera. Był on dzieckiem, kiedy z woli gubernatora powiesili jego ojca i matkę, a on musiał to oglądać. Przysiągł sobie, że ten łotr Haytham i ten, który mu pomaga, zapłacą mu za wszystko, co mu zrobili. W międzyczasie wybuchła jednak wojna, która potem przeszła do historii jako wojna o niepodległość. Stany Zjednoczone stały się wtedy wolnym krajem. Pomagier Haythama skończył na szubienicy. Ale sam gubernator uniknął kary. Dogadał się jakoś z Washingtonem i ten puścił go wolno. Łotra, który bez wahania pozwalał na śmierć niewinnych istot i nic go ich los nie obchodził. Podobno się tłumaczył, że nie wiedział o niczym i tego nie chciał, ale nawet jeśli to prawda (w co wątpię), to i tak niczego nie zmieniało. Powinni go powiesić na najbliższym drzewie, a wcześniej wypatroszyć. Nie zrobili tego, pod pretekstem, że odkupił swoje winy, poddając rebeliantom jakieś miasto, które i tak by padło. Prawda jest jednak taka, że zrobił to jedynie dlatego, iż wiedział, że i tak nie zdoła go obronić, a więc lepiej coś na tym zyskać i dogadał się z Washingtonem. I tak oto polityka pozwoliła na to, aby łotr nad łotrami uniknął sprawiedliwości. Ale nie myśl sobie, że nasz bohater odpuścił mu. Po latach, gdy był już dorosły, dopadł go w Anglii i zabił bezwzględnie. Zastrzelił jak psa, wcześniej mówiąc mu, kim jest i dlaczego się mści. Tak oto wreszcie sprawiedliwość została wymierzona.
- Ale co z tego, padre? Nasz bohater nie odzyskał w ten sposób rodziców ani nie wrócił życia żadnej ofierze terroru.
- I co z tego? Wymierzył sprawiedliwość i zło zostało ukarane. A łotry, które jak dotąd czuły się bezkarne, teraz wreszcie zrozumiały, że nie unikną oni kary za swoje zbrodnie. Rozumiesz to? Wszystkie łotry muszą ponosić karę za swe czyny, bo jeżeli choć jeden uniknie kary, to pozostali nie będą się bać i pomyślą, że im też może wszystko ujść na sucho. Dlatego wybaczenie takim łotrom to błąd. Ich trzeba karać, a skoro prawo tego nie umie, to niech inni to robią. Uczciwi i porządni obywatele.
- Jak to się jednak ma do twoich słów, że tacy ludzie mogą bardzo wiele?
- To oczywiste. Karanie łotrów to nie tylko sprawiedliwość, ale i konieczność. Nie można pozwolić łotrom, aby rządzili światem. Gdy przestaną być bezkarni, zaczną się bać, a o to tu chodzi. Dlatego człowiek niedopuszczający do tego, żeby zło wygrywało w tym świecie, czyni ten świat dużo lepszym.
- Jak to? - zdziwił się Diego.
- To wbrew pozorom, bardzo proste - zaczął wyjaśniać ojciec Felipe - Jeżeli człowiek będzie walczył przeciw złu, będzie dawał innym przykład. A jeśli go da, to wtedy inni zechcą pójść za jego przykładem i nie dopuszczą do tego, aby zło się dalej rozwijało. Dlatego na barkach tych ludzi spoczywa wielka odpowiedzialność. Swoim przykładem porywają innych do walki z nieprawością. Ale musi być ktoś, kto to zacznie. Zawsze musi być ktoś taki, inaczej nigdy to się nie zacznie i świat stanie po prostu w miejscu. Taki ktoś musi walczyć ze złem, aby tchnąć w ludzkie serca nadzieję i wiarę w to, że będzie lepiej, że zło ostatecznie zawsze przegra. Wybaczanie dobra rzecz, ale nie można wiecznie nadstawiać drugiego policzka.
- Jezus chyba nakazywał właśnie nadstawianie drugiego policzka.
