Rozdział VII
Spotkanie z rodziną
Diego i Bernardo pożegnali Szarą Sowę i powrócili konno do hacjendy de La Vegów. Ledwie to zrobili, a służba poinformowała ich o tym, że gospodarze już wrócili i do tego przybyli również z gośćmi. Diego ucieszył się na tę informację, bo zdążył się naprawdę mocno stęsknić za swoimi rodzicami i marzył o tym, aby ich mocno uściskać i ucałować. Dodatkowo też był ciekaw, jakich mają gości, czy są to goście mili, czy też nie.
- Bernardo, tylko pamiętaj o tym, aby nie zdradzić się przed nikim, że masz jednak słuch - powiedział Diego do swego wiernego sługi - Uwierz mi, nie sprawia mi to przyjemności, oszukiwanie najbliższych. Ale lepiej będzie dla nich, jeżeli nie będą wiedzieli nic o moich planach. Uwierz mi, łamanie kołem lub też różne inne mało subtelne metody śledcze potrafią rozwiązać język nawet najbardziej twardego człowieka oddanego szlachetnej sprawie. Poza tym nikt nie powinien ich powiązać z moją działalnością.
Bernardo zapytał na migi, jaką działalność planuje jego pan.
- Tego jeszcze nie wiem - odpowiedział mu Diego - Cokolwiek to jednak nie będzie, oni nie powinni się o tym dowiedzieć. W każdym razie jeszcze nie teraz.
Po tych słowach powoli wszedł do środka hacjendy i skierował swoje kroki w kierunku salonu, gdzie spodziewał się zastać rodziców i gości. Nie pomylił się i tam też ich zastał. Byli tam oboje: jego ojciec i jego matka. Wyglądali oni bardzo podobnie do siebie sprzed kilku lat, zanim Diego wyjechał do Hiszpanii. Ojciec, wysoki i postawny mężczyzna w średnim wieku, mocno siwawy i z lekkim białym zarostem, ubrany w pomarańczowy strój, wyglądał wciąż na człowieka nie tylko odważnego, ale też i gotowego do wielkich czynów. Matka z kolei, osoba nieco niższa od ojca, troszkę już pulchna, choć to być może suknia ją nieco pogrubiała, o ciemniejszej karnacji, czarnych włosach, brązowych oczach i anielskim wyrazie twarzy, nie przypominała niczym Metyski o dość dzikim temperamencie, którą to poślubił Alejandro. Zachowywała się jak prawdziwa dama, co wyraźnie dowodziło tego, że wydoroślała mocno od czasów, kiedy to poznała swego przyszłego męża. Teraz była stateczną i rozsądną damą, z uśmiechem na twarzy od czasu do czasu przypominającą sobie ekscesy młodzieńczych lat.
Diego uśmiechnął się czule na ich widok. Bardzo tęsknił za domem, jak również i za obojgiem rodziców, dlatego już chciał do nich podejść, kiedy zobaczył coś, co go nieco opóźniło w realizacji jego zamiaru. Rodzice nie byli sami. Wraz z nimi przebywali w pokoju dwaj mężczyźni. Jeden z nich był wysoki i szczupły, o twarzy godnej wojskowego i mnisim habicie, drugi z kolei był człowiekiem o dość bladej cerze, czarnych włosach i mocno podkreślonych wąsikach. Jego niebieskie oczy z uwagą lustrowały Alejandro, który ostrożnie i z powagą w głosie starał się jakoś zbić jego argumenty.
- Poznaję ich. To Joaquin Mendoza - powiedział Diego do Bernardo - A ten w mnisim habicie to ojciec Felipe. Nic się nie zmienili przez te wszystkie lata.
Tymczasem Mendoza powiedział do Alejandro de La Vegi:
- Sprawa jest oczywista. Ten łotr łamie nasze obywatelskie prawa! A zatem naszym obywatelskim obowiązkiem jest ukrócenie jego działalności.
- Właśnie! Ten łotr posuwa się za daleko! - krzyknął ojciec Felipe - Pieniądze z podatków powinny być zbierane, ale w sposób uczciwy, a tymczasem ten łotr bez wahania podniósł podatki i obdziera nas z naszej krwawicy.
- Rozumiem, ale co możemy niby w takiej sytuacji zrobić? - zapytał dość spokojnym głosem Alejandro.
