Rozdział VIII
Ojciec Felipe
Diego było bardzo przykro, że musiał udawać przed wszystkimi kogoś, kto nie ma najmniejszej ochoty przeciwstawić się kapitanowi Monastario i jego jakże podłym rządom, choć tak naprawdę w głębi serca aż gotował się do tego, aby ująć w dłoń szpadę i stanąć z nim do walki. Dobrze jednak wiedział, że jeżeli zrobiłby to, nie zmieniłby wcale sytuacji w Los Angeles. Na miejsce kapitana przyszedłby kolejny i może wcale nie lepszy, poza tym dochodziła do tego jeszcze kwestia kary za zabójstwo z premedytacją, za którą to przewinę prawo karało zawsze surowo. Oczywiście była szansa, że gdyby to był honorowy pojedynek, wówczas nikt by Diego nie ukarał, bo ostatecznie pojedynek pomiędzy dwoma kawalerami to co innego niż zabójstwo. Ale i tak prawo rozmaicie zapatrywało się na pojedynki, bo nie były one zakazane, lecz te zakończone śmiercią jednego przeciwnika zwykle były karalne, choć nie zawsze. Wiele zależało tutaj od sędziego, a także od tego, jak się przedstawi przed nim całą sprawę. Diego czuł, że może trafić na sędziego uczciwego, ale co, jeśli tak się nie stanie? Poza tym, dobrze wiedział, iż zabicie kapitana w pojedynku będzie ostatecznością, której wolał uniknąć. Nigdy w życiu jeszcze nikogo nie zabił i nie chciał tego zmieniać. Ponadto wolał nie ujawniać całemu światu, jak znakomitym szermierzem jest. Wolał, aby ludzie widzieli w nim raczej kogoś nieszkodliwego, gdyż wtedy mógłby łatwiej oszukać innych wrogów, którzy by chcieli przybyć do Los Angeles. Nigdy bowiem nie wiadomo, kto i kiedy tutaj zechce przyjechać i jakie będzie miał zamiary. Lepiej zatem, aby nie było powszechnie znaną informacją, że Diego de La Vega jest znakomitym szermierzem oraz walecznym człowiekiem, gdyż wtedy wrogowie będą się mieli przed nim na baczności, a przecież łatwiej ich pokonać, kiedy zlekceważą go jako zagrożenie i nie będą się mieć na baczności.
Takie właśnie myśli towarzyszyły Diego w chwili, gdy leżał w łóżku i układał sobie w głowie wszystko, co dzisiaj go spotkało. Był to bardzo owocny dzień, a wszelkie wydarzenia, jakie miały w nim miejsce, były ciekawe i dawały mu do myślenia. Sprawiały, że wiedział, iż jego pobyt w Los Angeles na pewno będzie owocował w liczne ciekawe wydarzenia, interesujące przygody i z całą pewnością nudno tutaj nie będzie. Choć, jak tak o tym sobie myślał, to czuł, że chyba już by wolał, aby w Los Angeles było potwornie nudno, ale przynajmniej nie było tego podłego łotra, kapitana Monastario, który krzywdzi mieszkańców i to jeszcze w imię prawa. Już Diego by wolał, aby jego jedynym zmartwieniem w życiu było to, iż rodzice chcą go ożenić i kazać mu płodzić tłuste dzieci i doglądać winnic. O wiele bardziej już wolałby taką rzeczywistość niż tę, która go otaczała. Wiedział jednak dobrze, iż narzekanie na to, co się dzieje wokół niego nic nie zmieni. Musi zaakceptować to, że świat, który tak bardzo kiedyś kochał, nie jest już tym samym miejscem, nie jest już tak idealny i piękny, jak go zapamiętał z dzieciństwa, ale z pewnością ma wciąż w sobie coś z dawnych, dobrych czasów i o to coś warto walczyć. I Diego wiedział, że będzie walczył i nieważne, ile czasu mu to zajmie i jak bardzo będzie się przy tym musiał namęczyć. Wiedział, że pokona kapitana i odbierze mu władzę, to było dla niego czymś oczywistym. Podobnie jak i to, iż swoją walkę mógł prowadzić jedynie samemu lub ewentualnie z Bernardo. Nie mógł ryzykować tego, że ktoś z jego bliskich będzie narażony na tak wielkie niebezpieczeństwo. Już samo narażanie wiernego sługi i mlecznego brata było ryzykowne, ale cóż... Miło było mieć w tej walce choć jednego sojusznika, a poza tym Bernardo był obecny w chwili, gdy Diego już układał sobie w głowie pierwsze szczegóły swego planu działania, dlatego chcąc nie chcąc, musiał go wciągnąć w swoją działalność. Ale inni nie mogli o tym już wiedzieć. Nawet matka. Udawanie przed nią, w ramach realizacji swoich planów, nie było czymś przyjemnym, ale koniecznym. Kiedyś opowie jej wszystko. Jej i ojcu i siostrze i wszystkim godnym zaufania osobom. Ale to dopiero w przyszłości. Wtedy, gdy Monastario zostanie ostatecznie pokonany i ich już więcej nie zagrozi jego rodzinie i bliskim. Wszystko im wtedy opowie.
