Rozdział III
Kapitan Monastario
Po przybyciu do brzegu, Diego i Bernardo wysiedli
ze statku, pożegnali się z kapitanem i załadowali swoje bagaże na powóz,
który przysłał im do portu ojciec naszego bohatera. Chciał on co prawda
przywitać osobiście swego pierworodnego, ale nie mógł tego uczynić z
powodu niespodziewanych obowiązków, jakie wtedy na niego spadły. Dlatego
wysłał jedynie powóz, którym teraz zabrali się nasi dwaj bohaterowie.
Tym oto środkiem transportu dość szybko przybyli do Los Angeles, gdzie
musieli zatrzymać się przed miejscowym garnizonem, aby jak wszyscy
przyjezdni poddać się inspekcji celnej. Żołnierze mieli obowiązek
przeszukać ich bagaże i sprawdzić, czy czegoś nie przemycają lub też, czy nie
przewożą czegoś, co mogłoby zaszkodzić całemu miastu.
- Mam nadzieję, że szybko wam to zajmie. Nie mam ochoty siedzieć tutaj
cały dzień - powiedział niezadowolonym tonem Diego do jednego z
żołnierzy, gdy ten podszedł do niego, aby dokonać inspekcji.
- Proszę wybaczyć, ale takie mamy rozkazy. Musimy sprawdzać wszystkich
przyjezdnych. To ze względów bezpieczeństwa - odpowiedział mu żołnierz.
- Ale chyba rodowitych Kalifornijczyków i mieszkańców tych okolic to nie powinno dotyczyć.
- Przykro mi, senior... Rozkaz brzmi: „Sprawdzać bagaże wszystkich, którzy tu przyjeżdżają”. WSZYSTKICH.
Żołnierz miał wypisany na twarzy smutek połączony ze zmieszaniem. Diego
więc uznał, że dość już poznęcał się nad tym służbistą i nie oponował
już, gdy żołnierze zaczęli zdejmować część bagaży z powozu, aby je sprawdzić.
- Dlaczego mnie nie powiadomiliście, że jest nowy podróżny?! - odezwał się nagle czyjś głos.
Należał on do wysokiego i dosyć grubego żołnierza w mundurze sierżanta,
który właśnie wyszedł z koszar, wyraźnie zainteresowany tym, co się
działo przed bramą. Żołnierze na jego widok lekko zachichotali.
Widać było, iż nie darzą oni grubasa zbyt wielkim szacunkiem, jeśli w
ogóle. Zresztą mężczyzna ten raczej nie dawał powodu do tego, aby go
podziwiać czy szanować. Nie tylko, że był gruby, ale i zarośnięty, jakby
kilka dni się nie golił (co było zresztą prawdą), miał dość spore wąsy,
które zapuścił po to, aby dodawały mu powagi, lecz tak naprawdę tylko
czyniły go śmieszniejszym, a do tego pas miał niezbyt dobrze dopięty,
przez co jego szabla przy każdym ruchu dyndała mocno i obijała mu się o
nogi.
Diego uśmiechnął się wesoło, gdy tylko go zobaczył. Od razu go rozpoznał.
- Dzień dobry, panie sierżancie! - zawołał.
Żołnierz natychmiast skierował wzrok w stronę de La Vegi, a wówczas twarz naszego grubaska przybrała radosną minę.
- Don Diego! Jak Boga kocham, czy to naprawdę ty?! - zawołał,
podbiegając szybko w kierunku młodzieńca, po czym zaczął dziko ściskać
jego dłoń - Jakże się cieszę, że pana znowu widzę w Los Angeles.
- Ja również się cieszę. Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek zobaczę
tutaj starego i dobrego znajomego, sierżanta Demetria Lopeza Garcię.
Garcia uśmiechnął się przyjaźnie, wyraźnie uradowany tym, co mówił do niego młodzieniec, po czym rzekł:
- Na długo pan tu przyjechał, czy na krótko?
- Raczej już na stałe. A pan wciąż sierżantem? Jeszcze pan nie awansował?
- No cóż, jakoś się nie złożyło. Bardzo mi przykro z powodu tej całej
rewizji pana bagaży, ale chyba sam pan rozumie. Obowiązków trzeba
doglądać i zawsze je wykonywać. Nawet jeśli się nie zawsze je pojmuje.
- Rozsądne podejście - rzekł Diego z uśmiechem na twarzy - Czy zatem mam
jeszcze coś podpisać w ramach formalności? Jakąś deklarację celną czy
coś w tym guście?
- Tym już zajmuje się kapitan Monastario, nasz komendant.
- Czy mogę wobec tego z nim porozmawiać i podpisać takowy dokument?
