Rozdział VI

Rozdział VI

Tornado

Diego szedł uważnie za Szarą Sową, bardzo zaintrygowany jej zachowaniem. Jego babcia zawsze była osobą dość tajemniczą i wiedziała bardzo dobrze, w jaki sposób przekazać swoje sekrety zaufanym osobom, aby zachować przy tym coś, co lubiła nazywać właściwą otoczką. Coś, co sprawiało, że jej słuchacz zawsze był z każdą chwilą coraz bardziej ciekawy tego, o czym staruszka chce mówić. Szara Sowa z jakiegoś powodu uwielbiała dbać o taki szczegół. Sprawiało jej to swego rodzaju dużą satysfakcję i dlatego często to robiła, zwłaszcza wobec Diego, gdy ten był jeszcze dzieckiem. Teraz zaś, choć był już dorosły, wciąż był zachwycony tym sposobem przekazywania mu jakiegoś sekretu przez babcię. Ta zaś doskonale o tym wiedziała i dlatego tym bardziej teraz prowadziła go do celu, zachowując w ten sposób swoje stare i ulubione zwyczaje, co dawało jej, a zwłaszcza w tamtej chwili, niemalże dziecięcą radość życia.
- Daleko jeszcze, babciu? - zapytał po chwili Diego.
- Cierpliwości, mój drogi chłopcze. Więcej cierpliwości - odpowiedziała mu z lekkim uśmiechem na twarzy Szara Sowa - Zapewniam cię, że nie pożałujesz swej cierpliwości.
- Wolałbym się z tobą o to nie zakładać - zażartował jej wnuk.
Powoli dotarli do pewnej polany, gdzie nie było żywego ducha, za to były w pobliżu bardzo piękne skały, jakie zachwycały zawsze Diego, gdy był dzieckiem i zwiedzał te okolice. Czuł wtedy, że pośród nich może znajdować się jakiś cenny skarb, ale nigdy takowego nie znalazł, co bynajmniej nie zniechęcało go do tego miejsca i często je odwiedzał, mając być może w sercu nadzieję, że kiedyś mimo wszystko odnajdzie tutaj skarb, jeśli tylko dobrze go poszuka. Szara Sowa dobrze o tym wiedziała, dlatego z przyjemnością powiedziała teraz:
- Pamiętasz, mój mały, jak będąc dzieckiem szukałeś często w tych okolicach skarbów Azteków?
- Oczywiście, że tak. Nigdy tego nie zapomnę - powiedział Diego i po chwili dodał dość ironicznie: - Pewnie dlatego, że nigdy żadnego skarbu tu nie znalazłem.
- To prawda, jednak dzisiaj to się zmieni. Tutaj czeka na ciebie, mój kochany Diego, prawdziwy skarb. Lepszy niż złoto i jakiekolwiek kosztowności, które tak bardzo cenią sobie biali.
- A co to za skarb, babciu?
- Zobaczysz.
Po tych słowach Szara Sowa zagwizdała. Chwilę później rozległ się głośny tętent kopyt, a zaraz potem na polanę wbiegł nagle piękny czarny koń. Całe jego ciało i grzywa były czarne, a on sam wyglądał nad wyraz dostojnie i zarazem też zachwycająco. Diego wpatrywał się w niego pełen podziwu, nie mogąc oderwać ani na chwilę wzroku od konia. Takiej gracji, takiej elegancji, wdzięku i piękna nie dostrzegł w żadnym innym wierzchowcu. To oto dzikie i piękne stworzenie było wszelkim uosobieniem dzikich prerii i wolności, którą one dawały każdemu, kto tam mieszkał.
- I jak ci się podoba? - zapytała Szara Sowa.
Dostrzegała ona zachwyt w oczach swego wnuka, dlatego była pewna tego, jaką odpowiedź usłyszy. Nie zawiodła się.
- Jest cudowny. Piękny, wspaniały, dostojny... Dziki i wolny... - mówił Diego, nie kryjąc wcale swojego zachwytu.
- Domyślałam się, że ci się spodoba - powiedziała stara Indianka, powoli robiąc krok w kierunku konia - Chodź, przypatrz mu się z bliska.
Diego nie był pewien, czy powinien to zrobić. Ostatecznie przecież to był dziki koń, nie wiadomo zatem, czy pozwoli się komukolwiek do siebie zbliżyć, ale jakoś Szarej Sowie na to pozwolił, a nawet więcej: pozwolił, aby położyła głowę na jego szyi i ją pogłaskała. Ośmielony tą sytuacją, Diego powoli podszedł bliżej do konia, który zarżał nerwowo na jego widok, gdyż widział go pierwszy raz w życiu i nie wiedział, czego może się po nim spodziewać.
- Ostrożnie, Diego. Bez gwałtownych ruchów - powiedziała Szara Sowa - To piękny i dziki ogier, jednak bywa nieufny wobec osób, które widzi pierwszy raz. Musisz go zrozumieć, a wtedy on zrozumie ciebie.
- Zrozumie mnie? W jaki sposób? - spytał Diego.
- W taki sam sposób, w jaki rozumieją się dwaj wierni przyjaciele. Jeżeli jest między nimi prawdziwa przyjaźń, to rozumieją się bez słów. Potrafią doskonale zgrać się w czasie, podczas trwania jakiejkolwiek przygody i nigdy żaden z nich nie zawiedzie drugiego. A gdy dotyczy to jeźdźca i konia, wtedy podczas jazdy tworzą wręcz jedność. Czułeś to kiedyś przy jakimkolwiek wierzchowcu?
- Jeszcze nie, a chciałbym bardzo to poczuć.
- Wobec tego spróbuj z tym pięknym ogierem. Czuję, że oboje bardzo łatwo się ze sobą zaprzyjaźnicie.
Diego podszedł do konia i delikatnie zaczął głaskać jego łeb. Gdy upewnił się, że ogierowi to nie przeszkadza, zaczął to robić nieco bardziej intensywnie, aż w końcu spojrzał mu w oczy. W piękne, czarne oczy, w których odbijała się lekko postać młodego de La Vegi.
- Piękny jesteś, wiesz o tym? - zapytał młodzieniec i po chwili zachichotał - Naturalnie, że wiesz. Jeszcze miałbyś nie wiedzieć? Codziennie, pijąc wodę ze strumieni widzisz swoje odbicie. Musisz widzieć, jaki jesteś piękny. Ale czy też i odważny i zdolny do współpracy z człowiekiem?
Koń lekko poruszył łbem i zarżał w sposób, w jaki człowiek wyraża delikatne oburzenie na wieść o tym, iż ktoś może wątpić w jego umiejętności.
- Wybacz, nie chciałem cię urazić - powiedział z uśmiechem na twarzy Diego - Wierzę, że tak właśnie jest. Ale czy pozwolisz mi sprawdzić to w praktyce?
Koń popatrzył na młodzieńca z uwagą, oczywiście nie mogąc odpowiedzieć mu na jego pytanie, ale lekko poruszył łbem, co Diego odebrał jako potwierdzenie.
- Widzisz? Zgadza się - powiedziała Szara Sowa - Wsiądź więc na niego, mój chłopcze. Śmiało, wskakuj i przejedź się kawałek.
- Babciu, nie jestem pewien, czy powinienem zrobić to teraz - rzekł Diego, który lekko się zawahał.
- Daj spokój. Przecież on tego właśnie chce. Śmiało, Diego! Miej odwagę. On bardzo ją ceni.
Diego uśmiechnął się i pewny siebie wsiadł spokojnie na konia, pomimo tego, iż nie miał on na sobie ani siodła, ani uzdy. Ujął mocno rękami jego grzywę, a ten nie sprzeciwił się temu.
- Jedź, przyjacielu. Pokaż, co potrafisz.
Koń zarżał głośno, po czym stanął dęba i pognał przed siebie. Diego jednak nie przestraszył się tego, ścisnął mocno jego grzywę i pochylił się lekko tak, aby jego głowa znalazła się bliżej łba ogiera. Ten zaś pędził prędko, coraz prędzej w sobie tylko znanym kierunku, rżąc przy tym dziko. Nie wiadomo, czy chciał, aby jeździec siedzący mu na grzbiecie spadł z niego, czy może sprawdzić, jak się on zachowa, kiedy jazda będzie bardzo dzika. Jakkolwiek by jednak nie było, Diego trzymał się dzielnie, choć widok przed jego oczami zmieniał się w niesamowicie szybki sposób, a wiatr dziko uderzał w jego twarz i szarpał mu włosy. Robił to tak dziko, że chwilami Diego trudno było oddychać, ale to były tylko chwile. Dość szybko przyzwyczaił się do tempa jazdy i zaczął odczuwać z jej powodu ogromną przyjemność. Czuł, że ten koń będzie idealnym towarzyszem podczas przygód, jakie już planował w swojej głowie. Z pamięci zaś przypomniał sobie fragment pewnego wiersza, który napisał jakiś młody poeta żyjący we Francji. Wiersz o dzikim koniu i jego jeźdźcu. Całość była nad wyraz piękna, ale jeden fragment nad wyraz pasował do obecnej sytuacji.

Czarny mój rumak, jak burzliwa chmura.
Gwiazda na czole jak jutrzenka błyska.
Na wolę wiatrów puścił strusiej grzywy pióra,
A nóg białych polotem błyskawice ciska.
Pędź, latawcze białonogi!
Góry z drogi! Lasy z drogi!


Diego przypomniał sobie te słowa i szeptał cicho na ucho konia:
- Pędź, mój przyjacielu! Pędź i nie bacz na nic! Góry z drogi! Skały z drogi! Lasy z drogi! Rzeki z drogi! Wszystko z drogi! Ustąpcie miejsca dwóm kompanom pędzącym przed siebie i zawierającym przyjaźń.
Koń zadowolony przyjął te słowa, gdyż pognał przed siebie jeszcze szybciej i pędził tak długo, aż w końcu dotarli nad skraj przepaści. Koń bezpiecznie zdołał tuż przed nią wyhamować, po czym stanął w miejscu. Diego zerknął uważnie, jak głęboka jest przepaść, a następnie poklepał konia po łbie i rzekł:
- Spokojnie, przyjacielu. Taka przeszkoda nie jest nam groźna. Mam rację?
Czarny ogier zarżał w taki sposób, jakby okazywał swój zachwyt z powodu tego pytania.
- Przeskoczmy, przyjacielu. Przeskoczmy i pokażmy, że przepaść ta nie jest nam groźna.
Koń zawrócił i wziął bardzo duży rozpęd przed skokiem.
- Obiecajmy sobie coś. Jeżeli teraz uda się nam przeskoczyć, to wszystko nam się uda. Obiecajmy to sobie.
Ogier zarżał zadowolony i podrzucił lekko łbem do góry. Następnie delikatnie zaczął trącać kopytami o ziemię, szykując się do skoku. A potem ruszył biegiem tuż przed siebie i skoczył. Ziemia zniknęła pod nimi, zamiast tego pod końskimi kopytami zaćmiła się głęboka przepaść. Wiatr rozwiewał grzywę ogiera oraz włosy Diego, który rozłożył zadowolony ręce niczym skrzydła i wydał z siebie radosny krzyk. Ogier odpowiedział mu wesołym rżeniem i obaj oddali się lotowi z jednej strony przepaści na drugą. Lot ten trwał może pół minuty, może nieco dłużej, ale dla Diego było to niczym godzina prawdziwej rozkoszy, jakiej jeszcze nigdy nie czuł. Gdy w końcu kopyta konia dotknęły ziemi, a przepaść została przebyta, czule pogłaskał konia po szyi i rzekł:
- Mój drogi kompanie... Coś mi mówi, że to początek pięknej przyjaźni.
Ogier odpowiedział mu radosnym rżeniem na znak, iż całkowicie się z nim zgadza.
- Widzę, że przejażdżka się udała - powiedziała Szara Sowa nieco później, gdy Diego wrócił na polanę, na której się rozstali.
- I to jeszcze jak - odpowiedział jej wnuk, zsiadając z konia i klepiąc go lekko po łbie - Czy on ma już imię?
- Jeszcze nie. Pomyślałam, że skoro ten koń ma być twój, sam powinieneś dać mu imię.
- Mój? Ten koń jest mój?
- A czyj? Mój? - zachichotała Szara Sowa - Hodowałam go od źrebaka nie dla siebie ani dla kogokolwiek innego. Tylko właśnie dla ciebie. Dlatego sam musisz nadać mu imię.
Diego popatrzył na konia i rzekł:
- Jesteś szybki, dziki i niebezpieczny dla wrogów, ale wierny wobec tego, kogo uznasz za przyjaciela. Pędzisz niczym wiatr, a nawet lepiej, bo wiatr może zatrzymać pierwsza lepsza skała. Ciebie z kolei żadna przeszkoda nie jest w stanie zatrzymać, przyjacielu. Dlatego zasługujesz na imię, które pasuje do ciebie.
- Może Wicher? - zasugerowała Szara Sowa.
- Nie, babciu - odparł Diego, kręcąc przecząco głową - Wicher to tylko nieco silniejszy wiatr. Jego też może zatrzymać skała. Jest jednak coś, czego żadna skała nie zatrzyma. Ani skała, ani nic innego.
To mówiąc de La Vega spojrzał w oczy konia i rzekł:
- Tornado... Takie będzie twoje imię. Tornado. Tornada bowiem nic nie jest w stanie powstrzymać ani zatrzymać w miejscu. Tak jak ciebie.
Ogier zarżał zadowolony, potrząsając mocno łbem. Diego zrozumiał, że jest to dowód na to, iż koń zaakceptował swoje imię.