Z takimi oto myślami, Diego zasnął i poleciał do krainy Morfeusza. Jakie miał sny, tego nie pamiętał, gdy wstawał następnego dnia, jednakże uznał, że nie jest to na tyle istotny szczegół, aby miał go zapamiętywać. Zamiast tego ubrał się, zszedł na dół do swojej rodziny, po czym zjadł z nimi śniadanie, rozmawiając przy tym o różnych sprawach, o jakich może tylko rozmawiać szczerze kochająca się rodzina. Nie poruszali tematów politycznych, uważając wyraźnie, że na ten temat przyjdzie jeszcze czas. Szczególnie tego tematu unikał Alejandro, którego twarz na siłę próbowała ukryć wielką troskę. Diego jednak wiedział, iż jego ojciec nie jest zbyt dobrym aktorem i dlatego nie zdziwiło go to, że pomimo swoich usilnych starań, troski i niepokoju, jakie malowały mu się na twarzy, nie jest on w stanie w żaden sposób ukryć. W każdym razie nie przed nim.
- Dlaczego ojciec się tak niepokoi? - zapytał sam siebie w duchu Diego - Czy to może ma coś wspólnego ze wczorajszą rozmową? Czyżby ojciec albo ktoś z naszych sąsiadów coś zaplanował i przeszedł od słów do czynów? Jeśli tak, to oby te czyny były rozważne. Inaczej wszyscy możemy zapłacić za to życie.
Historia nieraz pokazywała, że za bezmyślność jednostki potrafi cierpieć cała grupa. Diego wiedział doskonale, iż w tym wypadku byłoby tak samo i dlatego był niespokojny o to, co też zaplanował ojciec i jego sąsiedzi. W przeciwieństwie do Alejandro, jego syn był naprawdę zdolnym aktorem i umiał ukryć swoje emocje, a nawet udawać takie, które nie kierowały nim w danej chwili. Pamiętał jeszcze, jak w dzieciństwie wygłupiał się przed Inez i Lolitą, gdy przebierał się wraz z nimi w różne zabawne stroje i wspólnie odgrywali sceny z książek, które razem w trójkę przeczytali. Wszyscy wtedy udawali kogoś, kim nie byli i całkiem nieźle im to wychodziło. Diego czuł, że teraz zdolność ta może być na wagę złota i błogosławił w duchu chwile, kiedy bawili się w taki zwariowany sposób.
Po śniadaniu Alejandro wezwał Diego do siebie i poprosił go, aby zawiózł ojcu Felipe kilka książek, które wcześniej od niego pożyczył. Młody de La Vega bez wahania się na to zgodził, bo bardzo chciał odwiedzić misję prowadzoną przez znajomego mnicha i przy okazji porozmawiać z nim. Wiedział, że nie może mu powiedzieć tego, co planuje, ale czuł, iż musi w jakiś sposób wyjaśnić mu, że źle go ocenia i niesłusznie potępia, zarzucając mu najgorsze cechy charakteru. Bardzo mu zależało na szacunku tego człowieka, który znał go od maleńkości i dlatego też bardzo chciał go odzyskać, oczywiście nie za cenę zdemaskowania. Nie wiedział jeszcze, w jaki sposób to zrobi, ale rozmowa na misji będzie najlepszym chyba na to sposobem. Dlatego wziął książki, wskoczył na konia, zabrał ze sobą Bernardo, po czym ruszył w drogę.