- Tak, ale nie mówił, żeby to robić nieustannie. Poza tym takie wybaczenie jest czymś pozornie tylko dobrym, ale tylko pozornie. Jeżeli będziesz wybaczać wszystko złe, co ci uczynią, to dajesz w ten sposób pozwolenie nie tylko temu, kto cię krzywdzi, ale i innym, którzy chcą brać z niego przykład... Dajesz im w ten sposób pozwolenie na to, aby cię krzywdzili dalej. Ciebie i innych ludzi. Ale o ile masz prawo pozwolić na to, żeby ciebie krzywdzili i pomiatali tobą, to nie masz do tego prawa, aby patrzeć przez palce na prześladowanie innych. Ty masz prawo w sposób naiwny wszystko swoim prześladowcom wybaczać i nie wyciągać od nich konsekwencji za ich czyny, ale gdy dotyczy to innych, nie wolno ci siedzieć cicho. Pamiętaj o tym, mój chłopcze. Nie mówię, że musisz się zawsze mścić za każdą zniewagę ci uczynioną, ale są zbrodnie, których nie wolno wybaczyć.
- Chyba „nie można”, a nie „nie wolno”.
- Nie, nie wolno. Bo wybaczenie pewnych grzechów, wybaczenie zbrodni jest jeszcze większą zbrodnią. Nie wolno na to pozwolić, ponieważ jeżeli przymkniesz oczy na zbrodnie ci uczynione, nie dążysz do tego, aby sprawiedliwość dosięgła zbrodniarza, to inni zbrodniarze będą się czuli bezkarni. Nie będą czuli nad sobą gorejącego miecza anioła sprawiedliwości. A nie można do tego dopuścić. Nawet wąż w Edenie został ukarany za swoją zbrodnię, choć to było tylko zwierzę. Zatem tym bardziej ludzie powinni być karani za wszystko, co złego uczynili innym. To wbrew pozorom jest bardziej chrześcijańskie podejście, niż nadstawianie drugiego policzka. Ale pamiętaj... Jak kręgi na wodzie muszą zostać przez kogoś wywołane, tak walka z tyranią i doprowadzenie zbrodniarzy przed oblicze sprawiedliwości musi być kogoś rozpoczęte. Nie ma innego wyjścia. Ktoś musi to rozpocząć.
Diego uśmiechnął się do mnicha i pod pretekstem, że ma jeszcze dużo swoich spraw do załatwienia, ruszył powoli w kierunku wyjścia. W głowie jednak wciąż analizował słowa, które usłyszał, a w uszach dźwięczały mu ostatnie słowa mnicha i zawarta w nich nauka. Ktoś musi zacząć i rozpocząć walkę z tyranią. Tyranię zaś trzeba zwalczać, bo pozwalanie na to, aby tyrani żyli i dalej rządzili tym światem, to jak jawne współdziałanie z bandytami. Tylko co z tym, kto miał być pierwszy i rozpocząć tę walkę? Diego po raz pierwszy poczuł w sercu, że póki co jest bezsilny, ale to się może zmienić i kiedyś to on poprowadzi ludzi do wolności. Ale czy powinien walczyć jako Diego, czy jako ktoś inny? Raczej nie jako Diego. Nie, raczej jako ktoś inny. Tylko jako kto? Potrzebna mu będzie dobra tożsamość. Dobra nowa tożsamość. Tylko jaka?
Wychodząc z budynku, Diego niechcący wpadł na jakiegoś Indianina, który niósł właśnie kosz owoców.
- Bardzo przepraszam - powiedział przepraszającym tonem młodzieniec.
- Nic nie szkodzi - odpowiedział mu Indianin, uśmiechając się smutno - To nie pierwszy raz, kiedy mnie dzisiaj spotyka przykrość. Ale przynajmniej pan mnie za to przeprasza. Nie to, co inni.
- Inni? Jacy inni?
- A choćby kapitan Monastario.
Diego spojrzał niespokojnie na Indianina i zapytał:
- A co ci ten człowiek uczynił?
- Nie zszedłem mu na czas z drogi, kiedy jechał konno, dlatego uderzył mnie w twarz szpicrutą. Niech pan sam zobaczy.