- Walczyć! Walczyć ze złem, Alejandro! - krzyknął Felipe - Kiedy byliśmy w wojsku, to nauczyłeś mnie, że musimy zawsze walczyć ze złem, ktokolwiek by je reprezentował!
- Byliśmy wtedy młodzi i mieliśmy więcej energii. Poza tym wtedy zawsze prawo było po naszej stronie. A teraz prawo tworzą takie łotry jak Monastario. A więc chyba nie liczysz na to, że coś wygrasz?
- Więc lepiej się poddać, prawda? Oczywiście... Tobie to łatwo mówić, bo ty jesteś dość bogaty i zamożny, aby płacić każde podatki, jakie ten parszywy wąż na nas nałoży. Ale mieszczanie, chłopi czy Indianie... Z czego oni będą płacić? Jeśli ten łotr w ramach zbierania podatków zabierze im wszystko, co mają, umrą z głodu wraz ze swoimi rodzinami. Jako mnich nie mogę patrzeć na to spokojnie.
- Ja też nie. Chociaż nie palę się aż tak bardzo do jawnego buntu jak ojciec Felipe, to jednak podzielam jego zdanie w tej sprawie - odezwał się Mendoza - Nie możemy pozwalać na to, aby zło się szerzyło. Aby nasi urzędnicy byli podli wobec nas. Przecież też jesteśmy poddanymi króla Hiszpanii. Wszyscy podlegamy jego sprawiedliwym sądom.
- Tak, ale te sprawiedliwy sądy ustanowiły prawa, dzięki którym takie łotry żyją spokojnie, a my cierpimy - powiedział Felipe, chodząc nerwowo po pokoju - I dlatego albo prawo musi się zmienić, albo też muszą się zmienić reprezentujący je urzędnicy.
Nagle mnich dostrzegł stojącego w drzwiach Diego oraz lekko skrytego za nim Bernardo. Zmrużył lekko oczy, jakby nie był pewien, czy to, co widzi, może być prawdą, po czym powiedział:
- Diego? To ty?
Wszyscy spojrzeli szybko w kierunku, w którym utkwiony był wzrok mnicha i oczywiście zaraz dostrzegli Diego i Bernardo. Od razu zapomnieli o toczącej się rozmowie i zawołali ich obu po imieniu, nie ukrywając swojej radości.
- Diego! Synku! - krzyknęła z radością Carmen de La Vega.
- Mamo! Kochana mamo! Tak się cieszę, że cię widzę! - zawołał Diego, od razu podbiegając do kobiety i ściskając ją mocno, po czym ucałował jej rękę.
- Syneczku mój, tak za tobą tęskniłam - powiedziała czule kobieta i zaraz też się zwróciła do Bernardo - Witaj, Bernardo. Widzę, że wyrosłeś. Tak jak i Diego. Czemu nie wchodzisz?
Diego poczuł w sercu ogromny ból. Tak bardzo nie chciał okłamywać swojej matki, ale wiedział, że nie ma innego wyjścia. Musiał to zrobić.
- Mamo, Bernardo podczas mojego pobytu w szkole ogłuchł przez wybuch armaty, w czasie parady, w której braliśmy udział. Stał za blisko i...
Carmen słysząc to, zasłoniła sobie usta załamana, a na jej twarzy pojawił się szczery żal. Widząc go Diego poczuł ogromny wstyd z powodu tego kłamstwa, ale wiedział, że nie może się już wycofać i pokazał Bernardo na migi, aby zaniósł jego bagaże do jego dawnego pokoju. Sługa skłonił się lekko i wyszedł.
- Biedna Dolores. Jej jedyny syn stracił słuch. To będzie dla niej tragedia. A tak bardzo chciała, żeby się ożenił i miał dzieci. Która teraz zechce głuchoniemego męża?
- Spokojnie, kochanie. Jeszcze taka się znajdzie, która go doceni za to, jaki jest, a nie za to, jakie on posiada zdolności - powiedział Alejandro, podchodząc do żony i syna - Ale to na przyszłość. A teraz... Drogi synu, uściskałeś matkę, a ze mną się nie przywitasz?
- Wybacz, ojcze. Po prostu żal mi Bernardo, tak samo jak i mamie. Nie chcę jednak, abyś myślał, że nie tęskniłem.
Po tych słowach Diego uściskał mocno ojca, który popatrzył na niego bardzo zachwycony.