- Widziałem, jak rozmawiałeś z matką, mój przyjacielu - powiedział Diego do swego sługi - Bardzo mi przykro, że wzbudzamy w biednej Dolores smutek oraz niepotrzebne współczucie nad tobą, ale co możemy poradzić? Ja moją matkę także muszę oszukiwać, przynajmniej chwilowo. Taka jest cena konspiracji. Musimy zachować jak największą tajemnicę. Im mniej osób wie, co planujemy, tym lepiej dla nas i dla nich.
Bernardo pokiwał smutno głową na znak, że się z nim zgadza, po czym nagle pokazał coś na migi. Diego zrozumiał to bez trudu i odpowiedział:
- Niestety, jeszcze dokładniej nie wiem, co mamy zrobić. Nie mam jeszcze w tej kwestii żadnego planu. Ale kto wie? Może inspiracja przyjdzie na nas dzisiaj?
Jechali przez pewien czas, prowadząc ze sobą jedynie taką dość sporadyczną rozmowę. Nie chcieli ryzykować, że ktoś tutaj ich podsłucha, dlatego nie mówili ze sobą na tematy poważne, pomijając te poważne i niezbędne, choćby omówienie niezbędnego dla nich planu działania.
W końcu jednak dotarli na miejsce i Diego uśmiechnął się, kiedy tylko to miejsce zobaczył. Poznał je bez trudu, chociaż dawno tu nie był. Kościół otoczony murem, mający w obrębie tego muru również budynki mieszkalne, ogród i kilka jeszcze innych rzeczy.
- Och, Bernardo... Przypominają mi się stare, dobre czasy, kiedy byliśmy obaj dziećmi. Pamiętasz, Bernardo? Tak wiele dni spędziliśmy tutaj. Tak wiele bardzo pięknych i beztroskich dni.
Po tych słowach wjechali powoli na teren misji. Pracujący tam w ogrodzie Indianie zwrócili na niego uwagę, ale tylko chwilowo, bo upewniwszy się, że jest on przyjacielem i nie chce robić im problemu, wrócili do swoich zajęć. Diego zaś i Bernardo spokojnie wjechali do środka, zostawili konie Indianinowi, który był tu stajennym, po czym Diego poprosił swego sługę, aby zaczekał, a sam wziął książki i poszedł szukać ojca Felipe. Podejrzewał, że zastanie go w jego gabinecie i się nie pomylił. Mnich siedział właśnie nad jakimiś papierami i czytał je z uwagą, na tyle wielką, że nawet nie zauważył, iż Diego wszedł do jego gabinetu. Zwrócił na niego uwagę dopiero wtedy, kiedy ten go pozdrowił. Oderwał wtedy wzrok od swoich papierów, po czym uśmiechnął się do niego i rzekł:
- Diego! Witaj, chłopcze. Co cię tu sprowadza?
Po tych słowach wstał od biurka i uściskał przyjaźnie młodzieńca.
- Chciałem ci oddać książki, padre. Ojciec powiedział, że już je przeczytał i bardzo ci za nie dziękuje. Naprawdę bardzo ciekawa lektura. Tak mówił.
Felipe uśmiechnął się zadowolony i odebrał książki od młodzieńca.
- Podziękuj ojcu. To dla mnie przyjemność, sprawiać radość moim wiernym przyjaciołom. I nie ma również dla mnie większej przykrości niż sprawianie im przykrości.