Rozdział V

Rozdział V

Szara Sowa

Bernardo jechał konno niedaleko Diego, będąc przez cały czas pogrążony we własnych myślach, które wywołane były spotkaniem z matką. Dobrze wiedział, że kobieta ucieszyła się na jego widok i przejęła się tym, iż rzekomo ogłuchł wskutek wybuchu armaty, choć tego ostatniego, jak można by było pomyśleć, nie okazała zbyt mocno, za bardzo skupiając się na fakcie, iż on i Diego mogą być głodni. Bernardo jednak nie miał jej tego za złe. Za dobrze znał matkę, aby nie wiedzieć, że jest to osoba dość ekscentryczna i przede wszystkim skupia się na tym, żeby wszyscy w domu byli najedzeni, a potem dopiero niepokoi się innymi rzeczami, które są z nimi związane. Wiedział również, że z pewnością będzie okazywać mu ogromne i pełne miłości współczucie z powodu jego rzekomo utraconego słuchu. Co za tym idzie, chyba jednak wolałby, aby matka nie musiała się tym wszystkim martwić, gdyż bardzo głupio by się czuł wiedząc, iż jego rodzicielkę martwi coś, co nigdy nie miało miejsca. Wiedział jednak z całą pewnością, że to zrobi, dlatego w myślach powoli się do tego zaczął przyzwyczajać, dając samemu sobie mądre rady w tej sprawie.
Diego oczywiście takie myśli nie dręczyły, dlatego jechał konno przed siebie na tyle spokojnie, jakby wszystko tutaj było idealne, a czasy dzieciństwa, kiedy obaj tutaj jeździli, powróciły w te strony.
- Och, Bernardo, mój wierny przyjacielu. Tak dawno tutaj nie byłem. Aż mi się przypominają nasze wycieczki z dzieciństwa. Pamiętasz je?
Bernardo pokiwał potwierdzająco głową i lekko się zasmucił. Widać było, że w przeciwieństwie do swojego pana, raczej nie było mu do śmiechu ani też do tego, aby okazywać wszystkim swoją radość. Diego jednak prędko zorientował się w tym wszystkim i powiedział przepraszająco:
- Wybacz mi, przyjacielu. Zapomniałem, że Dolores to twoja matka. Będziesz musiał ją oszukiwać. Chyba dla żadnego kochającego syna takie coś nie jest wcale niczym przyjemnym. A przypomnij sobie, że niedługo i mnie to czeka. Na razie jednak musimy...
Bernardo nie dowiedział się jednak, co obaj muszą, ponieważ nagle w ziemię, tuż pod kopyto jego konia wbiła się strzała, a zaraz za nią kolejna. Diego spojrzał wysoko w górę i zobaczył, że z lewej strony na półce skalnej stał wysoki Indianin z łukiem w dłoni. Miał on tak około dwadzieścia lat, brązowe spodnie ze skóry, opaskę z kilkoma piórami, a przez nagi tors miał przerzucony kołczan pełen strzał.
- Stać! Kto idzie?! - ryknął wyraźnie podenerwowany.
- Diego de La Vega i jego przyjaciel Bernardo - odpowiedział mu spokojnie Diego - Chcemy się zobaczyć z Szarą Sową.
- Czego chcecie od szamanki?
- To powiemy tylko jej. O ile oczywiście nas do niej przepuścisz.
Indianin powoli zszedł ze swego miejsca, po czym podszedł do Diego, lekko go ściągnął z konia, po czym bardzo mocno uściskał, ku wielkiej otusze Bernardo, który dopiero teraz go rozpoznał.
- Wartki Potok! Miło cię znów widzieć, przyjacielu - powiedział Diego.
- Diego! Cieszę się, że wróciłeś - odpowiedział mu z radością Indianin, lekko uderzając go dłonią w łopatkę - Tak dawno cię nie było.
Następnie podszedł do Bernardo, który zszedł z konia i jego również uścisnął.
- Witaj, Bernardo, stary przyjacielu. Ciebie również mi brakowało.
- Widzę, że dorobiłeś się kilku piór do swojego pióropusza - rzekł Diego, z wielką uwagą lustrując wygląd starego przyjaciela.
- Owszem, nie chcę się chwalić, ale ostatnio zdołałem wzbudzić zachwyt wśród moich towarzyszy w trakcie polowania.
- Niezwykłe. Musisz mi kiedyś opowiedzieć tę historię. Ale póki co bardzo chcę odwiedzić babcię. Czy jest w wiosce?
- Oczywiście, a gdzie by miała być? Ostatnio rzadko kiedy wychodzi poza nasz teren. Zwłaszcza teraz, kiedy przybył nowy komendant do Los Angeles.
- A co on ma do tego?
- Wojsko co jakiś czas patroluje te tereny. Jakby się bali, że chcemy ich przy jakiejś najbliższej okazji zaatakować. Nie wiem, skąd takie głupie pomysły im do głów przychodzą. Ale Szara Sowa woli nie opuszczać naszych terenów. Nie, żeby się bała. Po prostu woli czuwać nad swoim plemieniem.
Diego słuchał uważnie słów indiańskiego kuzyna i wyciągnął z nich swoje, być może dość daleko idące wnioski, ale zdecydowanie niepozbawione całkowicie sensu. Pomyślał, że Monastario patrolując ciągle te tereny z pomocą wojska, chce w Indianach wzbudzić poczucie strachu, aby trzymali się swojej wioski i nawet się nie ważyli wszczynać walk, gdyż może się to dla nich fatalnie skończyć. Z całą pewnością to właśnie chciał osiągnąć, co jakiś czas patrolując te tereny z dużym oddziałem wojska, a może nawet i kilkoma oddziałami.
Pogrążony we własnych myślach, Diego dojechał wraz ze swoimi wiernymi przyjaciółmi na teren wioski indiańskiej, gdzie wszyscy mieszkańcy przebywali poza namiotami i zajmowali się swoimi sprawami, przez co bardzo mało kto zdołał zwrócić uwagę na przybyszów. Ci zaś, którzy to zrobili, jakoś nie palili się do tego, aby jakoś specjalnie się nimi zainteresować. Co najwyżej, lekko tylko zaszczycili ich swoim spojrzeniem i właściwie nic poza tym. Był jednak drobny wyjątek, którego obecność oraz zachowanie bardzo ucieszyła Diego i nie tylko z tego powodu, że okazała mu swoją przyjaźń w sposób niemalże wylewny. Również i dlatego, iż to właśnie jej przede wszystkim tutaj szukał.
- Diego? Mój mały Diego? - rozległ się głos jakiejś staruszki, gdy młody de La Vega zdołał przywiązać swego konia w bezpiecznym miejscu.
Młodzieniec odwrócił się i zauważył wówczas przed sobą jakąś starszą panią o dość wysokim wzroście, twarzą nieco przeoraną zmarszczkami, jednak znacznie mniej niż wiele kobiet Europy, a także długimi, czarnymi włosami z mocnymi dodatkami siwizny. Ubrana była w brązowy strój typowy dla kobiet ze swojego plemienia, jej głowę zaś zdobiła czerwona opaska z zatkniętymi kilkoma piórami. Diego, widząc tę kobietę, uśmiechnął się radośnie i czule ją uścisnął. Poczuł się przez chwilę tak, jakby znowu był dzieckiem i nie musiał słuchać niczego złego na temat Indian, koloru skóry i tym podobnych bredni. Oczywiście nigdy nie słuchał takich głupich słów, ale jako dorosły zawsze się nimi przejmował oraz faktem, że ktokolwiek może nienawidzić Indian tylko z powodu ich pochodzenia. Gdy zaś był dzieckiem, nie przejmował się tym, uważając ludzi głoszących tak chore hasła za osoby po prostu głupie i nieszkodliwe, obecnie w kwestii tej nieszkodliwości miał już inne zdanie, dyktowane doświadczeniem z takimi ludźmi i tym, co oni potrafią robić w imieniu swoich chorych poglądów. Czuł, że kapitan Monastario też jest takim człowiekiem, a do tego jeszcze u władzy, a nie ma nic chyba gorszego na tym świecie jak człowiek ograniczony i z szalonymi poglądami, który dobierze się do władzy.
- Diego, mój maleńki... Mój kochany chłopcze - mówiła Indianka, ściskając mocno swojego wnuka i oglądając go z uwagą - Wypłynąłeś chłopcem za ocean, a wracasz mężczyzną. Aż przyjemnie popatrzeć. Spójrz tylko na siebie, mój drogi. Jesteś taki młody i piękny. Nie to, co ja.
Diego uśmiechnął się do starej Indianki, patrząc z radością na jej brązowe oczy, w których skrzyły się łzy. I na te już prawie całkowicie siwe włosy, które w dzieciństwie widział jeszcze jako dość mocno czarne. A także na przeoraną już dość mocno zmarszczkami twarz, która to jednak wciąż miała w sobie to samo piękno i urok, jaki posiadała w chwili, gdy ostatni raz ją widział. Krótko mówiąc, jego babcia Szara Sowa była wciąż osobą, która budziła w nim zawsze jedynie same ciepłe uczucia i radosne wspomnienia. Teraz z prawdziwą radością pozwalał się jej uściskać i ucałować, chociaż do tego ostatniego, to musiał się dość mocno pochylić, gdyż babcia była już o całą głowę niższa od niego.
- Tak się cieszę, że cię znowu widzę, babciu - powiedział szczerze wzruszony Diego, gdy babcia złożyła już na jego policzkach pocałunki - Bardzo mi brakowało tych wszystkich pięknych widoków, tych wszystkich okolic, tych wszystkich miejsc, w których spędziłem dzieciństwo. A już szczególnie brakowało mi moich najbliższych.
- Tak, Diego, mój kochany chłopcze - powiedziała wzruszona Szara Sowa, wypuszczając wnuka z objęć - Miejsce to miejsce, a ludzie to ludzie. Miejsce nie jest czymś, co możesz kochać równie mocno, co ludzi. W każdym miejscu na tym świecie możesz być szczęśliwy, ale jeżeli nie masz u swego boku kochających cię ludzi, wtedy nigdy nie zyskasz szczęścia, nawet jeśli mieszkasz w najpiękniejszym miejscu na świecie.
- Takim jak to? - zapytał dowcipnie Diego.
- Owszem, takim jak to - potwierdziła Szara Sowa i lekko zachichotała.
Oboje zaczęli przechadzać się po całej wiosce, kontynuując swoją rozmowę.
- Jak było w szerokim świecie? - zapytała po chwili Indianka.
Diego wzruszył lekko ramionami.
- Zwyczajnie, babciu. Wszędzie ludzie żyją.
- Ale było inaczej niż tutaj, prawda?
- Oczywiście. Ale inaczej, nie znaczy wcale, że lepiej.
- Czyli nie podobało ci się tam?
- Bardzo mi się tam podobało. Jednak z przyjemnością powróciłem tutaj, bo nigdzie nie ma tak pięknych gór jak tutaj. Tak pięknych koni jak tutaj. Tak wiele pięknych wspomnień jak tutaj. Hiszpania jest piękna, ale Kalifornia jest dla mnie piękniejsza.
- Każdemu zawsze jest najmilej tam, gdzie przeżył najpiękniejsze chwile swego życia - powiedziała filozoficznym tonem Szara Sowa - Pamiętam, jak byłeś dzieckiem i biegaliście razem z Bernardo po całej okolicy, bawiąc się wesoło. No i waszą grupkę przyjaciół też pamiętam. Twoja siostra Inez, Wartki Potok i jeszcze ta mała od Pulidów...
- Lolita - powiedział z uśmiechem na twarzy Diego.