- Wyjechałaś chłopcem, a wracasz mężczyzną. Wyglądasz dokładnie tak samo jak ja, gdy byłem w twoim wieku. Niech no ci się przyjrzę... No tak, kropka w kropkę jak ja.
- Potwierdzam z całego serca - powiedział ojciec Felipe, podchodząc powoli do Diego - Widziałem wiele razy Alejandro w młodości i wiem bardzo dobrze, że wyglądasz dokładnie jak on wtedy.
- Ojciec Felipe. Cieszę się, że znów cię widzę - rzekł Diego, ściskając bardzo mocno mnicha.
Felipe ścisnął delikatnie ramiona młodzieńca i powiedział:
- Zobaczcie sami. Co za figura! Co za mięśnie! Widać, że o siebie dbał i nie próżnował przez te wszystkie lata.
- Mięśnie, mięśnie... Lepiej zobaczcie, jaki z niego przystojny młodzieniec - odezwała się Carmen - Rzeczywiście, zupełnie jak jego ojciec. Niejedna panna teraz będzie się za nim oglądać.
- Jedna mu wystarczy - zachichotał Alejandro - A nam wystarczy kilkoro jakże uroczych wnucząt.
- Ojcze, proszę... Przecież dopiero mnie odzyskaliście, a już mnie chcecie utracić na rzecz jakiejś kobiety? - zażartował sobie Diego.
- Wiesz, nie mówię, żebyś od razu mnie uczynił dziadkiem, ale nie zaszkodzi, jeżeli już zaczniesz się rozglądać - odpowiedział dowcipnie Alejandro.
- A w kwestii kobiet, to możesz być pewien, że to nieuniknione - dodał ojciec Felipe wesołym tonem - Jesteś zbyt przystojny i zbyt kochasz życie, abyś miał tak jak ja wybierać życie w samotności i tylko z Bogiem. Szkoda by było ciebie na mnicha. A poza tym Bogu można służyć na wiele sposobów. Ja wybrałem inny, ale nie mówię, że to jedyny słuszny. Poza tym, czym byłby nasz świat bez dzieci?
- To prawda. A propos dzieci, to czy aby na pewno jest to ten sam chłopiec, którego znałem? - zapytał wesoło Mendoza.
Diego uścisnął mu dłoń i powitał go serdecznie.
- Dokładnie tak. Ten sam, senior.
- Mam nadzieję, że jednak nie ten sam. Chyba nie chcesz znowu kraść mi melonów?
- Melonów? O czym ty mówisz? - zdziwił się Alejandro.
- Wyobraź sobie, że Diego i mój wcale nie lepszy syn, który obecnie jest w Hiszpanii, ukradli mi kiedyś jako dzieci melony. Włamali się do mojego ogródka i zjedli je.
- Owszem, ale sam Pan Bóg nas za to przykładnie ukarał, zsyłając nam ból brzucha - odpowiedział wesoło Diego.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, kiedy to usłyszeli, a ojciec Felipe nagle dość szybko spoważniał i rzekł:
- Każąca ręka Boga i teraz by się przydała. Ale zamiast karać wesołe i dobre urwipołcie, powinien wypróbować swoje siły na pewnych urzędnikach.
- Ojcze, nie zaczynaj - poprosiła Carmen - Diego wrócił do domu. To jest dzień radości dla nas wszystkich. Po co opowiadać o przykrych rzeczach? Lepiej pomówmy o tych radosnych. Zobaczcie tylko, mój syn wygląda jak anioł.
- Anioł by się nam teraz przydał. Ale anioł z gorejącym mieczem w dłoni! - zawołał ojciec Felipe - Dobroć i łagodność muszą ustąpić słusznemu gniewowi. Zło i nieprawość nie mogą się szerzyć. A się szerzą i dobrze o tym wiecie.
- Tak, wiemy o tym doskonale - powiedział Alejandro.
- Tak, wiecie... Ale czy obaj coś zrobiliście w tym zakresie? Nic.
- A co my niby możemy? Sam gubernator wyznaczył kapitana Monastario na swego reprezentanta tutaj. Jak mamy podważać jego decyzje?
- Musimy walczyć! Diego i inni młodzi ludzie nie mają przecież mięśni tylko po to, aby odganiać się od much. Mają je po to, aby uderzyć każdego niegodziwca wtedy, gdy na to zasługuje.
- Och, ojcze... Ty i twoje lekcje - jęknął Alejandro - Zawsze się bałem, że mi wychowasz syna na awanturnika.