To mówiąc spojrzał na Diego i rzekł:
- Bardzo mi przykro, mój chłopcze, że wczoraj cię tak skrzyczałem. Wybacz mi, proszę. Nie panowałem wtedy nad sobą. To wszystko, co się ostatnio dzieje w tym mieście, po prostu mnie dobija. A jeszcze bardziej dobija mnie moja własna bezsilność. Chciałbym pomóc, a nie mogę zrobić nic. W końcu co może byle mnich jak ja? Może dlatego tak bardzo chcę, żeby inni coś robili, bo sam nie mogę zrobić nic? Wiesz co, Diego? Im więcej o tym wszystkim myślę, tym bardziej mi w głowie krążą słowa poprzedniego właściciela tej misji.
- Jakie to były słowa?
- Im mniej jest w nas talentu do poświęcenia, tym więcej oczekujemy go od innych. Niestety, wczoraj spotkało to mnie. Użyłem wtedy przykrych słów wobec moich przyjaciół, a zwłaszcza wobec ciebie, za co teraz serdecznie przepraszam.
- Nie gniewam się na ciebie, padre. To normalna rzecz, ulegać emocjom.
- Normalna, ale nie zawsze rozsądna, jeśli w ogóle rozsądna. Niestety, Diego. Niestety, za długo byłem żołnierzem, abym umiał być teraz zwyczajnym mnichem o spokojnym usposobieniu. Gdy widzę niesprawiedliwość, ręka mnie świerzbi i przyłapuję się na tym, iż instynktownie łapię się za bok, szukając szabli, którą tu kiedyś miałem, a którą mam obecnie zawieszoną na ścianie. Nie przystoi takie zachowanie mnichowi. Ale naprawdę, im więcej nieprawości tu widzę, tym więcej we mnie chęci, aby zrzucić habit, ponownie wdziać mundur i pokazać wszystkim łotrom, na co mnie stać.
Po tych słowach zacisnął dłoń w pięść i pomachał nią w bezsilnej złości.
- Wiele się zmieniło od czasu, kiedy ostatnio tu byłeś, Diego. Zbyt wiele. To już nie jest to piękne i beztroskie miejsce, jakie kiedyś znałeś.
- Wiem o tym, poinformowano mnie już o tym i to więcej niż raz. Nie wiem jednak, co też powinienem zrobić w tej kwestii. Zło i podłość zawsze były na tym świecie, ale czy prosty człowiek może coś na to poradzić?
- Prosty człowiek może bardzo na to poradzić, ponieważ ma on w sobie siłę, jakiej nie ma żaden urzędnik. Nie jest przeżarty przez żaden kodeks ani przez inne bzdury ograniczające jego umiejętności. Do tego działa z boku i co za tym idzie, nie dosięga go demoralizacja świata polityki.
- Uważasz, padre, że polityka zawsze demoralizuje?
- Polityka i władza. Owszem, mój chłopcze. Dlatego nigdy nie chciałem ani jednego, ani drugiego. A co do tego, co może prosty człowiek, to...