To mówiąc podniósł lekko w górę głowę, którą dotąd trzymał nisko i wtedy de La Vega zauważył, że biedak ma na twarzy wielką, czerwoną szramę idącą od czoła w prawą stronę przez nos i zatrzymuje się dopiero na policzku. Diego lekko się wzdrygnął, gdy zobaczył ten widok, a w jego sercu zagotowało się. Poczuł, że gdyby teraz kapitan wpadł mu w ręce, nie wytrzymałby i sam by go uderzył taką szpicrutą i to więcej niż raz. Dobrze więc, że kapitan był daleko, bo inaczej marny byłby jego los. Najpierw Diego by go zlinczował, a potem ojciec Felipe dokończył dzieła zniszczenia.
- Bardzo mi przykro, mój biedaku. Mam nadzieję, że to się szybko zagoi - rzekł Diego, gdy już opanował emocje.
- Na pewno, proszę pana. Takie rany szybko się goją. Bardziej mnie niepokoją rany tego kraju. Boję się, że niesprawiedliwość nim zawładnęła. Ale pocieszam się myślą o tym, że być może kiedyś Zorro ukaże wszystkich niegodziwców.
- Zorro?
- Tak. Duch z indiańskich legend, obrońca pokrzywdzonych i pogromca tych, którzy łamią prawa ludzkie i boskie.
Diego słyszał swego czasu legendy o tym tajemniczym Zorro. Jego babcia, Szara Sowa, opowiadała mu je, kiedy był jeszcze dzieckiem. Mówiła o Indianinie, który wędrował po tych okolicach i walczył z wszelką nieprawością, na jaką tylko się natknął. W ten sposób szybko naraził się nie tylko wielu złym Indianom, ale też i białym ludziom, a głównie tym, którzy reprezentowali prawo. Nigdy jednak nikt go nie złapał, ponieważ był niesamowicie sprytny i pomysłowy, zawsze wiedział, jak wymknąć się swoim wrogom i w jaki sposób ich przechytrzyć. Hiszpanie go nazywali Zorro, czyli lis. Po wielu latach swojej działalności zniknął i nikt go już więcej nie widział. Najprawdopodobniej zmarł ze starości gdzieś w górach, gdzie miał swoją kryjówkę. Ludzie jednak lubili opowiadać o tym, że widzieli jego ducha, odzianego w czarny strój i na czarnym koniu, jak wędruje po stepach całej Kalifornii i sieje postrach wśród wszystkich łotrów na tej ziemi. Ludzie zawsze potrzebują jakiejś dobrej legendy o człowieku, który ich broni, a zwłaszcza wtedy, kiedy nikt żywy tego nie robi.
Gdy Diego tak o tym myślał, nagle w głowie zaświtał mu pewien pomysł. Już wiedział, co powinien zrobić, jeżeli chce rozpocząć swoją działalność. Szukał dla siebie nowej tożsamości i już ją znalazł. Bo cóż lepszego może wymyślić człowiek chcący pomóc komuś w walce z tyranią, jak nie przyjęcie tożsamości ducha i to do tego jeszcze ducha lisa?
- Nie bój się, mój przyjacielu - powiedział Diego, klepiąc lekko Indianina po ramieniu - Nadejdą dla was jeszcze lepsze czasy, a wasz bohater Zorro jeszcze nie wypowiedział ostatniego słowa.
Indianin nie bardzo w to wierzył, gdyż westchnął tylko ponuro i rzekł:
- Och, senor... Proszę sobie nie żartować ze mnie, prostego sługi. Skoro Zorro przez tyle lat nie pojawił się w naszej okolicy, to albo o nas całkowicie zapomniał, albo nigdy też na tym świecie nie istniał. Pięknie jest mówić sobie, że ten dzielny duch stanie ponownie w naszej obronie, ale i ta nadzieja powoli we mnie zanika.
- Nie trać jej, amigo. Nigdy jej nie trać, bo kto wie? Może właśnie wtedy, gdy ty ją zaczynasz tracić, ona się zaczyna stawać prawdą?
- Dałby to Bóg, panie - westchnął ponuro Indianin.

Rozdział XIII

Rozdział XIII Wypowiedzenie wojny Tłum zebrał się już pod szubienicą, oczekując na rozpoczęcie egzekucji, a ta już niedługo miała mieć swój ...