- Oczywiście, zaraz mu przekażę, że pan chce z nim rozmawiać.
Garcia już miał odejść, kiedy nagle dostrzegł Bernardo, któremu Diego dał kilka poleceń na migi.
- Przepraszam, don Diego, ale co pan właśnie zrobił? - zapytał.
- Wydawałem mu polecenie - odpowiedział beztrosko de La Vega.
- Ale w taki sposób?
- Bernardo, czyli mój sługa, jest głuchoniemy. Tylko w taki sposób może on coś zrozumieć.
Sierżanta to chyba przekonało, ponieważ nie zadawał on już więcej pytań i
przeszedł przez bramę koszar, przemaszerował przez dziedziniec i powoli
zbliżył swe kroki do gabinetu komendanta.
- Wejść! - rozległ się zza drzwi nieco niezadowolony głos.
Garcia wszedł do środka i zauważył swego dowódcę, który właśnie toczył
jakąś ważną dla siebie rozmowę z niskim jegomościem ubranym na czarno.
Ów jegomość miał czarne włosy, bladą niczym u astmatyka twarz, a także
ostrożny, choć niezbyt przyjemny charakter. Obok niego stał komendant
Los Angeles, tak bardzo różny od niego. Był on wysoki, szczupły, całkiem
przystojny, z bardzo subtelnie przystrzyżonymi wąsikami i niewielką
bródką, podkreślającą jego status społeczny.
- O co chodzi, sierżancie? - zapytał kapitan.
- Proszę wybaczyć, kapitanie, ale Diego de Le Vega powrócił do Los Angeles i prosi o rozmowę - odpowiedział sierżant.
- De La Vega? W porządku. Powiedz mu, że już do niego idę.
- Tak jest!
Po tych słowach sierżant wyszedł, a ubrany na czarno człowiek rzekł:
- Młody de La Vega wrócił? Niedobrze. To syn najbogatszych właścicieli ziemskich. Po co tutaj wrócił?
- A co nas to obchodzi? Mamy ciekawsze sprawy na głowie. Chcę się tutaj
porządnie wzbogacić i to miejsce doskonale mi to ułatwia.
- Mimo wszystko lepiej uważaj. Nie wiemy, po co de La Vega wezwał do siebie jedynego syna. Może czegoś się domyśla?
- Nawet jeśli, to i tak niczego to nie zmienia. Nic na nas nie mają i
nie będą mieli. A my róbmy swoje i za jakiś czas będziemy mogli
spokojnie pławić się w luksusie do końca życia.
- Oby tak było. Już mnie to wszystko powoli zaczyna męczyć.
Monastario poklepał człowieka w czerni po ramieniu w sposób ironiczny,
po czym wyszedł z koszar i podszedł do powozu, przy którym wciąż stał
Diego, jakby rozglądający się dookoła.
- Bardzo przepraszam, że musiał pan czekać, ale mam jeszcze sporo swoich
wojskowych obowiązków, dlatego... - rzekł na dzień dobry kapitan, posyłając w stronę młodzieńca najbardziej uprzejmy uśmiech, na jaki tylko było go stać - Pan pozwoli, senior, że się przedstawię. Jestem kapitan
Enrique Sanches Monastario, miejscowy komendant.
- Miło mi pana poznać. Diego de La Vega - odpowiedział mu młodzieniec, ściskając przyjaźnie dłoń oficera.
Kapitan dopiero teraz dostrzegł, że Diego trzyma w lewej ręce jakąś książkę.
- Widzę, że umilał sobie pan czas przyjemną lekturą - bardziej stwierdził niż zauważył.
Diego uśmiechnął się wesoło.
- Oj tak, nawet bardzo przyjemną. To praca poświęcona wpływowi kultury
arabskiej na kulturę hiszpańską i kilka innych. Bardzo ciekawa praca.
Czytał pan to może?
Oczywiście komendant nigdy nie czytał takich książek. W ogóle rzadko coś
czytał. Wychodził z założenia, że książki nie są nikomu potrzebne do
szczęścia i tak właśnie sam postępował. Nie chciał tego jednak
powiedzieć młodzieńcowi z obawy, iż ten może nie traktować go poważnie,
czego z jakiegoś powodu, który chyba sam nie rozumiał, wcale nie chciał.
- Nie, jeszcze nie miałem okazji - odpowiedział dyplomatycznie.
- Bardzo przyjemna lektura. Polecam serdecznie - rzekł Diego.
- Nie wątpię, ale teraz mam chwilowo inne sprawy na głowie. A pan ma na
głowie załatwienie u mnie niezbędnych formalności. Zapraszam zatem do
siebie.