Po tych słowach, ojciec Felipe oparł się o swoje biurko, westchnął głęboko i powiedział:
- Wiesz, Diego... Gdy byłem młody, znałem pewnego człowieka, który został kiedyś bardzo skrzywdzony przez urzędników. A zwłaszcza przez takiego jednego. Nazywał się on Haytham i był gubernatorem w jednym ze stanów, które obecnie są Stanami Zjednoczonymi. Rządził on twardą ręką, ale prócz tego był całkowicie obojętny na krzywdy prostego ludu. Nic go one nie obchodziły, byle tylko zawsze były podatki dla króla Anglii. Ale lud był oporny w płaceniu podatków praktycznie za wszystko. Dlatego też zaczęli się buntować, a Haytham, żeby ich poskromić, sprowadził pewnego szlachcica, który w jego imieniu zaczął siać terror i przemoc. Gubernator nie wiedział o większości jego poczynań, a przynajmniej tak twierdził. Nie wierzę, żeby o tym nie wiedział, ale jeśli nawet, to tym gorzej dla niego, bo pozwolił swojej bestii robić, co tylko on chce i potem spuścił ze smyczy. A ta bestia bez wahania przeprowadzała bezwzględną pacyfikację wszystkich ludzi, którzy się buntowali wobec władzy. Nawet przeprowadzał egzekucje, a gubernator bez wahania podpisywał wszystko, co jego potwór mu podstawiał do podpisu, nawet wyroki śmierci. Przez to wielu ludzi publicznie powieszono i to na oczach ich rodzin, nawet dzieci. Jednymi z takimi ofiar byli rodzice naszego bohatera. Był on dzieckiem, kiedy z woli gubernatora powiesili jego ojca i matkę, a on musiał to oglądać. Przysiągł sobie, że ten łotr Haytham i ten, który mu pomaga, zapłacą mu za wszystko, co mu zrobili. W międzyczasie wybuchła jednak wojna, która potem przeszła do historii jako wojna o niepodległość. Stany Zjednoczone stały się wtedy wolnym krajem. Pomagier Haythama skończył na szubienicy. Ale sam gubernator uniknął kary. Dogadał się jakoś z Washingtonem i ten puścił go wolno. Łotra, który bez wahania pozwalał na śmierć niewinnych istot i nic go ich los nie obchodził. Podobno się tłumaczył, że nie wiedział o niczym i tego nie chciał, ale nawet jeśli to prawda (w co wątpię), to i tak niczego nie zmieniało. Powinni go powiesić na najbliższym drzewie, a wcześniej wypatroszyć. Nie zrobili tego, pod pretekstem, że odkupił swoje winy, poddając rebeliantom jakieś miasto, które i tak by padło. Prawda jest jednak taka, że zrobił to jedynie dlatego, iż wiedział, że i tak nie zdoła go obronić, a więc lepiej coś na tym zyskać i dogadał się z Washingtonem. I tak oto polityka pozwoliła na to, aby łotr nad łotrami uniknął sprawiedliwości. Ale nie myśl sobie, że nasz bohater odpuścił mu. Po latach, gdy był już dorosły, dopadł go w Anglii i zabił bezwzględnie. Zastrzelił jak psa, wcześniej mówiąc mu, kim jest i dlaczego się mści. Tak oto wreszcie sprawiedliwość została wymierzona.
- Ale co z tego, padre? Nasz bohater nie odzyskał w ten sposób rodziców ani nie wrócił życia żadnej ofierze terroru.
- I co z tego? Wymierzył sprawiedliwość i zło zostało ukarane. A łotry, które jak dotąd czuły się bezkarne, teraz wreszcie zrozumiały, że nie unikną oni kary za swoje zbrodnie. Rozumiesz to? Wszystkie łotry muszą ponosić karę za swe czyny, bo jeżeli choć jeden uniknie kary, to pozostali nie będą się bać i pomyślą, że im też może wszystko ujść na sucho. Dlatego wybaczenie takim łotrom to błąd. Ich trzeba karać, a skoro prawo tego nie umie, to niech inni to robią. Uczciwi i porządni obywatele.
- Jak to się jednak ma do twoich słów, że tacy ludzie mogą bardzo wiele?
- To oczywiste. Karanie łotrów to nie tylko sprawiedliwość, ale i konieczność. Nie można pozwolić łotrom, aby rządzili światem. Gdy przestaną być bezkarni, zaczną się bać, a o to tu chodzi. Dlatego człowiek niedopuszczający do tego, żeby zło wygrywało w tym świecie, czyni ten świat dużo lepszym.
- Jak to? - zdziwił się Diego.
- To wbrew pozorom, bardzo proste - zaczął wyjaśniać ojciec Felipe - Jeżeli człowiek będzie walczył przeciw złu, będzie dawał innym przykład. A jeśli go da, to wtedy inni zechcą pójść za jego przykładem i nie dopuszczą do tego, aby zło się dalej rozwijało. Dlatego na barkach tych ludzi spoczywa wielka odpowiedzialność. Swoim przykładem porywają innych do walki z nieprawością. Ale musi być ktoś, kto to zacznie. Zawsze musi być ktoś taki, inaczej nigdy to się nie zacznie i świat stanie po prostu w miejscu. Taki ktoś musi walczyć ze złem, aby tchnąć w ludzkie serca nadzieję i wiarę w to, że będzie lepiej, że zło ostatecznie zawsze przegra. Wybaczanie dobra rzecz, ale nie można wiecznie nadstawiać drugiego policzka.