Pamiętał doskonale tę słodką dziewczynkę o brązowych włosach i niebieskich oczach, która zawsze biegała za nim i Inez po całej okolicy, dla której zawsze był dzielnym rycerzem, który ją bronił przed smokami i innymi potworami. Zresztą tym rycerzem był nie tylko w zabawach, również w życiu prywatnym. Kilka razy bronił jej przed łobuzami, którzy chcieli jej dokuczać. Pamiętał, jak oboje bardzo się z tego powodu zbliżyli do siebie. Ciekawiło go, co teraz ona robi, jak jej się wiedzie i czy wyszła za mąż. Podświadomie miał nadzieję, że nie.
- Tak, Lolita - powiedziała wesoło Szara Sowa i zachichotała, widząc wyraz twarzy wnuka na samo wspomnienie tej dziewczyny - Była z was bardzo urocza para. W sumie oboje jesteście już dorośli, to powinniście się pobrać i połączyć rodziny de La Vegów i Pulido, jak to planowały kiedyś wasze matki. A właściwie, to chyba dalej planują.
- Babciu, proszę... Ja mam jeszcze czas. Poza tym nie wiem, czy Lolita mnie będzie chciała.
- Lolita miała by cię nie chcieć? Daj spokój. Chyba by była głupia albo ślepa, żeby nie chcieć mojego wnuka. Chłopak na schwał, piękny i wspaniały, niczym wielki wojownik z dawnych opowieści. Dlaczego miałaby cię nie chcieć?
- Ale babciu... Najpierw musiałbym ją zapytać, a nie wiem, czy w ogóle mi się trafi taka możliwość.
- Być może ci się trafi. Inez była u mnie niedawno i opowiadała mi, że Lolita i jej rodzice mają wrócić w te strony.
- Poważnie? - Diego aż się zatrzymał, gdy to usłyszał - Naprawdę tak właśnie ma być?
- Tak mi powiedziała Inez - odparła z uśmiechem satysfakcji na twarzy Szara Sowa - Nie wiem, czy się nie myli, ale sądzę, że skoro tak mówiła, to z pewnością wie, co mówi.
- Inez zazwyczaj dobrze wie, co mówi. Ale babciu, ja mam jeszcze czas.
- Masz jeszcze czas... Proszę cię, Diego. Jaki niby czas? Ja w twoim wieku już byłam matką twojej matki.
- Bo spotkałaś właściwego mężczyznę, który cię pokochał. Choć nie był może z waszych, ale...
- Ale zawsze porządny człowiek i to się liczy - odparła na to Szara Sowa - Twój dziadek był naprawdę wspaniałym człowiekiem. Dobrym lekarzem, który tak bardzo pokochał nasze plemię i kulturę, że zamieszkał z nami.
- I poślubił córkę wodza, którego wcześniej wyleczył z poważnej choroby, zyskując w ten sposób wielki szacunek u wszystkich Indian - dokończył Diego - Tak, babciu. Dobrze znam tę historię. Opowiadałaś ją nam wiele razy, gdy byliśmy dziećmi.
- Tak, opowiadałam ją, bo chciałam, abyś zawsze szanował swojego dziadka. Zmarł zanim ty przyszedłeś na świat i nigdy nie miałeś okazji go poznać. To dla mnie bardzo przykra sprawa. Powinieneś go poznać. Był wspaniałym człowiekiem i kochającym mężem i ojcem.
- Ale twój drugi mąż też nie był chyba najgorszy, prawda?
- Nie i chociaż go kochałam, to jednak nie było to tak samo głębokie uczucie, co do twojego dziadka. Ale drugiego męża przede wszystkim niezmiernie wręcz szanowałam. Urodziłam mu kilkoro dzieci, a jednym z nich jest ojciec Wartkiego Potoku.
Po tych słowach Szara Sowa lekko się uśmiechnęła i powiedziała:
- Sam więc widzisz, Diego, że pora nadeszła na ciebie, abyś się ożenił i sam założył swoją rodzinę. Inez także powinna wreszcie znaleźć sobie męża.
- Babciu, proszę cię. Przecież nie można na siłę wydawać dzieci za mąż.
- Za mojej młodości zwykle tak robiono i potem okazywało się, że wiele razy takie związki kończyły się szczęśliwie.
- Ale chyba częściej nieszczęśliwie.
- To prawda, nie zaprzeczam. Ale tak czy inaczej, Diego, gdybyś był moim synem, to już byś miał żonę i dzieci.
- Za to jestem twoim wnukiem i na więcej mi możesz pozwolić.
- Taka rola babć, czyż nie?
Diego uścisnął mocno staruszkę i zachichotał uradowany.
- Ale tak czy inaczej, nie mam teraz za bardzo głowy do żeniaczki. Za bardzo jestem niespokojny o losy Kalifornii, a zwłaszcza Los Angeles.
- A co konkretnie cię niepokoi?
- Ten nowy komendant, kapitan Monastario.
- Czemu on cię niepokoi?
- Wartki Potok opowiadał, że ten człowiek niejeden raz już patrolował ze swoimi oddziałami te tereny i to bynajmniej nie po to, aby łapać bandytów.
- Raczej po to, aby zademonstrować swoją siłę i utrzymać nas w ryzach - stwierdziła ponuro Szara Sowa - Tak, to niestety prawda. Wartki Potok słusznie się ich obawia. Ci ludzie są niebezpieczni dla Indian. Znaczy żołnierze sami w sobie nie stanowią poważnego zagrożenia, ale zorganizowani pod dobrym dowódcą mogą nam zaszkodzić, jeżeli uznają, że łamiemy ustanowione przez nich prawo. A jak na pewno dobrze wiesz, kiedy władza spoczywa w rękach tyrana, o złamanie prawa nie jest trudno.
- Kapitan jest tyranem?
- Tak mówią. Kilku Indian miało już z nim starcie i opowiadają, że potrafi nie szczędzić bata wobec nich.
- Jak chyba każdy komendant przed nim.
- To prawda. Każdy inny też odwiedzał z wojskiem nasze tereny i nie było w tym nic dziwnego. Po prostu pokazują nam, gdzie jest nasze miejsce i że mamy się go trzymać. I że oni tu rządzą. Normalna sprawa. Ale jeśli mowa o kapitanie, to mam co do niego poważne obawy.
- Skrzywdził kogoś z naszych Indian?
- Jeszcze nie, ale z innych plemion tak. Syn wodza plemienia Noszonów, gdy został przyłapany na schadzce ze służącą Torresów, trafił pod sąd i kapitan go skazał na ciężką chłostę, po której biedak kilka dni leżał.
- Jak to? Za schadzkę ze służącą taka kara?
- Pretekstem tego było to, że służąca była biała i on próbował ją podobno zniewolić.
- Ale chyba służąca zeznała, jak było naprawdę.
- Tak, nawet Torresowie wystąpili w jego obronie, ale co z tego? Kapitanowi wcale nie chodziło o prawdę. Tylko o to, że Torresowie są bogaci i wpływowi i o ile dobrze wiem, nie są przyjaciółmi kapitana. Ten chciał się dobrać do nich, ale do tego potrzebował zeznań służącej. Chciał namówić ją oraz jej ukochanego do tego, aby oboje powiedzieli przed sądem, iż rzekomo usłyszeli, jak Torresowie spiskują przeciwko koronie hiszpańskiej. Oboje odmówili, dlatego też kapitan kazał go wychłostać do nieprzytomności. Gdyby mógł, służącą też by zbił, ale ona nie jest jego sługą, więc nie mógł jej tknąć. Liczył jednak na to, że w ten sposób złamie ich oboje, a przynajmniej ją. Pomylił się jednak. Nie osiągnął nic, więc w furii chciał zabić tego biedaka. Chciał go zachłostać na śmierć, ale na szczęście twój ojciec i Don Joaquin Mendoza do tego nie dopuścili. Zaczęli go straszyć sądami i dał sobie spokój. Ale obawiam się, że w ten sposób zrobili sobie z niego swojego wroga.
- Postąpili słusznie, babciu.
- To prawda, ale jawnie okazali mu swój sprzeciw i to bez żadnych ogródek. Nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł walki z tyranem.
- Nie rozumiem, babciu.
- Diego, wiesz chyba o tym, że tyrani u władzy mają zawsze prawo za sobą. Siłą bizona zatem ich nie obalisz, tylko sprytem lisa. Nie możesz używać siły, bo na przemoc odpowiedzą jeszcze większą przemocą. Dlatego cieszę się, że jakoś mi się udało przekonać Noszonów, aby nie atakowali garnizonu w odwecie za to, co spotkało tego biedaka. Nie było to łatwe, ale udało mi się to i dumna jestem z tego. Przecież nie mieliby szans, wojsko rozniosłoby ich w perzynę. A potem mieliby wręcz doskonały pretekst do prześladowania nas. Teraz jeszcze siedzą cicho, ale jedna tylko, choćby mała rebelia, a nas wszystkich zagonią w kajdany do ciężkich robót i zajmą nasze tereny.
- A po co mieliby zajmować te tereny?
- Nie wiesz? Nie pamiętasz legend o tym, że w tych górach jest złoto?
- Ale przecież zawsze mówiłaś, że te legendy to bajki.
- Nie dla tych, którzy za chociażby grudkę złota są w stanie poderżnąć gardło rodzonemu bratu. Póki mają podejrzenia, że tak jest, to wykorzystują byle pretekst, aby tu wejść i prowadzić poszukiwania. Kapitan póki co woli tu nie przychodzić, bo zgodnie z prawem tych ziem nie może zająć. Musiałby prowadzić poszukiwania samemu jako prywatny człowiek, a na to się nie odważy. Bez swoich żołnierzy jest tutaj nikim i on dobrze o tym wie. Jeśli więc tu przyjdzie, to tylko z wojskiem. A jeśli z wojskiem, to tylko wtedy, gdy zyska ku temu pretekst. Naszym zadaniem zatem jest zadbać o to, aby nie zyskał tego pretekstu.
- Rozumiem. A zatem rzeczywiście sytuacja nie jest wesoła. Ale jak mówisz, nawet najsilniejszy bizon nie jest w stanie pokonać takiego zła. Potrzeba tu raczej małego i sprytnego lisa. W Hiszpanii nauczono mnie, że trzeba walczyć i jako lew i jako lis, raz tak, a raz tak.
Szara Sowa przyjrzała się wnukowi uważnie i powiedziała:
- Diego, ty coś planujesz, prawda?
- Nie, skądże. Dlaczego tak myślisz? - spytał Diego tonem niewiniątka.
Indianka spojrzała na niego ironicznie.
- Posłuchaj, chłopcze. Możesz sobie oszukiwać wszystkich, nawet rodziców, ale nie mnie. Za dobrze cię znam. Ta twoja mina wyraźnie wskazuje na to, że już coś sobie w głowie układasz, jakiś pomysł, jakby tu w sprytny sposób dokuczyć nowemu komendantowi. Nawet nie zaprzeczaj.
Diego uśmiechnął się lekko i rozłożył bezradnie ręce.
- Widzę, że przed tobą nic się nie ukryje.
- Nie ma szans. Za stara jestem, żeby nabierać się na takie coś. Powiesz mi zatem, co planujesz?
- Sam jeszcze nie wiem. Nie mam konkretnych planów. Ale chcę działać jak na lisa przystało, bo tylko lis może działać w taki sposób, aby nie narażać swoich bliskich na niebezpieczeństwo.
- W porządku, Diego. Rozsądnie mówisz. Skoro jednak tak się sprawy mają, nie możesz być w tej walce sam. Musisz mieć wsparcie wiernego przyjaciela.
- Bernardo mi pomoże.
- Nie jego miałam na myśli. Sądzę, że przyda ci się jeszcze ktoś. Takie małe wsparcie podczas twoich przyszłych akcji.
- Jakie?
Szara Sowa uśmiechnęła się do niego i powiedziała:
- Chodź ze mną.