Zaprowadził Diego do swojego gabinetu, po czym dał mu do przeczytania
kilka papierów z kategorii deklaracji celnej. Diego oczywiście bardzo
uważnie je przeczytał, po czym zabrał się do podpisywania.
- Mam nadzieję, że nie ma pan do nas żalu za tę kontrolę. To tylko
czysta formalność, ale musi zostać dopełniona - rzekł po chwili kapitan.
- Ale nie mam żadnego żalu, kapitanie. Zapewniam pana - odparł Diego.
Nagle dało się słyszeć jakiś lekki huk i dziki krzyk Garcii. Monastario lekko wzniósł oczy do góry i jęknął:
- Boże, co ten grubas znowu wyprawia?
Głośno zaś dodał:
- Proszę mi wybaczyć na chwilę. Muszę coś sprawdzić.
Wyszedł ze swojej siedziby i koszar, po czym zobaczył, że Garcia leży
na ziemi z jakimś sporym kufrem na stopie, który jakiś młodzieniec o
indiańskich rysach próbował mu zdjąć.
- Garcia, ty ośle! Co ty wyprawiasz?!
Sierżant z trudem, z powodu bolącej stopy, zerwał się na równe nogi, gdy
już mu usunięto kufer z nogi, a potem stanął na baczność i zasalutował.
- Bardzo przepraszam kapitanie, ale właśnie doglądam osobiście oględzin bagażu seniora de La Vegi.
- W porządku, ale możesz to zrobić nieco ciszej? I łaskawie po wszystkim
już pozbieraj ten kufer, durniu i wsadź go z powrotem do powozu. Ty zaś
mu pomóż, jeśli łaska. Słyszałeś, co mówię?
Ostatnie zdanie skierował do Bernardo, który jednak nie odezwał się do
niego ani jednym słowem, a prócz tego również sprawiał dziwne wrażenie,
jakby nic mu do głowy nie docierało.
- Hej, głuchy jesteś, czy co?! - ryknął ze złością kapitan, łapiąc służącego za połę ubrania.
Nienawidził, kiedy go ktoś lekceważył.
Garcia szybko wystąpił w obronie służącego, wołając:
- Kapitanie, on pana nie słyszy. Jest głuchoniemy.
- Głuchoniemy, powiadasz? Jesteś tego pewien? - zapytał Monastario, zaraz puszczając chłopca.
- Oczywiście. Niech pan tylko zobaczy.
To mówiąc podszedł do Bernardo i zaczął z uśmiechem na twarzy ubliżać
jego rodzicom i jemu samemu. Chłopak odpowiedział mu tylko dość
głupkowatym wyrazem twarzy pełnym zadowolenia.
- Widzi pan? Półgłówek i głuchoniemy.
- To w takim razie idealny kompan dla ciebie. Tyle, że ty nie jesteś
niemową. Na moje zresztą nieszczęście - burknął ze złością kapitan -
Róbcie swoje i niechaj już to będzie skończone.
Po tych słowach Monastario chciał odejść, jednak nagle zmienił zdanie,
gdyż postanowił sprawdzić, czy rzeczywiście służący niczego nie słyszy.
Wydobył więc zza pasa stojącego przy bramie gwardzisty pistolet i
strzelił z niego w ziemię. Na dźwięk strzału Garcia podskoczył
przerażony oraz zaczął nerwowo rozglądać się dookoła. Bernardo jednak
nie zareagował na to i dalej robił swoje, czyli zdejmował ostatnie
rzeczy z powozu do sprawdzenia. Kapitan uśmiechnął się ironicznie, po
czym oddał pistolet żołnierzowi i wrócił do swojej kwatery, w której
Diego zdążył już wszystko podpisać.
- Proszę, wszystko już podpisane. Może pan sprawdzić - powiedział młody de La Vega, gdy tylko go zobaczył.
- Wierzę panu na słowo - odparł kapitan, ale dla pewności przejrzał papiery.
Rzeczywiście były poprawnie wypełnione.
- Dziękuję, wszystko się zatem zgadza. Może pan już iść. Rodzice na pewno na pana już czekają.
- Oj tak, z pewnością. Dawno mnie nie widzieli. Ostatnie kilka lat spędziłem przecież w Europie.
- Nauka czy przyjemności?
- Nauka, choć przyjemności nie zabrakło. Ale przede wszystkim nauka.
Było tam wspaniale, tylko za duży nacisk kładziono ciągle na lekcje
szermierki. W jakiś sposób to przebolałem, ale nie wspominam miło tych
zajęć.