- Jezus chyba nakazywał właśnie nadstawianie drugiego policzka.
- Tak, ale nie mówił, żeby to robić nieustannie. Poza tym takie wybaczenie jest czymś pozornie tylko dobrym, ale tylko pozornie. Jeżeli będziesz wybaczać wszystko złe, co ci uczynią, to dajesz w ten sposób pozwolenie nie tylko temu, kto cię krzywdzi, ale i innym, którzy chcą brać z niego przykład... Dajesz im w ten sposób pozwolenie na to, aby cię krzywdzili dalej. Ciebie i innych ludzi. Ale o ile masz prawo pozwolić na to, żeby ciebie krzywdzili i pomiatali tobą, to nie masz do tego prawa, aby patrzeć przez palce na prześladowanie innych. Ty masz prawo w sposób naiwny wszystko swoim prześladowcom wybaczać i nie wyciągać od nich konsekwencji za ich czyny, ale gdy dotyczy to innych, nie wolno ci siedzieć cicho. Pamiętaj o tym, mój chłopcze. Nie mówię, że musisz się zawsze mścić za każdą zniewagę ci uczynioną, ale są zbrodnie, których nie wolno wybaczyć.
- Chyba „nie można”, a nie „nie wolno”.
- Nie, nie wolno. Bo wybaczenie pewnych grzechów, wybaczenie zbrodni jest jeszcze większą zbrodnią. Nie wolno na to pozwolić, ponieważ jeżeli przymkniesz oczy na zbrodnie ci uczynione, nie dążysz do tego, aby sprawiedliwość dosięgła zbrodniarza, to inni zbrodniarze będą się czuli bezkarni. Nie będą czuli nad sobą gorejącego miecza anioła sprawiedliwości. A nie można do tego dopuścić. Nawet wąż w Edenie został ukarany za swoją zbrodnię, choć to było tylko zwierzę. Zatem tym bardziej ludzie powinni być karani za wszystko, co złego uczynili innym. To wbrew pozorom jest bardziej chrześcijańskie podejście, niż nadstawianie drugiego policzka. Ale pamiętaj... Jak kręgi na wodzie muszą zostać przez kogoś wywołane, tak walka z tyranią i doprowadzenie zbrodniarzy przed oblicze sprawiedliwości musi być kogoś rozpoczęte. Nie ma innego wyjścia. Ktoś musi to rozpocząć.
Diego uśmiechnął się do mnicha i pod pretekstem, że ma jeszcze dużo swoich spraw do załatwienia, ruszył powoli w kierunku wyjścia. W głowie jednak wciąż analizował słowa, które usłyszał, a w uszach dźwięczały mu ostatnie słowa mnicha i zawarta w nich nauka. Ktoś musi zacząć i rozpocząć walkę z tyranią. Tyranię zaś trzeba zwalczać, bo pozwalanie na to, aby tyrani żyli i dalej rządzili tym światem, to jak jawne współdziałanie z bandytami. Tylko co z tym, kto miał być pierwszy i rozpocząć tę walkę? Diego po raz pierwszy poczuł w sercu, że póki co jest bezsilny, ale to się może zmienić i kiedyś to on poprowadzi ludzi do wolności. Ale czy powinien walczyć jako Diego, czy jako ktoś inny? Raczej nie jako Diego. Nie, raczej jako ktoś inny. Tylko jako kto? Potrzebna mu będzie dobra tożsamość. Dobra nowa tożsamość. Tylko jaka?
Wychodząc z budynku, Diego niechcący wpadł na jakiegoś Indianina, który niósł właśnie kosz owoców.
- Bardzo przepraszam - powiedział przepraszającym tonem młodzieniec.