Rozdział IV

Rozdział IV

Powrót do domu

Diego z radością odjechał powozem w kierunku domu, porzucając koszary i jej podstępnego dowódcę, kapitana Monastario. Człowiek ten nie wzbudził w nim ani jednej pozytywnej emocji. Sprawiał wrażenie raczej kogoś o charakterze węża, który uśmiecha się w podły sposób do swojej ofiary tylko po to, aby zaraz ugryźć ją i zadać dotkliwy ból. Młody de La Vega czuł, że gdyby pochodził ze znacznie mniej bogatej i poważanej rodziny, to z pewnością komendant nie okazałby mu tyle pozorowanej sympatii, jaką mu okazał wiedząc doskonale, iż ma do czynienia z osobą wysoko usytuowaną, z którą należy się liczyć. Już z tego powodu Diego poczuł do niego obrzydzenie, a gdy tylko zobaczył, w jaki sposób zachowuje się wobec Garcii i jak połączył ze sobą wszystko, co o nim usłyszał, to niechęć do tego człowieka znacznie wzrosła. Wiedział, że będzie miał odtąd w jego osobie wręcz śmiertelnego wroga, ale wiedział równie mocno, iż nie może pozwolić sobie na to, aby jawnie okazać to Monastario.
Pogrążony w tego typu rozmyślaniach, nasz bohater w towarzystwie swego wiernego sługi, dojechał do rodzinnego domu. Była to piękna hacjenda z bardzo szerokim i przyjemnie wyglądającym dziedzińcem, otoczona niewielkim, ale za to mocnym, białym murem. Widok ten wywołał w Diego łzy wzruszenia, ponieważ przypomniał sobie, jak niejeden raz jako dziecko biegał po tym domu i bawił się w rycerza, który szuka smoków do zabicia, skarbów do odnalezienia oraz niewiast do uratowania. Marzył wtedy o tym, aby być dorosłym, a ojciec mówił mu wówczas, że teraz tak mówi, ale gdy już dorośnie, zacznie żałować tego, iż nie jest znowu dzieckiem, które może sobie pozwolić na beztroskę oraz szczęście z nią związane. Teraz dopiero wiedział, co ojciec miał na myśli i poczuł, iż brakuje mu niejeden raz tego minionego dzieciństwa, a może nie tyle samego dzieciństwa, co po prostu  tej cudownej beztroski, jaka wtedy panowała w jego życiu. Wtedy nic go nie obchodziła wielka polityka i ludzie pokroju Monastario. Teraz to było coś innego. Coś zupełnie innego.
Po dotarciu do celu, gdy powóz wjechał na teren dziedzińca, Diego wysiadał i zadowolony rozejrzał się dookoła. Jak wiele wspomnień znajdowało się w tych murach. Jak wiele pięknych wydarzeń miało tutaj miejsce, gdy był dzieckiem. I jak bardzo mu ich teraz, w tej jednej chwili, brakowało.
- Diego, mój chłopcze! Jak ty wyrosłeś! - odezwał się wesoło krzyk jakiejś kobiety, która właśnie podeszła do niego i wzięła go w ramiona.
Była to kobieta średniego wzrostu, nieco tęga, ale niesamowicie przy tym sympatyczna, ubrana w strój typowy dla kucharki, czyli szarą suknię, biały fartuch i czepek tej samej barwy. Jej ręce były niezwykle silne, co Diego z miejsca sobie przypomniał, kiedy kobieta złapała go w uścisk i okazała mu w ten sposób swoją tęsknotę. Niedługo potem rozpoznała Bernardo, po czym jego także objęła, bardzo czule go przy tym ściskając.
- Witaj, Dolores - powiedział Diego do kobiety, próbując z trudem odzyskać normalny oddech.
Kobieta zwana Dolores, była matką Bernardo i zarazem też kucharką w domu de La Vegów, chociaż nieco bardziej pasowałoby do niej określenie „gospodyni”, gdyż jej rola w domu nie ograniczała się tylko do gotowania, ale też do dbania o to, aby w hacjendzie wszystko wyglądało tak, jak powinno i żeby służba zawsze wykonywała wszystkie powierzone im zadania. Metyska w wieku nieco ponad czterdziestkę, była bardzo szanowana w domu, jako dawna niania Diego i zarazem też matka jego wiernego sługi Bernardo. Szczególnie lubiła ją Carmen de La Vega, pani tego domu, gdyż obie były Metyskami, córkami Indianek i białych ludzi i już z tego powodu czuły się w jakiś sposób sobie bliskie. A prócz tego jeszcze też dochodził tu fakt, iż obie bardzo kochały swoje dzieci. A nie od dziś chyba jest to wiadome, że jedną matkę najlepiej zrozumie druga matka.
- Diego, mój kochany chłopcze. Nawet nie wiesz, jak się za tobą stęskniłam. Bernardo, mój synku. Za tobą tęskniłam równie mocno. Wyprzystojniałeś w tej całej Hiszpanii. Ty zresztą także, Diego. Widać Europa wam służy.
- Tak, ale za długo nas tutaj nie było - odpowiedział młody de La Vega - W tym czasie tutaj wiele się działo.
- Oj tak, nawet bardzo wiele - odparła na to Dolores i pomachała pięścią z nieukrywaną przez siebie złością - Ten parszywy komendant wyprawia Bóg wie co i jeszcze uważa, że wszystko mu wolno. Naprawdę nie wiem, skąd tacy ludzie się na tym świecie biorą.
- Miałem okazję go spotkać. Sprawiał początkowo miłe wrażenie...
- Miłe wrażenie? Dobre sobie - prychnęła z kpiną w głosie Dolores - To jest kanalia i łajdak. Wiesz, jakie podatki nałożył na miejscowych ludzi? I jeszcze nie ma dnia, aby jakiś Indianin nie miał przez jego żołnierzy problemów. Podła gnida i tyle, mówię ci, mój chłopcze.
Służba przez ten czas rozpakowała szybko powóz, zabierając ze sobą cały bagaż panicza i jego sługi, po czym rozlokowała go w ich pokojach.
- Dolores, powiedz mi, proszę, czy kapitan w jakiś sposób skrzywdził moich rodziców?
Kobieta wzięła się pod boki i powiedziała groźnie:
- A tylko by spróbował, kanalia jedna! Uwierz mi, moja patelnia i wałek do ciasta zaprosiłyby go na solidną kolację. I lepiej, żeby miał dobry apetyt, bo już bym porządnie tego drania na tej kolacji nakarmiła.
- A sierżant Garcia? Jego też nadal karmisz?
- Tak i to nawet częściej niż myślisz. Przychodzi niemalże codziennie coś u nas zjeść, twierdząc przy tym, że rzekomo nie widział nigdy tak pięknych oczu jak moje i żadna kobieta tak cudownie nie gotowała, jak ja.
Diego zachichotał i Bernardo tak samo, choć w sposób taki nieco głupkowaty, jak jakiś błazen na deskach teatru, a nie prawdziwy człowiek.
- A ty czego się tak śmiejesz, Bernardo? - zapytała Dolores.
- Wybacz, zapomniałem ci o tym, powiedzieć - Diego szybko jej pospieszył z pomocą - W Hiszpanii Bernardo w wyniku wybuchu armaty, obok której za bardzo się kręcił, ogłuchł.
Dolores spojrzała ze współczuciem na swego syna i powiedziała czule:
- Wybacz, mój synku. Nie wiedziałam o tym. Bardzo mi przykro, że coś takiego cię spotkało.
- Dolores, on i tak cię nie słyszy - zauważył Diego.
- Tak, masz rację. Wybacz - uśmiechnęła się smutno kobieta - Pewnie obaj jesteście bardzo głodni. Chodźcie więc do kuchni. Zostało jeszcze coś z obiadu. I zostanie jeszcze jakiś czas, o ile nie przyjdzie sierżant i wszystkiego nie zje.
- Wybacz, ale muszę najpierw zobaczyć się z rodzicami i siostrą.
- Rodzice są u sąsiadów, a siostra gdzieś tam bryka jak zwariowany kucyk. Wrócą dopiero pod wieczór, w każdym razie tak mówili. Na razie jednak chodź do kuchni i coś zjedz. I ty także, Bernardo. Pora, żebyście nabrali sił po podróży. A poza tym, co wy tam jedliście w Hiszpanii? Takich potraw jak tutaj nie ma nigdzie. Tylko u nas, tylko u nas.
Po tych słowach Dolores, pomimo protestów ze strony Diego i zwariowanych uśmieszków ze strony swego syna, zabrała obu do kuchni i postawiła im solidną porcję posiłku, nie spuszczając przy tym z nich wzroku, dopóki oboje nie zjedli wszystkiego, co mieli na talerzach. Następnie dokładała im jeszcze i jeszcze i to pomimo tego, że obaj powoli tracili siły, a kiedy tylko wspomnieli o tym, że mają już dosyć, zaczynała ich karcić i dodawała, że takie posiłki to wciąż za mało i obaj powinni jeść dwa razy więcej niż tylko to, co już zdążyli zjeść. W końcu jednak musiała zrozumieć, że nie zdołają niczego więcej przełknąć, dlatego z wielką ulgą upadli na krzesła, a Dolores zaczęła po nich sprzątać.
- Teraz przynajmniej, jak przyjedzie ten grubas, nie będzie miał niczego do zjedzenia, bo wszystko wy skonsumowaliście - mówiła Dolores bardzo z siebie zadowolonym tonem - A ponieważ do kolacji jeszcze trochę czasu, lepiej idźcie sobie na sjestę. Korzystajcie z okazji.
- Nie, Dolores. Nie mam ochoty drzemać o tej porze. Każ przygotować mi konia. Chcę odwiedzić babcię. I wrócę do domu wtedy, gdy rodzice powrócą.
- Diego, muszę zaprotestować - powiedziała mu kucharka, wyraźnie urażona - Rodzice zawsze powinni być traktowani na pierwszym miejscu.
- Ale ich tu nie ma, a ja jestem i chcę zobaczyć babcię - rzekł uparcie Diego i próbował wstać z krzesła.
Zaraz jednak nazbyt napełniony brzuch dał się we znaki obu młodzieńcom, dlatego musieli wytrwać na krzesłach do czasu, aż zdołają się w końcu podnieść i pójść po konie, na których chcieli pojechać do wioski Indian. Dolores widząc, że niczym nie zdoła ich przekonać do zmiany zdania, namówiła ich do tego, aby nie zabawiali w wiosce zbyt długo i przed zachodem słońca wrócili.
- Dobrze, obiecujemy wrócić na kolację - rzekł do niej pojednawczym tonem Diego, zaśmiewając się przy tym ze słów niani.
- Lepiej, żeby tak było, bo inaczej przyjdzie sierżant i już niedługo nie będzie możliwości wrócić do domu na kolację, bo kolacji już nie będzie - mówiła dalej swoje Dolores - Uwierzcie mi, jak ten człowiek przyjdzie i zacznie chwalić moją kuchnię, to na jednym talerzu się nie skończy. Wszystko zje i dla was nie zostanie już nic.
- Wątpię, aby tak było. Garcia to przecież nie jest Gargantua. Nie pomieściłby tego wszystkiego.
- Żebyś jeszcze się nie zdziwił, chłopcze. A tak przy okazji, to kim jest ten Garga... coś tam?
- Później ci opowiem, Dolores - machnął na to ręką Diego - A na razie pilnuj domu pod naszą nieobecność. I powiedz rodzicom i siostrze, że już wróciłem i gdy powrócę od Indian, to niech nie czekają na mnie z kolacją.
Po tych słowach Diego, który właśnie trafił do stajni, zabrał z niej jednego konia i wypróbował go na zewnątrz, aby wskoczyć mu na grzbiet. Oczywiście Bernardo uczynił to samo ze swoim wierzchowcem.
- Z kolacją? Jak się spóźnisz, to nie będzie żadnej kolacji. - burknęła lekko Dolores - Odkąd sierżant się u nas zaczął stołować, mam dwa razy więcej roboty w kuchni niż kiedykolwiek przedtem.
Diego uśmiechnął się ironicznie i poczuł, że jak dobrze pójdzie, on także już niedługo będzie miał dłonie pełne roboty, choć bynajmniej nie kuchennej.