- Mówisz, jakbyś sam nim nie był w jego wieku.
- Ale wyrosłem z tego.
- Właśnie - wtrąciła się Carmen - Poza tym nie po to wrócił z Hiszpanii, żeby go zaraz zabili.
- Brakowało mi was wszystkich, kochani - rzekł radośnie Diego, a uśmiech nie znikał z jego twarzy - Twojej czułości, mamo. Twoich rad, ojcze. No i twoich lekcji, drogi padre. Bardzo się cieszę, że znowu mogę to wszystko zobaczyć, jak za dawnych czasów. Ale czuję między wami jakieś napięcie. Gdy jechałem tutaj, to słyszałem sporo rzeczy o terrorze wojskowym, jaki wprowadził w Los Angeles nowy komendant. Widzę, że jednak sporo w tym prawdy.
- Tak, Diego. Siadaj zatem i słuchaj - powiedział Alejandro, podstawiając mu krzesło - Nie wiem, ile usłyszałeś, ale możesz być pewien, że te opowieści nie są wcale przesadzone. Kapitan Monastario to prawdziwy łotr nad łotrami. Rządzi tu twardą ręką. Zdominował nawet alkada i zmusił go do uległości. Podejrzewam, że coś na niego ma. On albo ta jego podstępna pijawka, Licenciado Pinia.
- A co to za indywiduum?
- Prawnik, którego Monastario sprowadził tu po to, aby uzasadniał zgodnie z prawem wszystko, co on tylko robi.
- Właśnie, a co robi? - zapytał ze złością ojciec Felipe - Pobiera lichwiarskie podatki, wojsko bezwzględnie pacyfikuje każdego, kto występuje przeciwko nim. Robią, co chcą, a kto na tym cierpi? Biedni ludzie. Chłopi, mieszczanie i Indianie. Ale bogacze oczywiście mają to wszystko w nosie! Ich to przecież bezpośrednio nie dotyczy i dlaczego mieliby się tym przejmować?!
- Padre, posuwasz się teraz za daleko! - zawołał oburzony Mendoza - Wiesz dobrze, że tak nie jest! Planujemy już przecież odpowiednie działania.
- Tak, ale na planowaniu się jak dotąd skończyło! - wołał dalej Felipe.
- Nasz drogi padre próbuje nas namówić do tego, abyśmy stanęli na czele zbrojnej rewolucji przeciwko kapitanowi - dodał Alejandro - Ale nie mogę tego zrobić i innym też to odradzam. Rewolucja w tej sytuacji nie ma najmniejszych szans. A nawet gdyby miała, to i tak bym odmówił.
- Dlaczego? - zapytał ojciec Felipe.
- Ponieważ jestem poddanym króla i nie będę występował przeciwko jego wojsku i jego prawom. Nie wystąpię także przeciwko rządowi, któremu służyłem przez blisko trzydzieści lat.
- Rząd jest wyraźnie skorumpowany!
- Nawet mimo to, nie mogę wystąpić przeciwko niemu. Jestem de La Vega i żaden z mojego rodu nigdy nie splamił się buntem przeciwko władzy króla.
- Nie możecie po prostu złożyć skargi na tego człowieka? - odezwał się po raz pierwszy od dłuższej chwili Diego - Tak się składa, że w Hiszpanii zawarłem kilka znajomości. Poznałem też osobiście wicekróla. Może więc, gdybym tak do niego napisał, to wtedy...
- Wątpię, aby ten list kiedykolwiek do niego dotarł - powiedział Mendoza - Ja już pisałem i to bliżej, bo do gubernatora, ale żaden z moich listów do niego nie dotarł. Żołnierze sprawdzają pocztę i niszczą wszelkie listy, które mogą zaszkodzić kapitanowi.
- Wobec tego ktoś osobiście musi pojechać do gubernatora lub wicekróla.
- Nikt się na to nie zgodzi. Posłaniec z taką wieścią na pewno zostanie zabity. Nikt nie chce tak ryzykować.
- Wobec tego nie wiem, co zrobić? - rozłożył bezradnie ręce Diego.
- Dziwne, bo kiedyś doskonale byś wiedział - powiedział oburzonym głosem Felipe - Kiedyś poszedłbyś razem ze mną ze szpadą w dłoni i byś tego łajdaka obił płazem po gębie.
- I zgniłby za to w lochu - powiedziała Carmen.
- Ale zachowałby się jak mężczyzna - rzekł Felipe.