- Domyślam się. W końcu taki wykształcony człowiek jak pan raczej nie
lubi brudzić sobie rąk czymś, co wymaga wysiłku innych mięśni niż mózg.
Oczywiście kpił sobie z Diego w żywe oczy, ale ten udawał, że tego w ogóle nie dostrzega i rzekł:
- Naturalnie, ale cóż poradzić? Takie są prawa tamtejszych szkół. Nie mnie je zmieniać. Dura lex, sed lex, jak mawiali starożytni Rzymianie.
Kapitan nie znał zbyt dobrze łaciny, dlatego nie zrozumiał, co Diego do
niego mówi, jednak dla pewności udawał, że doskonale pojmuje wszystko, o
czym mówi młodzieniec, lecz nie bez ulgi powitał fakt, iż ten w końcu
przestał gadać i wyszedł z jego kwatery, gdy przybył Garcia z
informacją, że rewizja została zakończona i niczego niebezpiecznego nie
znaleziono. Diego podziękował zatem za rozmowę, po czym ruszył w
kierunku powozu, odprowadzany przez Garcię. Monastario z uwagą go
obserwował przez okno, uśmiechając się ironicznie.
- Uważaj na niego, Enrique - usłyszał za sobą głos człowieka ubranego na
czarno - To półkrwi Indianin, a tacy nigdy nie wiadomo, co mogą zrobić.
- Raczej ćwierćkrwi. Z tego, co pamiętam, to jego matka jest Metyską. Sam mi to zresztą zdążył oznajmić.
- Nieważne. Bądź ostrożny. Ten człowiek ma w swoich żyłach krew dzikusów, a
oni są nieobliczalni. Nie wiadomo, co im do głowy strzeli.
- Przesadzasz, przyjacielu. Przesadzasz - zachichotał złośliwie
Monastario - To tylko głupi i zakochany w książkach paniczyk. Co taki
niby może nam zrobić? Pobić książką? Zanudzić na śmierć opowieścią o
kulturze arabskiej? Poza tym... Nawet gdyby próbował nam szkodzić, nic
mu to nie da. Ja mam lepszą broń niż on, bardziej praktyczną na
wszystkie problemy. Moją szpadę.
To mówiąc wydobył broń z pochwy i ciął nią w taki sposób, że aż powietrze zaświszczało.
- Temu ostrzu nie oprze się żadna mądra główka, zapamiętaj to sobie,
Pinia - powiedział do swojego rozmówcy Monastario - Zapamiętaj to sobie
na wypadek, gdybyś próbował mnie zdradzić.
Człowiek nazwany Pinią przełknął głośno ślinę i już nic nie powiedział.
W końcu pojawił się nasz przebiegły kapitan.
OdpowiedzUsuńLekceważy on Diego, uważając go za bogatego fircyka.
Bardzo zabawne są te zdania:
- Widzi pan? Półgłówek i głuchoniemy.
- To w takim razie idealny kompan dla ciebie. Tyle, że ty nie jesteś niemową. Na moje zresztą nieszczęście - burknął ze złością kapitan.
- Przesadzasz, przyjacielu. Przesadzasz - zachichotał złośliwie Monastario - To tylko głupi i zakochany w książkach paniczyk. Co taki niby może nam zrobić? Pobić książką? Zanudzić na śmierć opowieścią o kulturze arabskiej?
Co ciekawe jego wspólnik od razu jest zaniepokojony przyjazdem młodego de la Vegi. Skąd Pinia wiedział, że matka Diego miała indiańskie korzenie?
Rozbawił mnie opis adwokata, ta jego blada jak u astmatyka twarz. Opis przystojnego Monastario i abnegata Garcii też dobre.
Teraz czekam na spotkanie Diego z rodzicami i pierwszą akcję Zorro.
Przeczytałem trzeci rozdział i widzę, że Garcia jest tak samo wylewny i zabawny, jak na filmie, choć oczywiście w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, jaki jest śmieszny xD Ale z niego to jest taki fajny, przyjacielski gość, że trudno go nie lubić. Choć jako sierżant wydaje się być sumienny i obowiązkowy. A Monastario to chciwy i fałszywy człowiek, podobnie jak ten prawnik, który jest jego wspólnikiem. Do tego Monastario jest opryskliwy i chamski wobec Garcii. Diega też wykpił, więc widać, że lubi szydzić z innych i im grozić. Do tego jest arogancki i bardzo pewny siebie. A Diego udaje niezbyt rozgarniętego człowieka i jest zdecydowanie bardziej wykształcony od niego. Monstario to zachłanny na pieniądze cham i nic więcej, a Diego to człowiek z ogładą i dobrymi manierami.
OdpowiedzUsuń