Rozdział III

Rozdział III

Kapitan Monastario

Po przybyciu do brzegu, Diego i Bernardo wysiedli ze statku, pożegnali się z kapitanem i załadowali swoje bagaże na powóz, który przysłał im do portu ojciec naszego bohatera. Chciał on co prawda przywitać osobiście swego pierworodnego, ale nie mógł tego uczynić z powodu niespodziewanych obowiązków, jakie wtedy na niego spadły. Dlatego wysłał jedynie powóz, którym teraz zabrali się nasi dwaj bohaterowie. Tym oto środkiem transportu dość szybko przybyli do Los Angeles, gdzie musieli zatrzymać się przed miejscowym garnizonem, aby jak wszyscy przyjezdni poddać się inspekcji celnej. Żołnierze mieli obowiązek przeszukać ich bagaże i sprawdzić, czy czegoś nie przemycają lub też, czy nie przewożą czegoś, co mogłoby zaszkodzić całemu miastu.
- Mam nadzieję, że szybko wam to zajmie. Nie mam ochoty siedzieć tutaj cały dzień - powiedział niezadowolonym tonem Diego do jednego z żołnierzy, gdy ten podszedł do niego, aby dokonać inspekcji.
- Proszę wybaczyć, ale takie mamy rozkazy. Musimy sprawdzać wszystkich przyjezdnych. To ze względów bezpieczeństwa - odpowiedział mu żołnierz.
- Ale chyba rodowitych Kalifornijczyków i mieszkańców tych okolic to nie powinno dotyczyć.
- Przykro mi, senior... Rozkaz brzmi: „Sprawdzać bagaże wszystkich, którzy tu przyjeżdżają”. WSZYSTKICH.
Żołnierz miał wypisany na twarzy smutek połączony ze zmieszaniem. Diego więc uznał, że dość już poznęcał się nad tym służbistą i nie oponował już, gdy żołnierze zaczęli zdejmować część bagaży z powozu, aby je sprawdzić.
- Dlaczego mnie nie powiadomiliście, że jest nowy podróżny?! - odezwał się nagle czyjś głos.
Należał on do wysokiego i dosyć grubego żołnierza w mundurze sierżanta, który właśnie wyszedł z koszar, wyraźnie zainteresowany tym, co się działo przed bramą. Żołnierze na jego widok lekko zachichotali. Widać było, iż nie darzą oni grubasa zbyt wielkim szacunkiem, jeśli w ogóle. Zresztą mężczyzna ten raczej nie dawał powodu do tego, aby go podziwiać czy szanować. Nie tylko, że był gruby, ale i zarośnięty, jakby kilka dni się nie golił (co było zresztą prawdą), miał dość spore wąsy, które zapuścił po to, aby dodawały mu powagi, lecz tak naprawdę tylko czyniły go śmieszniejszym, a do tego pas miał niezbyt dobrze dopięty, przez co jego szabla przy każdym ruchu dyndała mocno i obijała mu się o nogi.
Diego uśmiechnął się wesoło, gdy tylko go zobaczył. Od razu go rozpoznał.
- Dzień dobry, panie sierżancie! - zawołał.
Żołnierz natychmiast skierował wzrok w stronę de La Vegi, a wówczas twarz naszego grubaska przybrała radosną minę.
- Don Diego! Jak Boga kocham, czy to naprawdę ty?! - zawołał, podbiegając szybko w kierunku młodzieńca, po czym zaczął dziko ściskać jego dłoń - Jakże się cieszę, że pana znowu widzę w Los Angeles.
- Ja również się cieszę. Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek zobaczę tutaj starego i dobrego znajomego, sierżanta Demetria Lopeza Garcię.
Garcia uśmiechnął się przyjaźnie, wyraźnie uradowany tym, co mówił do niego młodzieniec, po czym rzekł:
- Na długo pan tu przyjechał, czy na krótko?
- Raczej już na stałe. A pan wciąż sierżantem? Jeszcze pan nie awansował?
- No cóż, jakoś się nie złożyło. Bardzo mi przykro z powodu tej całej rewizji pana bagaży, ale chyba sam pan rozumie. Obowiązków trzeba doglądać i zawsze je wykonywać. Nawet jeśli się nie zawsze je pojmuje.
- Rozsądne podejście - rzekł Diego z uśmiechem na twarzy - Czy zatem mam jeszcze coś podpisać w ramach formalności? Jakąś deklarację celną czy coś w tym guście?
- Tym już zajmuje się kapitan Monastario, nasz komendant.
- Czy mogę wobec tego z nim porozmawiać i podpisać takowy dokument?
- Oczywiście, zaraz mu przekażę, że pan chce z nim rozmawiać.
Garcia już miał odejść, kiedy nagle dostrzegł Bernardo, któremu Diego dał kilka poleceń na migi.
- Przepraszam, don Diego, ale co pan właśnie zrobił? - zapytał.
- Wydawałem mu polecenie - odpowiedział beztrosko de La Vega.
- Ale w taki sposób?
- Bernardo, czyli mój sługa, jest głuchoniemy. Tylko w taki sposób może on coś zrozumieć.
Sierżanta to chyba przekonało, ponieważ nie zadawał on już więcej pytań i przeszedł przez bramę koszar, przemaszerował przez dziedziniec i powoli zbliżył swe kroki do gabinetu komendanta.
- Wejść! - rozległ się zza drzwi nieco niezadowolony głos.
Garcia wszedł do środka i zauważył swego dowódcę, który właśnie toczył jakąś ważną dla siebie rozmowę z niskim jegomościem ubranym na czarno. Ów jegomość miał czarne włosy, bladą niczym u astmatyka twarz, a także ostrożny, choć niezbyt przyjemny charakter. Obok niego stał komendant Los Angeles, tak bardzo różny od niego. Był on wysoki, szczupły, całkiem przystojny, z bardzo subtelnie przystrzyżonymi wąsikami i niewielką bródką, podkreślającą jego status społeczny.
- O co chodzi, sierżancie? - zapytał kapitan.
- Proszę wybaczyć, kapitanie, ale Diego de Le Vega powrócił do Los Angeles i prosi o rozmowę - odpowiedział sierżant.
- De La Vega? W porządku. Powiedz mu, że już do niego idę.
- Tak jest!
Po tych słowach sierżant wyszedł, a ubrany na czarno człowiek rzekł:
- Młody de La Vega wrócił? Niedobrze. To syn najbogatszych właścicieli ziemskich. Po co tutaj wrócił?
- A co nas to obchodzi? Mamy ciekawsze sprawy na głowie. Chcę się tutaj porządnie wzbogacić i to miejsce doskonale mi to ułatwia.
- Mimo wszystko lepiej uważaj. Nie wiemy, po co de La Vega wezwał do siebie jedynego syna. Może czegoś się domyśla?
- Nawet jeśli, to i tak niczego to nie zmienia. Nic na nas nie mają i nie będą mieli. A my róbmy swoje i za jakiś czas będziemy mogli spokojnie pławić się w luksusie do końca życia.
- Oby tak było. Już mnie to wszystko powoli zaczyna męczyć.
Monastario poklepał człowieka w czerni po ramieniu w sposób ironiczny, po czym wyszedł z koszar i podszedł do powozu, przy którym wciąż stał Diego, jakby rozglądający się dookoła.
- Bardzo przepraszam, że musiał pan czekać, ale mam jeszcze sporo swoich wojskowych obowiązków, dlatego... - rzekł na dzień dobry kapitan, posyłając w stronę młodzieńca najbardziej uprzejmy uśmiech, na jaki tylko było go stać
 - Pan pozwoli, senior, że się przedstawię. Jestem kapitan Enrique Sanches Monastario, miejscowy komendant.
- Miło mi pana poznać. Diego de La Vega - odpowiedział mu młodzieniec, ściskając przyjaźnie dłoń oficera.
Kapitan dopiero teraz dostrzegł, że Diego trzyma w lewej ręce jakąś książkę.
- Widzę, że umilał sobie pan czas przyjemną lekturą - bardziej stwierdził niż zauważył.
Diego uśmiechnął się wesoło.
- Oj tak, nawet bardzo przyjemną. To praca poświęcona wpływowi kultury arabskiej na kulturę hiszpańską i kilka innych. Bardzo ciekawa praca. Czytał pan to może?
Oczywiście komendant nigdy nie czytał takich książek. W ogóle rzadko coś czytał. Wychodził z założenia, że książki nie są nikomu potrzebne do szczęścia i tak właśnie sam postępował. Nie chciał tego jednak powiedzieć młodzieńcowi z obawy, iż ten może nie traktować go poważnie, czego z jakiegoś powodu, który chyba sam nie rozumiał, wcale nie chciał.
- Nie, jeszcze nie miałem okazji - odpowiedział dyplomatycznie.
- Bardzo przyjemna lektura. Polecam serdecznie - rzekł Diego.
- Nie wątpię, ale teraz mam chwilowo inne sprawy na głowie. A pan ma na głowie załatwienie u mnie niezbędnych formalności. Zapraszam zatem do siebie.
Zaprowadził Diego do swojego gabinetu, po czym dał mu do przeczytania kilka papierów z kategorii deklaracji celnej. Diego oczywiście bardzo uważnie je przeczytał, po czym zabrał się do podpisywania.
- Mam nadzieję, że nie ma pan do nas żalu za tę kontrolę. To tylko czysta formalność, ale musi zostać dopełniona - rzekł po chwili kapitan.
- Ale nie mam żadnego żalu, kapitanie. Zapewniam pana - odparł Diego.
Nagle dało się słyszeć jakiś lekki huk i dziki krzyk Garcii. Monastario lekko wzniósł oczy do góry i jęknął:
- Boże, co ten grubas znowu wyprawia?
Głośno zaś dodał:
- Proszę mi wybaczyć na chwilę. Muszę coś sprawdzić.
Wyszedł ze swojej siedziby i koszar, po czym zobaczył, że Garcia leży na ziemi z jakimś sporym kufrem na stopie, który jakiś młodzieniec o indiańskich rysach próbował mu zdjąć.
- Garcia, ty ośle! Co ty wyprawiasz?!
Sierżant z trudem, z powodu bolącej stopy, zerwał się na równe nogi, gdy już mu usunięto kufer z nogi, a potem stanął na baczność i zasalutował.
- Bardzo przepraszam kapitanie, ale właśnie doglądam osobiście oględzin bagażu seniora de La Vegi.
- W porządku, ale możesz to zrobić nieco ciszej? I łaskawie po wszystkim już pozbieraj ten kufer, durniu i wsadź go z powrotem do powozu. Ty zaś mu pomóż, jeśli łaska. Słyszałeś, co mówię?
Ostatnie zdanie skierował do Bernardo, który jednak nie odezwał się do niego ani jednym słowem, a prócz tego również sprawiał dziwne wrażenie, jakby nic mu do głowy nie docierało.
- Hej, głuchy jesteś, czy co?! - ryknął ze złością kapitan, łapiąc służącego za połę ubrania.
Nienawidził, kiedy go ktoś lekceważył.
Garcia szybko wystąpił w obronie służącego, wołając:
- Kapitanie, on pana nie słyszy. Jest głuchoniemy.
- Głuchoniemy, powiadasz? Jesteś tego pewien? - zapytał Monastario, zaraz puszczając chłopca.
- Oczywiście. Niech pan tylko zobaczy.
To mówiąc podszedł do Bernardo i zaczął z uśmiechem na twarzy ubliżać jego rodzicom i jemu samemu. Chłopak odpowiedział mu tylko dość głupkowatym wyrazem twarzy pełnym zadowolenia.
- Widzi pan? Półgłówek i głuchoniemy.
- To w takim razie idealny kompan dla ciebie. Tyle, że ty nie jesteś niemową. Na moje zresztą nieszczęście - burknął ze złością kapitan - Róbcie swoje i niechaj już to będzie skończone.
Po tych słowach Monastario chciał odejść, jednak nagle zmienił zdanie, gdyż postanowił sprawdzić, czy rzeczywiście służący niczego nie słyszy. Wydobył więc zza pasa stojącego przy bramie gwardzisty pistolet i strzelił z niego w ziemię. Na dźwięk strzału Garcia podskoczył przerażony oraz zaczął nerwowo rozglądać się dookoła. Bernardo jednak nie zareagował na to i dalej robił swoje, czyli zdejmował ostatnie rzeczy z powozu do sprawdzenia. Kapitan uśmiechnął się ironicznie, po czym oddał pistolet żołnierzowi i wrócił do swojej kwatery, w której Diego zdążył już wszystko podpisać.
- Proszę, wszystko już podpisane. Może pan sprawdzić - powiedział młody de La Vega, gdy tylko go zobaczył.
- Wierzę panu na słowo - odparł kapitan, ale dla pewności przejrzał papiery.
Rzeczywiście były poprawnie wypełnione.
- Dziękuję, wszystko się zatem zgadza. Może pan już iść. Rodzice na pewno na pana już czekają.
- Oj tak, z pewnością. Dawno mnie nie widzieli. Ostatnie kilka lat spędziłem przecież w Europie.
- Nauka czy przyjemności?
- Nauka, choć przyjemności nie zabrakło. Ale przede wszystkim nauka. Było tam wspaniale, tylko za duży nacisk kładziono ciągle na lekcje szermierki. W jakiś sposób to przebolałem, ale nie wspominam miło tych zajęć.
- Domyślam się. W końcu taki wykształcony człowiek jak pan raczej nie lubi brudzić sobie rąk czymś, co wymaga wysiłku innych mięśni niż mózg.
Oczywiście kpił sobie z Diego w żywe oczy, ale ten udawał, że tego w ogóle nie dostrzega i rzekł:
- Naturalnie, ale cóż poradzić? Takie są prawa tamtejszych szkół. Nie mnie je zmieniać. Dura lex, sed lex, jak mawiali starożytni Rzymianie.
Kapitan nie znał zbyt dobrze łaciny, dlatego nie zrozumiał, co Diego do niego mówi, jednak dla pewności udawał, że doskonale pojmuje wszystko, o czym mówi młodzieniec, lecz nie bez ulgi powitał fakt, iż ten w końcu przestał gadać i wyszedł z jego kwatery, gdy przybył Garcia z informacją, że rewizja została zakończona i niczego niebezpiecznego nie znaleziono. Diego podziękował zatem za rozmowę, po czym ruszył w kierunku powozu, odprowadzany przez Garcię. Monastario z uwagą go obserwował przez okno, uśmiechając się ironicznie.
- Uważaj na niego, Enrique - usłyszał za sobą głos człowieka ubranego na czarno - To półkrwi Indianin, a tacy nigdy nie wiadomo, co mogą zrobić.
- Raczej ćwierćkrwi. Z tego, co pamiętam, to jego matka jest Metyską. Sam mi to zresztą zdążył oznajmić.
- Nieważne. Bądź ostrożny. Ten człowiek ma w swoich żyłach krew dzikusów, a oni są nieobliczalni. Nie wiadomo, co im do głowy strzeli.
- Przesadzasz, przyjacielu. Przesadzasz - zachichotał złośliwie Monastario - To tylko głupi i zakochany w książkach paniczyk. Co taki niby może nam zrobić? Pobić książką? Zanudzić na śmierć opowieścią o kulturze arabskiej? Poza tym... Nawet gdyby próbował nam szkodzić, nic mu to nie da. Ja mam lepszą broń niż on, bardziej praktyczną na wszystkie problemy. Moją szpadę.
To mówiąc wydobył broń z pochwy i ciął nią w taki sposób, że aż powietrze zaświszczało.
- Temu ostrzu nie oprze się żadna mądra główka, zapamiętaj to sobie, Pinia - powiedział do swojego rozmówcy Monastario - Zapamiętaj to sobie na wypadek, gdybyś próbował mnie zdradzić.
Człowiek nazwany Pinią przełknął głośno ślinę i już nic nie powiedział.