- Padre, rozumiem wszystko, o czym do mnie mówicie, ale nie sądzicie, że powinniście spróbować jakoś dogadać się z kapitanem? - zapytał Diego - Kiedy tu jechałem, miałem możliwość poznać osobiście kapitana Monastario. To jest bardzo miły i sympatyczny człowiek, wydaje się też dość inteligentny.
- Miły i sympatyczny? - prychnął z kpiną Felipe - Wąż w Edenie też się taki wydawał i co zrobił? Istoty podłe i parszywe zawsze wydają się na początku miłe i bardzo urocze. A potem owijają się wokół swoich ofiar i duszą je bezwzględnie lub zatruwają swoim jadem.
- Mimo wszystko uważam, że można się z nim jakoś dogadać.
- Dogadać? Z takim łotrem? Wiesz co, Diego? Nie spodziewałem się, że ten szlachetny chłopiec, którego osobiście uczyłem szermierki w dzieciństwie, mógłby kiedykolwiek wypowiedzieć takie słowa.
- Padre, ja wiem, że to może wydawać się dla ciebie niezrozumiałe, ale na studiach nauczono mnie, iż pióro potrafi być silniejsze od miecza, a słowo może łatwiej załagodzić wszelkie spory niż broń.
- Doprawdy? - warknął ze złością ojciec Felipe - Ciekawe stwierdzenie. Ale jestem ciekaw, czy dalej będziesz tego taki pewien, kiedy cierpienie zapuka także i do twoich drzwi. Teraz możesz sobie lekceważyć problem i wierzyć, że gadaniem bez celu coś osiągniesz. Bo bogate panicze widać tylko to potrafią. Sądziłem, że ty taki nie jesteś. Widać pomyliłem się.
- Padre, jak możesz?! - zawołała oburzona Carmen.
- Mogę, bo wy możecie spokojnie o tym wszystkim sobie rozmawiać. Bez trudu możecie sobie lekceważyć zło. A ty, Diego... Naprawdę sądzisz, że nie należy się przeciwstawiać przemocy, póki nie dotknie nas samych?
- Drogi padre, takie rzeczy zawsze się zdarzały i zdarzać będą. Przemocą nie zawsze zwalczysz przemoc.
- Ale niekiedy to jedyne wyjście. Zresztą po co ja to mówię? Wam łatwo jest lekceważyć sobie niebezpieczeństwo i mówić dużo, a robić mało. W końcu bogaci z was państwo. Was represje dotykają bardzo mało lub wcale. Ale ja jestem prosty człowiek z biednej rodziny, który tylko dzięki wojsku wyszedł na prostą. A potem dzięki Bogu odnalazłem odkupienie. Robiłem na froncie różne rzeczy i wielu z nich się wstydzę, lecz zapewniam was, że z chęcią znowu bym złapał za broń, gdy widzę to, co się teraz dzieje. Ale żałuję, że tu przyszedłem. Nie sądziłem, że ci, których tak kochałem, tak bardzo mnie zawiodą.
To mówiąc ojciec Felipe wyszedł z domu, mrucząc pod nosem coś w rodzaju przekleństw po łacinie.
- Wybacz mu, Diego. On wcale tak nie myśli. Nie naprawdę - powiedziała Carmen tonem bardzo ugodowym.
- Dziwny z niego człowiek - rzekł Alejandro - Zawsze był dziwną mieszanką wojskowego i mnicha. Gdy był żołnierzem, zawsze bardziej przypominał mnicha. Teraz z kolei, jako mnich, dużo bardziej przypomina żołnierza.
- W jednym jednak się z nim zgadzam. Musimy coś zrobić - powiedział po chwili Mendoza - I ja nie zamierzam stać bezczynnie. Szkoda, że Diego nie ma też żadnego dobrego pomysłu w tym zakresie.
- Diego jest zmęczony podróżą. Nie oczekujmy od niego, że teraz od razu coś dla nas wymyśli - powiedział Alejandro - Wierzę, że jak się wyśpi, to może mieć dobre pomysły, które nam pomogą. W końcu wykształcenie z pewnością nie poszło na marne.
- Byleby nie mówił więcej o dogadaniu się z kapitanem. Mam dreszcze ze wściekłości, gdy tylko słyszę takie słowa.
- Tak, zdecydowanie nie są to zbyt mądre słowa. Uznajmy więc, Diego, że ich nie wypowiedziałeś.