Rozdział II

Rozdział II

Konspiracja się zaczyna

Diego ze szpadą w dłoni stał naprzeciwko kapitana statku, który atakował go raz za razem. Oczywiście nie robił tego na poważnie, jedynie w ramach treningu, któremu nasz bohater oddawał się każdego dnia od chwili, kiedy opuścił już brzegi Hiszpanii z brakiem wiedzy o tym, czy kiedykolwiek jeszcze zdoła tutaj przybyć. Kapitan statku był jego dobrym znajomym i z chęcią nie tylko zabrał go do domu, ale każdego dnia brał z nim udział w ćwiczeniach z szermierki. Diego bowiem nie chciał wyjść z wprawy i uważał, że tylko w ten sposób zachowa formę, a tę chciał mieć już na stałe. Chciał być godzien pochwał swojego mistrza i uważał, iż tylko w taki sposób będzie mógł to zrobić, jeżeli każdego dnia będzie trenował. A skoro kapitan był osobą chętną do wzięcia udziału w ćwiczeniach, nie zostało mu nic innego, jak tylko skorzystać z okazji i trenować.
Tak więc obaj trenowali, aż się zmęczyli, a Diego ze stoickim spokojem znów rozbroił swojego przeciwnika.
- Dobrze, wystarczy - zachichotał kapitan statku, powoli ocierając sobie pot z czoła - Jest pan naprawdę świetnym szermierzem, Don Diego.
- Dziękuję, senor - odpowiedział mu młody de La Vega - Trenować z panem, to dla mnie prawdziwa przyjemność. Żałuję, że podróż nie potrwa nieco dłużej i nie będę się u pana dalej rozwijać jako szermierz.
- No cóż, tak to już jest. Każdy rejs, nawet kilkutygodniowy, jak u nas, musi się kiedyś skończyć - odpowiedział tonem rasowego filozofa kapitan - Ale proszę się nie bać, w Kalifornii znajdzie pan dosyć ludzi, którzy pomogą panu zachować dobrą formę.
- Sądzi pan, że będzie tylu chętnych, aby ze mną trenować?
- Nie treningi miałem tutaj na myśli. Obawiam się, że w Los Angeles nie dzieje się ostatnio dobrze i dobra umiejętność władania bronią może być panu nad wyraz użyteczna.
- Jak to? - zdziwił się Diego - Chce pan powiedzieć, że w mieście nie dzieje się dobrze? A dlaczego? Jakiś wróg na nas napadł? Szykuje się wojna?
- Nie z wrogiem zewnętrznym, skoro pan o to pyta - odparł mu na to ponuro kapitan - Biedne Los Angeles jest trapione licznymi problemami, odkąd wojskowi przejęli w nim władzę.
- Jacy wojskowi? Nie rozumiem.
- W Los Angeles pojawił się nowy komendant. Jest wyjątkowym draniem.
- Taki surowy?
Kapitan machnął na to lekceważąco ręką.
- Gdyby był tylko surowy, nie przejmowałbym się. Ale on jest wręcz tyranem. Zaprowadził własne porządki w mieście, dzierży w swoich łapach pełnię władzy i robi wszystko, co tylko mu się podoba. Wojsko z byle powodu potrafi rekwirować różne drogocenne przedmioty, a gdy tylko ktoś zostaje uznany za zdrajcę, od razu idzie do więzienia i to bez procesu.
Diego był w szoku, gdy to wszystko usłyszał. Czyżby to w tym właśnie celu wezwał go ojciec, aby obaj obalili reżim nowego komendanta?
- Ale jak to jest w ogóle? Przecież jest gubernator... No i alkad...
- Gubernator jest chyba całkowicie obojętny na problemy prostych ludzi, Don Diego - odparł smutno kapitan - A co do alkada, to poprzedni próbował się w jakiś sposób przeciwstawić tyranii i nie wyszło mu to. Komendant oskarżył go o zdradę i zmusił do opuszczenia miasta i to zaledwie dwa miesiące po objęciu przez niego urzędu. Obecny alkad woli się więc nie wychylać. Obawiam się, że nastały bardzo ciężkie czasy dla Los Angeles.
Po tych słowach kapitan podniósł z pokładu swoją szpadę i rzekł:
- Za jakąś godzinę przybijemy do brzegu. Dobrze panu radzę, jeżeli ma pan przy sobie cenne przedmioty, niech je pan schowa. Szkoda by było, gdyby wojsko miało je zarekwirować.
To mówiąc odszedł, a Diego został sam na sam ze swoimi myślami. Teraz już rozumiał, czemu ojciec prosił go, aby przybył. Widocznie uważał, że syn może mu w jakiś sposób pomóc obalić podły reżim. Tak, to by miało sens. Czemu jednak nie pisał wprost w liście, o co chodzi? Czyżby bał się przechwycenia listu i tego, że może on posłużyć za dowód przeciwko niemu w sądzie? To chyba było jedyne sensowne wytłumaczenie w tej kwestii. To by wyjaśniało, dlaczego ojciec pisał tak ogólnikowo. Nie mógł pisać wprost, więc nie uczynił tego, ale też pewnie sądził, iż trafił na bystrą osobę, która domyśli się, o co chodzi. Cóż... Teraz właśnie Diego się domyślał.
Młodzieniec powoli wszedł do kajuty, gdzie wierny Bernardo sprawdzał, czy w kajucie wszystko jest tak, jak trzeba. Gdy zobaczył zasmuconą wyraźnie minę swego pana, zaniepokoił się i zapytał na migi, o co chodzi.
- Nie jest dobrze, Bernardo - odpowiedział mu ponuro Diego - Kapitan przed chwilą wyjaśnił mi kilka ciekawych informacji. Myślę, że dzięki nim już wiem, co chciał osiągnąć ojciec, wzywając mnie do powrotu.
Po tych słowach opowiedział swemu słudze wszystko, czego dowiedział się od kapitana. Bernardo wyglądał na przejętego, gdy tylko to wszystko usłyszał, po czym pokazał na migi walkę na szpady i zrobił pytająco minę.
- Nie, przyjacielu. Nie tym razem. Jawną walką nie osiągniemy niczego. Jak mówił kapitan, poprzedni alkad Los Angeles stracił stanowisko i musiał opuścić miasto dlatego, że nie popierał działalności komendanta. Ten komendant to musi być prawdziwy łotr i szelma kuta na cztery nogi. Jeżeli pozbył się nawet alkada i postarał się, aby to stanowisko objął ktoś, kto nie będzie w stanie z nim walczyć, to pomyśl tylko, co zrobi z nami, gdy wystąpimy przeciwko niemu? Nie, Bernardo. Tutaj nie wystarczy samo dobre władanie bronią. Trzeba podjąć inne kroki. Takie, żeby komendant nie zorientował się, że coś przeciwko niemu knujemy.
To mówiąc Diego przypomniał sobie nagle, jak jego mistrz na pożegnanie, przytoczył mu cytat z „Księcia” Machiavellego. Słowa głoszące, że jeżeli chce się zawsze zwyciężać, trzeba być i lisem i lwem. Tak, w tej walce sam lew nie wygra, będzie potrzebował pomocy lisa.
- W tej walce będziemy musieli walczyć jak lew i jednocześnie - rzekł po chwili Diego - Będzie nam potrzebna właściwa konspiracja. Nikt nie może w nas widzieć dwóch lwów zdolnych do walki z przeciwnikami. Musimy jak lisy zmylić naszych wrogów, aby ci nie zdołali nas nigdy zdemaskować i pokonać. Nie mogą wiedzieć, że coś planujemy, że chcemy działać przeciwko nim. Oni muszą nas lekceważyć, bo tylko wtedy będą popełniać błędy, które my obrócimy na naszą korzyść.
Bernardo pomyślał przez chwilę, po czym wziął do ręki książkę i zaczął ją z takim zabawnym uśmiechem przeglądać.
- Tak, to dobry pomysł - powiedział Diego, uśmiechając się zadowolony - To po prostu przednia myśl. Z człowieka czynu przedzierzgnę się w człowieka tylko i wyłącznie słów. Niech wszyscy wokół myślą, że jestem nieszkodliwym idealistą, wrogiem wojen oraz przyjacielem pokoju. Kimś, kto dużo mówi, ale mało robi. Tylko taki człowiek będzie dla nich niegroźny.
Bernardo zachichotał, ubawiony samą możliwością odgrywania takiej jakże ciekawej dla niego konspiracji, ale Diego szybko go sprowadził na ziemię.
- Tylko pamiętaj, że ta gra nie może być przesadzona. Inaczej przecież nawet największy tuman się zorientuje, iż coś jest w tym wszystkim nie tak i być może ta nasza gra jest nazbyt doskonała. Nie możemy zatem przesadzić. Zdrowy umiar musi być zachowany.
Służący pokazał coś swojemu panu na migi. Diego zrozumiał to bez trudu, gdyż zaraz odparł:
- Jeszcze nie wiem, co zrobimy w ramach naszej prawdziwej działalności. Na pewno będziemy w jakiś sposób zwalczać reżim, tylko jeszcze chwilowo nie mam pojęcia, w jaki. Trzeba się będzie dobrze nad tym zastanowić, zanim przejdziemy do działania. A póki co, będę udawał kogoś nieszkodliwego dla władz. Tak jak ten cesarz rzymski, Klaudiusz, który w młodości udawał idiotę, aby uniknąć walk o władzę, jaką toczyła ze sobą jego rodzina. Dzięki swojej grze uniknął czystek w rodzinie, jaką urządzili jego babka, Liwilla Druzylla i jej podobni. Potem zasiadł na tronie jako cesarz, czego raczej nikt mu nie wróżył i dopiero wówczas pokazał wszystkim, na co go stać. My musimy zrobić podobnie. Działać z ukrycia, przed światem pokazując mnie jako nieszkodliwego erudytę.
Bernardo trącił lekko w ramię swego pana, po czym zaczął mu coś na migi pokazywać.
- Ty też chcesz udawać? - zapytał wesoło, kiedy już odczytał skierowaną dla niego wiadomość - W sumie, to byłby dobry pomysł. Proponuję ci zatem, żebyś zaczął udawać przed wszystkimi głuchoniemego. Wtedy nikt nie będzie wahał się przed tobą niczego mówić. Uznają cię za nieszkodliwego półgłówka, którego tylko ja rozumiem i w tym będzie tkwiła nasza siła. W głowie, nie w pięści.
Po tych słowach Diego spojrzał przed siebie i powiedział ponuro:
- Na pięść kolej przyjdzie później. Nieco później. Być może szybciej niż nam się wydaje. I warto zrobić tak, aby komendant i jego zwolennicy nie wiedzieli, czyja dokładniej pięść ich uderzyła. Im mniej będą o tym wiedzieć, tym lepiej. Ale wiesz, tu nie wystarczy zwykła konspiracja. Musimy stworzyć postać, która ich wszystkich zatrwoży. Postać, która stanie się symbolem uciskanego ludu, znakiem sprawiedliwości i honoru, czymś, co da tym wszystkim ludziom nadzieję i będą wiedzieli, że nie są z tym, co ich spotyka sami. Że mają swojego obrońcę, którzy zawsze stanie po ich stronie. Ten ktoś będzie działał jawnie i bez obaw, że ktoś go z zemsty pozbawi bliskich. Będzie on działał jawnie, ale zarazem też ukryty pod maską.
Wypowiedziawszy to wszystko, Diego powoli podniósł z ziemi chusteczkę, którą upuścił i przyłożył ją sobie do ust, zakrywając dolną część twarzy. Szybko jednak odkrył, że to mu się nie podoba i rzekł:
- Nie, tak wyglądają pospolici bandyci. My musimy być bardziej subtelni.
Potem poklepał po ramieniu wiernego sługę i dodał:
- Ale nie przejmuj się. Wszystko w swoim czasie. Najsampierw musimy wrócić do domu. A potem...
- Ziemia na horyzoncie! - rozległ się nagle krzyk jednego z marynarzy.
- Pakuj nasze bagaże, Bernardo! - zarządził szybko Diego - W ciągu godziny dobijemy do brzegu.
Po cichu zaś młodzieniec dodał:
- A gdy już to się stanie, rozpocznie się nasza konspiracja.

Rozdział I

Rozdział I

Ostatnia lekcja

Roku pańskiego 1820 Hiszpania była wciąż wielkim i potężnym krajem, a jej kolonie w Ameryce przynosiły prawdziwe krocie. Król nie miał zatem powodów, aby narzekać na taki stan rzeczy. Co innego mieszkańcy owych kolonii. Ponieważ były one daleko od czujnego wzroku władcy Hiszpanii, ustanowieni tam urzędnicy nie czuli stojącej nad nimi osoby, która patrzyłaby im na ręce i w jakikolwiek sposób by ich kontrolowała. Dlatego wielu z nich dopuszczało się podłości i to jeszcze w imieniu Jego Królewskiej Mości, tłumacząc wszem i wobec, że król tak chce, bo skoro ich ustanowił na te stanowiska i nie odwołuje ich, mimo tego, iż robią wiele rzeczy, które mogłyby się nie spodobać, to widocznie pochwala ich metody działania, a zatem mogą swobodnie funkcjonować tak, jak to robili cały czas. Tak też robili, pobierając niejednokrotnie podatki w wersji znacznie większej niż to było ustanowione, a także gnębiąc miejscowy lud za najmniejsze nawet przewiny. Rzecz jasna, nie każdy urzędnik wtedy był łotrem, jednak wielu z nich takich właśnie było i uważało, że jest to normalna rzecz, iż gnębią tubylców oraz mieszkańców kolonii swoją polityką i zawyżonymi podatkami, z których zawsze nadwyżkę brali dla siebie. Nie wszyscy tacy byli, ale wielu z nich takich było i wtedy uważano to za powszechną praktykę. Jednakże nie możemy z tego powodu pobłażliwie ich oceniać, wmawiając sobie, że skoro wszyscy tak robili, to tak po prostu musiało być i jest to normalne. Myśleć tak może jedynie osoba nad wyraz ograniczona, bo przecież, gdyby nie byli w tamtych czasach również ludzie, którzy się przeciwstawiali takim metodom działania, to zło dalej by się szerzyło, a różne okrutne prawa istniałyby do dzisiaj. Ktoś musiał rozpocząć tę walkę. Ktoś musiał przeciwstawiać się temu złu i obalać je metodami godnymi samego Machiavellego, który wszakże głosił, iż w walce zawsze trzeba być lisem i lwem jednocześnie. Mądrzy ludzie o szlachetnych sercach, nienawidzący podłości i okrucieństwa, wszelkiej korupcji i nieprawości, porywali innych swoim przykładem i pobudzali serca ludzkie do tego, aby poczuły w sobie chęć walki o sprawiedliwość, a także zmianę praw z okrutnych na sprawiedliwe. To dzięki takim ludziom złe prawa prędzej czy później zostały zmieniane na lepsze. To właśnie dzięki nim wszelkie podłe obyczaje traciły prawo bytu i odchodziły w niepamięć, a ludzie coraz mniej zwracali uwagę na to, jakie ktoś ma pochodzenie lub jaką religię wyznaje, a coraz więcej na to, jakimi ludźmi są. To tacy ludzie porywali za sobą innych do tego, aby tworzyli nowe, lepsze obyczaje i lepsze prawa. Byli oni iskrą na beczkę z prochem, która wywoływała wybuch oporu wobec wszelkiego zła i zmiany społeczne w tym skostniałym i przeżartym złymi prawami światem. To właśnie o jednym z takich ludzi jest nasza dzisiejsza opowieść. Słuchajcie jej uważnie, a być może zdołacie z niej wyciągnąć jakieś mądre wnioski dla siebie na przyszłość.
Historia nasza zaczyna się w stolicy Hiszpanii, Madrycie, w domu pewnego znakomitego mistrza szermierki, cenionego za swe talenty w całym kraju i poza nim. Mężczyzna ten, człowiek w średnim wieku, czarnowłosy oraz z niewielkim, typowym dla tamtego okresu zarostem, już nieco siwawy w kilku miejscach swej szacownej głowy, stał właśnie na środku sali treningowej ubrany w czarny strój ze szpadą treningową w dłoni, odpierając ataki przeciwnika, którym był młodzieniec dwudziestoparoletni, gładko ogolony, bez wąsów i bródki, o brązowych włosach przypominających barwą korę młodego drzewa, oczach barwy młodego liścia, wysoki, szczupły i postawny. Ubrany w białą koszulę, beżowe spodnie oraz czarne buty, trzymając również w dłoni szpadę treningową, nacierał właśnie na swojego przeciwnika, a raczej nauczyciela, który najspokojniej w świecie parował każdy jego ruch, po czym sam przeszedł do ofensywy, atakując i zmuszając młodzieńca do cofania się pod naporem jego ruchów. Młodzieniec oczywiście doskonale sobie radził w odpieraniu ciosów, gdyż już nie pierwszy tak ze sobą walczyli i dlatego dobrze wiedział, czego może się po mistrzu spodziewać. Nagle jednak promienie słońca zaczęły trafiać prosto w oczy młodzieńca, oślepiły go na chwilę, przez co musiał on zasłonić sobie swój narząd wzroku dłonią. Wykorzystał to mistrz, który sprawnie odepchnął jego szpadę na bok i dotknął końcem swej broni lewą pierś młodzieńca i powiedział:
- Już nie żyjesz, mój drogi uczniu.
Młodzieniec zmieszał się lekko i powiedział:
- Wybacz, mistrzu. Oślepiło mnie to zdradzieckie słońce.
Mistrz jednak nie zamierzał słuchać takich wymówek. Jego twarz przybrała niezwykle stanowczy wyraz, a głos groźny ton.
- Pamiętaj, że jeżeli przegrasz walkę, będziesz mógł za to winić tylko siebie. Cóż ci przyjdzie z obwiniania słońca, jeżeli stracisz życie?
Młodzieniec opuścił ponuro głowę i powiedział skruszonym tonem:
- Wybacz mi, mistrzu. Masz rację. Moje życie jest na końcu twojej szpady.
- A zatem zadbaj o to, aby nie odebrała ci go, mój młody przyjacielu - odparł na to mistrz, już bardziej przyjaznym tonem i dodając: - Broń się zatem!
Nauczyciel natarł na swojego ucznia, który teraz całkiem spokojnie parował jego ciosy i przy okazji słuchał mądrych rad, jak choćby tej, aby starać się zawsze znajdować się plecami do słońca oraz oszczędzać siły podczas walki, jak najmniej atakując i jak najwięcej odpierając ciosy. Walka była naprawdę zaciekła, ale też nie toczyła się na poważnie, choć ktoś obcy, gdyby tak zobaczył to starcie, mógłby odnieść inne wrażenie. Obaj przeciwnicy na zmianę atakowali siebie nawzajem i odpierali swoje ataki. I zapewne walka ta trwałaby jeszcze długo, gdyby tak nagle ktoś nie zapukał do drzwi. Mistrz odwrócił się w kierunku, z którego dobiegł go ten dźwięk, aby dać przyzwolenie osobie pukającej, żeby weszła. Nie zdążył tego jednak zrobić, ponieważ młodzieniec wykorzystał okazję i zaatakował go. Szpada trafiła w lewe ramię, rozległ się dźwięk rozdzieranego materiału, a mistrz złapał się za zranione miejsce i powiedział przyjaźnie do młodzieńca, który wyraźnie się zawstydził swego postępowania:
- Spokojnie, Diego. Nic się nie stało. Nie zraniłeś mnie. Ucierpiało jedynie moje ubranie. Muszę przyznać, że jesteś coraz lepszy. Obawiam się, że więcej już cię nie zdołam nauczyć, czego szczerze żałuję, gdyż lekcje z tobą są prawdziwą przyjemnością. Nigdy nie miałem tak wspaniałego ucznia jak ty, mój drogi de La Vega.
Diego de La Vega, gdyż tak się nazywał uczeń, zasalutował mu szpadą, zaś jego mistrz spojrzał z lekką irytacją w kierunku drzwi i powiedział:
- A tak przy okazji, to bardzo chciałbym się dowiedzieć, kim jest ten, komu zawdzięczam swoją porażkę. No śmiało! Wejdź tutaj, ty, który narażasz mnie na hańbę!
Do pokoju ostrożnie wszedł jakiś niski młodzieniec w wieku Diego. Był on skromnie ubrany, jego strój wskazywał wyraźnie na to, że jest on sługą. Jego twarz była jasna z lekką jednakże domieszką ciemnej karnacji, typowej dla Indian z ziem Kalifornii. Miał czarne włosy, brązowe oczy i delikatną twarz. Skłonił się lekko i pokazał na trzymany przez siebie w dłoni list.
- Wybacz, mistrzu. To mój wierny sługa i mleczny brat, Bernardo. Chyba ma do mnie list z domu. Prawda, przyjacielu?
Bernardo, który był niemową od urodzenia, skłonił lekko głową na znak, że potwierdza słowa swego pana, po czym podał mu list. Diego otworzył go szybko i z wielkim uśmiechem na twarzy zaczął go czytać.
- Coś się stało, mój chłopcze? - zapytał mistrz, opierając się dłońmi o szpadę, której ostrze ustawił na podłodze.
- Nie jestem pewien. Ten list nie jest jednoznaczny - odpowiedział Diego - To list od mojego ojca, Don Alejandro de La Vegi. Pisze, żebym natychmiast wracał do Kalifornii, gdyż sprawa jest niezwykle pilna i dzieją się niewesołe rzeczy na naszych ziemiach. Czuję, że szykują się tam jakieś kłopoty. Mogę być zatem tam bardzo potrzebny.
- Rozumiem cię, Diego i nie będę cię zatrzymywać. Twoje studia dobiegły końca już jakiś czas temu. Zostałeś wszakże w Hiszpanii tylko po to, aby jak wielu młodzieńców w twoim wieku korzystać z uroków życia w Madrycie. Pora jednak zakończyć beztroską zabawę i zająć się obowiązkami.
- Tak, takimi jak żeniaczka, płodzenie tłustych dzieci oraz sadzenie winnic - zażartował sobie Diego - Mam tylko nadzieję, że ojciec nie wzywa mnie właśnie w takiej sprawie do siebie.
- Spokojnie. Jakoś nie sądzę, żeby tak było - odpowiedział mu mistrz - Znam dobrze twojego ojca i wiem, że nie wzywałbym cię do siebie tak nagle, gdyby nie było to coś pilnego i poważnego zarazem.
Bernardo zachichotał i pokazał na migi strzelanie z łuku.
- Nie, nie sądzę, żeby chodziło o atak Indian - stwierdził mistrz - Chociaż być może i to. Ostatecznie zabranie im ziem przez Europejczyków musiało ich choćby w najmniejszym nawet stopniu rozjuszyć.
- Nie, to na pewno nie w tym rzecz - odparł Diego - Nasza rodzina żyje od dawna z Indianami w przyjaźni. Moja matka jest Metyską, podobnie jak matka Bernardo, moja droga niania. Obaj mamy zatem domieszkę krwi indiańskiej i dla Indian jesteśmy jak swoi. Wątpię, aby zatem Indianie żyjący na naszych ziemiach mieli nagle nas atakować.
- Może to wrogie plemię?
- Może... Ale czuję w tym raczej rękę białego człowieka, Europejczyka.
- Wobec tego przyda ci się mały prezent na pożegnanie. Poczekaj tu chwilkę, proszę.
Po tych słowach mistrz wyszedł na chwilę z sali i wrócił po kilku minutach, w dłoniach trzymając szpadę z elegancką rękojeścią.
- To szpada naprawdę wyjątkowa. W sam raz do walki z wrogiem z Europy, a zwłaszcza takim, który nie stosuje zbyt uczciwych metod walki. Posiada nie tylko mocne i silne ostrze, ale też małą niespodziankę dla wrogów.
To mówiąc pokazał Diego rękojeść szpady, zawierającą w sobie niewielki żółty przycisk. Nacisnął go lekko i wtedy z rękojeści wysunęło się krótkie ostrze, na którego widok Bernardo aż się uśmiechnął zadowolony, a Diego rzekł:
- Piękna broń i rzeczywiście niespodzianka interesująca. W sam raz dla tego wroga, który zechce ze mną walczyć nie fair.
- Tę broń wręcz mi mój mistrz, a teraz ja wręczam ją tobie - rzekł nauczyciel i podał Diego do dłoni szpadę - Strzeż jej pilnie i przekaż tylko temu, kto będzie jej godzien. A ostrze...
Po tych słowach schował ostrze z powrotem do rękojeści.
- Używaj tylko w ostateczności. Nie jest to coś zbyt honorowego, ale czasami nie ma innego wyjścia.
- To prawda, mistrzu. Tak jak mnie uczyłeś. W walce z wrogiem trzeba być nie tylko lwem, ale i lisem. Jednym i drugim jednocześnie.
- Zgadza się. Postępuj w taki sposób, a żaden wróg cię nie pokona. To moja ostatnia lekcja. Więcej ci ich nie dam, ale też więcej ode mnie nie potrzebujesz.
Po tych słowach podał dłoń Diego, który z radością ją uścisnął.
- Żegnaj, mistrzu - powiedział młodzieniec.
- Żegnaj, przyjacielu. Niech cię Bóg prowadzi - odpowiedział mu mistrz.

Bohaterowie

Diego de La Vega
- główny bohater powieści, dwudziestoczteroletni młodzieniec, pochodzący z jednej z najbogatszych i najbardziej wpływowych rodzin w całej Kalifornii. Studiował w Hiszpanii, z której powrócił na wezwanie ojca z powodu trudnej sytuacji, jaka zapanowała w jego rodzinnych stronach. Ponieważ nie wierzy w możliwości walki ze złem jako Diego, staje do walki jako zamaskowany bandyta Zorro. Aby ukryć swoją drugą tożsamość, udaje przed wszystkim pacyfistę niechętnemu wszelkim walkom i wiecznie pogrążonego w lekturze mola książkowego. Jest erudytą, zna kilka języków i posiada wiedzę praktycznie z każdej dziedziny. Do tego to romantyk, szczerze zakochany w Lolicie, przyjaciółce z dzieciństwie, o której względy jednak musi rywalizować z... Zorro. Po matce ma indiańskie pochodzenie, dlatego szczególnie troszczy się o los Indian i innych mniejszości rasowych w Kalifornii, gdyż czuje się z nimi w jakiś sposób powiązany.


Bernardo - wierny sługa i mleczny brat Diego. Podobnie jak on jest Metysem. Nie umie mówić, ale za to doskonale porozumiewa się ze swoim panem na migi. Udaje przed wszystkim głuchoniemego i półgłówka, dzięki czemu nikt nie boi się mówić przy nim swobodnie, co Bernardo wykorzystuje, aby zdobywać informacje dla Diego. Wierny wspólnik swego pana w działalności Zorro.










Inez de La Vega - młodsza siostra Diego, ma około dwudziestu lat i pora już, aby wyszła za mąż, ale nie pali się do tego. Ma nieco chłopięce zainteresowania, lubi walkę na szpady i łażenie po drzewach, ale mimo to nie jest chłopczycą i woli suknie od spodni. Posiada charakterek, bywa nieco zadziorna i zbyt pewna siebie, ale ma dobre serce. Diego nazywa ją dowcipnie kociczką z pazurkami. Inez bardzo kocha swojego starszego brata i początkowo jest oburzona tym, że nie chce walczyć przeciwko tyranii w Kalifornii. Gdy jednak odkrywa jego działalność jako Zorro, staje się jego drugą obok Bernardo wspólniczką i pomaga mu w działalności wymierzonej w nieuczciwych urzędników. Lubi łamać konwenanse np. kąpiąc się nago w rzece lub jeżdżąc sama po okolicy bez opieki. Zakochana z wzajemnością w Antonio Ramirezie, do którego to uczucia początkowo nie chce się przyznać.