- Dobrze, ojcze. Nie wypowiedziałem ich - odparł Diego - Ale nadal uważam, że zgodą można osiągnąć więcej niż walką. Gdybyście zatem...
- Diego, wystarczy! - zawołał ze złością Alejandro - Nie popieram rewolucji, ale układanie się z tym łotrem i błaganie go o to, aby zlitował się nad tutejszymi biedakami jest poniżej mojej godności. I nie życzę sobie, aby mój syn mi takie coś doradzał.
- Alejandro, przestań! - zawołała Carmen - Diego nie chciał nikogo z nas w żaden sposób urazić.
- Wiem i dlatego wybaczam mu. Ale liczę też na to, że nie opuści nas wtedy, gdy go będziemy potrzebować - odpowiedział jej mąż - A wkrótce może to się stać. Dlatego też proszę cię, Diego, bądź w razie czego gotów do działania.
- Jakiego, ojcze?
- Jeszcze nie wiem. Wszystko teraz trzeba dobrze przemyśleć.
Rozmowę przerwało pojawienie się kolejnej osoby w salonie. Była nią bardzo ładna, czarnowłosa dziewczyna o brązowych oczach, mająca około dwudziestu lat. Jej długie włosy były rozpuszczone, a twarz zdobiło kilka kropelek potu. Miała na sobie białą koszulę i brązową spódnicę, czyli idealny strój do jazdy konnej. Jej widok wywołał w Diego wiele radości.
- Gdzie on jest?! Gdzie jest ten przystojny młodzieniec?! - zawołała wesoło, choć z miejsca dostrzegła naszego bohatera - Diego, braciszku! Nareszcie do nas wróciłeś! Tak się cieszę, że cię widzę!
To mówiąc, wpadła z rozbiegu w ramiona swojego brata, ściskając go i czule całując w oba policzki.
- Inez, moja mała siostrzyczko! Cieszę się, że cię widzę! - zawołał Diego na widok swojej młodszej siostry - Niech no tylko spojrzę na ciebie. Wypiękniałaś i to bardzo. Wiesz o tym?
- Wie aż za dobrze - zaśmiał się Alejandro - Odrzuca zalotników i łamie im serca. Zupełnie jak wasza matka. Też była pod tym względem wybredna.
- Bo szukałam tego jedynego, a nie byle kogo - powiedziała Carmen.
- Tato, wiesz przecież, że ja chcę wyjść za mąż tylko z miłości - odparła na to Inez - Nie wybiorę pierwszego lepszego, tylko dlatego, że zaszczyci mnie swoją propozycją małżeństwa.
Po tych słowach spojrzała na Diego i zlustrowała go uważnie wzrokiem.
- Muszę powiedzieć, braciszku, że wyładniałeś przez te wszystkie lata. Lolita będzie zachwycona, gdy cię zobaczy.
- A masz z nią stały kontakt?
- Tak, a czemu nie? W końcu to moja serdeczna przyjaciółka. Twoja zresztą chyba też. Jako dzieci byliśmy nierozłączni.
- Niestety, już nie jesteśmy dziećmi. A czasy, kiedy nimi byliśmy, już nie wrócą.
- Tak... Niestety, nie wrócą - powiedział smutno Mendoza.
Po tych słowach wyszedł z pokoju, pogrążony we własnych myślach. Zaraz potem wyszedł także Alejandro, aby go odprowadzić.
- Co im się stało? - zapytała Inez - Jak tu jechałam, to mijałam ojca Felipe. Też był jakiś niezadowolony.
- Poważne męskie sprawy, kochanie - odpowiedziała jej ponuro Carmen - Nie warto się teraz tym przejmować. Dzisiaj cieszmy się z tego, że twój brat wrócił do domu.
Diego jednak nie umiał się cieszyć. Był smutny, że swoją postawą mógł w jakiś sposób zawieść swojego ojca, a także mnicha, który był mu zawsze wiernym przyjacielem i nauczycielem. Do tego zasmucało go to, iż musiał kłamać na temat słuchu Bernardo. Zwłaszcza kłamstwo wobec matki leżało mu wielkim kamieniem na sercu. Nigdy przecież jej w niczym nie okłamał. Ojca nieraz się zdarzało, ale matki nigdy. Cóż jednak miał zrobić? Jeżeli miał podjąć działalność konspiracyjną, musiał mieć sekrety. Nawet przed rodziną.