Lolita Pulido - najlepsza przyjaciół Diego i Inez z dzieciństwa, wielka miłość Diego, ma około dwudziestu lat. Gdy była dzieckiem, młody de La Vega ocalił ją przed łobuziakami, którzy chcieli ją skrzywdzić i od tego czasu jest w nim zakochana. Smuci ją to, że Diego zmienił się w niechętnego walce z niesprawiedliwością pacyfistę, ale mimo to stara się go zrozumieć i odnaleźć w nim dawnego Diego. Zauroczona Zorro, podziwia jego odwagę, ale też darzy uczuciem Diego i podejrzewa, że chłopak coś przed nią ukrywa i może to mieć coś związek z działalnością tajemniczego mściciela w masce. Lolita ma dobry i łagodny charakter, ale też jest uparta i nie pozwala sobie niczego narzucać. Zaangażowana w działalność charytatywną m.in. stawianie szkoły dla biednych dzieci.


Kapitan Enrique Sanches Monastario - główny czarny charakter, komendant Los Angeles, ktoś w rodzaju szefa miejscowej policji. Do jego obowiązków należy pilnowanie porządku w mieście i dbanie o zbieranie podatków dla gubernatora. Jest dobrze wychowany i umie się bardzo ładnie wysławiać, jednak pod płaszczykiem dobrych manier kryje się łotr, który okrada gubernatora na podatkach i wyzyskuje lud Los Angeles, przy okazji wykazując zapędy dyktatorskie. Nie obce mu są podstępne plany, aby osiągnąć swój cel. Planuje poślubić Lolitę Pulido, aby przejąć majątek jej rodziców i zapewnić sobie dobrobyt na stare lata. Jest sadystą wobec ludzi, którzy mu podlegają, nie waha się używać bata i stosować okrutne kary wobec tych, którzy mu się narażą. Główny wróg Zorro.


Sierżant Demetrio Lopez Garcia - zastępca komendanta Los Angeles, gruby i niezbyt inteligentny sierżant, choć czasami wykazuje się dobrymi pomysłami i inteligentnymi uwagami, ale głównie wtedy, gdy nikt na niego nie krzyczy i nie próbuje go stłamsić. Lubi dobrze zjeść i wypić, na co wskazuje już sam jego wygląd. Jest zakochany w Dolores, gospodyni de La Vegów, której kuchnię wprost uwielbia. To od niego Diego zwykle się dowiaduje, co knuje kapitan: stawia sierżantowi kilka kolejek i ten wszystko mu mówi. Garcia doprowadza do szału swego przełożonego, zaś Alejandro ma do niego stosunek ambiwalentny, ale Diego, Inez i Lolita bardzo go lubią. Sierżanta pieniądze się nie trzymają, zwykle ma dług u właściciela oberży lub u miejscowego sklepikarza. Wtedy liczy na to, że złapie Zorro i odbierze za niego nagrodę. Choć musi ścigać mściciela w masce, w głębi serca go podziwia i po cichu mu kibicuje. Nie podoba mu się postępowanie kapitana i nieraz prosi go, aby zrezygnował ze swoich planów, za co zwykle obrywa kopniaki lub wyzwiska. Sierżant mimo swoich wad ma dobre serce. Potrafi pięknie grać na gitarze i śpiewać, a także ma bujną wyobraźnie: lubi opowiadać o sobie różne historie, nie zawsze zgodne z prawdą, ale potrafi przyznać się do błędu.


Alejandro de La Vega - ojciec Diego i Inez, bogaty właściciel ziemski, jeden z najbogatszych mieszkańców Los Angeles. Jest liderem miejscowego ziemiańska oraz zapalonym hodowcą koni, które są jego pasją. Hoduje też bydło i posiada spore winnice. Chce, aby jego syn pomógł mu w walce z kapitanem Monastario, denerwuje go zatem wieczne gadanie Diego o nauce, książkach i szukaniu pokojowych rozwiązań. W jednym jednak się zgadzają: nie można wystąpić oficjalnie przeciwko kapitanowi, gdyż nie przyniesie im to zwycięstwa i doprowadzi do wzrostu represji. Wierzy, że zwyciężyć można w sposób zgodny z prawem. Dobry przyjaciel ojca Felipe, z którym często grywa w szachy. Prócz tego sierżant Garcia uważa go za swego przyjaciela, ale bez wzajemności. Podziwia Zorro i kibicuje mu. Dobry gospodarz, troszczy się o los mieszkańców swoich ziem, a zwłaszcza Indian.


Carmen de La Vega - matka Diego i Inez, żona Alejandro, Metyska z pochodzenia, córka Szarej Sowy. Bardzo przywiązana do swego indiańskiego pochodzenia. Wychowała dzieci w szacunku do Indian i ich tradycji. Jest wrażliwa i dobroduszna, nie lubi wojen i polityki, a choć nie pochwala postępowania kapitana, nie zachwyca ją rozmowa o polityce przy stole. Podobnie jak mąż nie pochwala jawnej walki z reżimem kapitana Monastario, słusznie obawiając się konsekwencji takiego postępowania. Marzy o tym, aby zostać w końcu babcią i doczekać się wnuków. Serdeczna przyjaciółka Konstancji Pulido, bardzo chce, aby ich dzieci się pobrały.


Esteban Pulido - ojciec Lolity, drugi po Alejandro najbogatszy właściciel ziemski. Niezwykle honorowy, choć nieco nerwowy człowiek. Zwykle wprost mówi to, co myśli i uważa, że kapitana należy zwalczyć siłą. Jego działalność przeciwko kapitanowi doprowadza do kłopotów całą rodzinę Pulido, którą może ocalić jedynie Lolita wychodząc za Monastario. Esteban woli jednak umrzeć, niż wydać jedynaczkę za łotra. Serdeczny przyjaciel Alejandro.


Konstancja Pulido - matka Lolity i żona Estebana, serdeczna przyjaciółka Carmen. Jest nieco infantylna, nie lubi rozmów o polityce, woli planować przyszłość Diego i Lolity. Bywa niekiedy nietaktowna np. wspomina głośno dość zawstydzające wspomnienia z dzieciństwa Lolity i Diego. Zwykle najpierw mówi, potem myśli. Nie orientuje się w sprawach wielkiej polityki i te tematy ją nudzą. Lubi życie w luksusie i nie chce tych luksusów stracić. Mimo to jest też honorowa i woli śmierć u boku męża, niż wydanie córki za kapitana Monastario.


Licenciado Pinia - prawnik, cwany i przebiegły człowiek, pozornie pokorny i sympatyczny, w rzeczywistości niezły matacz. Wierny pomocnik kapitana Monastario, któremu pomaga w działalności. W przeciwieństwie jednak do niego, nie pochwala represji wobec ludzi Los Angeles i uważa, że trzeba być ostrożnym w dążeniu do swoich celów. Pomaga kapitanowi fałszować raporty w sprawie podatków dla gubernatora, ale po cichu robi ich prawdziwy rejestr, aby z jego pomocą szantażować Monastario, gdyby ten próbował się go pozbyć.


Ojciec Felipe - mnich, przeor miejscowej misji, wierny przyjaciel de La Vegów. Niegdyś był żołnierzem i pewne żołnierskie obyczaje nadal mu pozostały. Uważa, że przemoc trzeba zwalczać przemocą i tylko szablą można wywalczyć sobie sprawiedliwość, dlatego tak podziwia Zorro za jego postawę. Nienawidzi kapitana Monastario i z radością patrzy na jego porażki w walce z Zorro. Kiedyś uczył Diego szermierki. Podziwia erudycję chłopaka, ale wolałby, aby był on jak mściciel w masce i walczył wraz z nim przeciwko tyranii. Z czasem zaczyna się jednak domyślać, że Diego i Zorro to jedna i ta sama osoba. Felipe to mnich o bardzo bojowej naturze, życzliwy wobec biednych i potrzebujących, surowy wobec wszelkiej maści łotrów. Alejandro mówi o nim: "Gdy był żołnierzem, często przypominał mnicha. Teraz jako mnich, prawie ciągle przypomina żołnierza".


Antonio Ramirez - młodzieniec z tajnych królewskich służb, pochodzi z bogatej i arystokratycznej rodziny. Chłopak o dość zadziornym usposobieniu, nie lubi fałszu i obłudy i uwielbia demaskować ją na każdym kroku. Na studiach wywołał kilka małych skandalików związanych z kobietami, ale choć sprawia wrażenie kobieciarza, tak naprawdę marzy o prawdziwej miłości. Zakochany w Inez z wzajemnością, uparcie dąży do tego, aby byli razem i żeby ona przestała zaprzeczać, iż coś do niego czuje. Wysłany przez wicekróla celem odkrycia, kim jest Zorro i schwytania go. Taka przynajmniej jest oficjalna wersja, gdyż Ramirez ma tak naprawdę inną misję do wykonania.




Dolores - matka Bernardo, niania Diego, gospodyni i kucharka domu de La Vegów. Metyska z pochodzenia. Jest bardziej traktowana jak członek rodziny niż służąca. Bardzo martwi się o swojego syna i jego pana, lubi nieco zrzędzić, zwłaszcza wtedy, gdy spóźniają się na posiłek. Darzy uczuciem Garcię, który najbardziej wychwala jej kuchnię i choć czasami nie szczędzi mu przykrych słów, to w gruncie rzeczy jest on jej niezwykle bliski.









Szara Sowa - babcia Diego i Inez, matka Carmen, stara Indianka, która mimo swoich lat wciąż jest jeszcze pełna energii. Jest przywódczynią plemienia Szuonów, którzy żyją na ziemi de La Vegów. Bardzo kocha swoje wnuki i wpaja im wiele mądrości związanych z życiem Indian. Zna wiele indiańskich legend i święcie wierzy w ich prawdziwość. Opowiada Diego legendę o duchu imieniem Zorro, który podobno wędrował kiedyś po tych terenach i bronił wszystkich uciemiężonych, co staje się dla Diego inspiracją do swojej potajemnej działalności. To ona również daje w prezencie wnukowi jego wiernego rumaka Tornado, na którego grzbiecie walczy on potem z niesprawiedliwością.




Ricardo Delano - przyjaciel Diego ze szkolnych lat, wielki kawalarz i dowcipniś, uwielbia płatać innym figle, które praktycznie tylko jego bawią. Uważa się za niezwykle zabawnego, inni z kolei dość szybko tracą do niego cierpliwość. Mimo to jest przyjacielem Diego, a przynajmniej sam się za takiego uważa, gdyż młody de La Vega raczej woli, aby Ricardo przebywał jak najdalej od niego. Podoba mu się Lolita, on sam jest zaś obiektem westchnień jej uroczej kuzynki Mileny. Przybywa do Los Angeles, uciekając przed ludźmi, którym się naraził w Hiszpanii. Dość szybko przez swoje głupie pomysły popada w konflikt nie tylko z Monastario, ale i z Zorro. Mimo swojego beztroskiego zachowania, jest człowiekiem honoru i do tego bardzo dobrym szermierzem, a ponadto jego również mierzi zachowanie kapitana.


Louis Santana - gubernator stanu Kalifornia, mężczyzna w średnim wieku i nieco oderwany od rzeczywistości. Naiwnie wierzy, że w Los Angeles wszystko jest w porządku i nie dostrzega tego, iż z miejscowych ludzi zdziera się lichwiarskie podatki, z których jedynie część trafia do niego, a reszta idzie do kieszeni kapitana Monastario. Człowiek honorowy, ale też nieco zdziecinniały. Mimo to potępia wszelką przemoc i tyranię, którą zwalcza z całą surowością. Dlatego też, gdy sprawy przybierają niefortunny obrót, to na niego kapitan Monastario próbuje zwalić winę za wszystkie swoje przekręty.


Rafael Pintero - wicekról, wierny urzędnik króla Hiszpanii i zarazem szef jego wywiadu. Człowiek niezwykle honorowy i oddany koronie. To on posyła Antonia Ramireza do zbadania sprawy Zorro i schwytania go. Gdy jednak jego agent dostarcza mu zamiast tego raport na temat poczynań kapitana Monastario, czuje za swój obowiązek zbadać osobiście tę sprawę. Jest człowiekiem inteligentnym i pomysłowym. Osobiście opracował szyfr, za pomocą którego on i Antonio się porozumiewają w listach do siebie. Zna dobrze Diego de La Vegę i uważa go za człowieka godnego szacunku, a jego słowa za uczciwie w każdej sprawie.


Miquel Martinez - zabijaka i łajdak, dawny znajomy Monastario, razem służyli w wojsku, z którego jednak Martinez został wyrzucony za liczne bójki i pojedynki z innymi żołnierzami. Człowiek podły i bezlitosny, pozbawiony jakichkolwiek skrupułów w dążeniu do celu. Nie liczy się z nikim i zawsze robi tylko to, czego chce. Jest znakomitym szermierzem, dlatego też to jego Monastario prosi o odegranie roli Zorro w taki sposób, aby zdyskredytować głównego bohatera w oczach kochających go ludzi.


Porucznik Arturo Toledano - oficer w służbie gubernatora Kalifornii. Człowiek na wskroś uczciwy i honorowy, zostaje wysłany do Los Angeles celem schwytania Zorro. Nie orientuje się w machlojkach Monastario i Pinii, przynajmniej na początku. Ma piękną żonę, o którą jest bardzo zazdrosny. Początkowo postrzega Zorro jako bandytę i burzyciela porządku, którego koniecznie trzeba złapać. Z czasem przekonuje się do niego, a nawet się z nim zaprzyjaźnia.

Rozdział XIII

Rozdział XIII Wypowiedzenie wojny Tłum zebrał się już pod szubienicą, oczekując na rozpoczęcie egzekucji, a ta już niedługo miała mieć swój ...