- Nic nie szkodzi - odpowiedział mu Indianin, uśmiechając się smutno - To nie pierwszy raz, kiedy mnie dzisiaj spotyka przykrość. Ale przynajmniej pan mnie za to przeprasza. Nie to, co inni.
- Inni? Jacy inni?
- A choćby kapitan Monastario.
Diego spojrzał niespokojnie na Indianina i zapytał:
- A co ci ten człowiek uczynił?
- Nie zszedłem mu na czas z drogi, kiedy jechał konno, dlatego uderzył mnie w twarz szpicrutą. Niech pan sam zobaczy.
To mówiąc podniósł lekko w górę głowę, którą dotąd trzymał nisko i wtedy de La Vega zauważył, że biedak ma na twarzy wielką, czerwoną szramę idącą od czoła w prawą stronę przez nos i zatrzymuje się dopiero na policzku. Diego lekko się wzdrygnął, gdy zobaczył ten widok, a w jego sercu zagotowało się. Poczuł, że gdyby teraz kapitan wpadł mu w ręce, nie wytrzymałby i sam by go uderzył taką szpicrutą i to więcej niż raz. Dobrze więc, że kapitan był daleko, bo inaczej marny byłby jego los. Najpierw Diego by go zlinczował, a potem ojciec Felipe dokończył dzieła zniszczenia.
- Bardzo mi przykro, mój biedaku. Mam nadzieję, że to się szybko zagoi - rzekł Diego, gdy już opanował emocje.
- Na pewno, proszę pana. Takie rany szybko się goją. Bardziej mnie niepokoją rany tego kraju. Boję się, że niesprawiedliwość nim zawładnęła. Ale pocieszam się myślą o tym, że być może kiedyś Zorro ukaże wszystkich niegodziwców.
- Zorro?
- Tak. Duch z indiańskich legend, obrońca pokrzywdzonych i pogromca tych, którzy łamią prawa ludzkie i boskie.
Diego słyszał swego czasu legendy o tym tajemniczym Zorro. Jego babcia, Szara Sowa, opowiadała mu je, kiedy był jeszcze dzieckiem. Mówiła o Indianinie, który wędrował po tych okolicach i walczył z wszelką nieprawością, na jaką tylko się natknął. W ten sposób szybko naraził się nie tylko wielu złym Indianom, ale też i białym ludziom, a głównie tym, którzy reprezentowali prawo. Nigdy jednak nikt go nie złapał, ponieważ był niesamowicie sprytny i pomysłowy, zawsze wiedział, jak wymknąć się swoim wrogom i w jaki sposób ich przechytrzyć. Hiszpanie go nazywali Zorro, czyli lis. Po wielu latach swojej działalności zniknął i nikt go już więcej nie widział. Najprawdopodobniej zmarł ze starości gdzieś w górach, gdzie miał swoją kryjówkę. Ludzie jednak lubili opowiadać o tym, że widzieli jego ducha, odzianego w czarny strój i na czarnym koniu, jak wędruje po stepach całej Kalifornii i sieje postrach wśród wszystkich łotrów na tej ziemi. Ludzie zawsze potrzebują jakiejś dobrej legendy o człowieku, który ich broni, a zwłaszcza wtedy, kiedy nikt żywy tego nie robi.
Gdy Diego tak o tym myślał, nagle w głowie zaświtał mu pewien pomysł. Już wiedział, co powinien zrobić, jeżeli chce rozpocząć swoją działalność. Szukał dla siebie nowej tożsamości i już ją znalazł. Bo cóż lepszego może wymyślić człowiek chcący pomóc komuś w walce z tyranią, jak nie przyjęcie tożsamości ducha i to do tego jeszcze ducha lisa?
- Nie bój się, mój przyjacielu - powiedział Diego, klepiąc lekko Indianina po ramieniu - Nadejdą dla was jeszcze lepsze czasy, a wasz bohater Zorro jeszcze nie wypowiedział ostatniego słowa.
Indianin nie bardzo w to wierzył, gdyż westchnął tylko ponuro i rzekł:
- Och, senor... Proszę sobie nie żartować ze mnie, prostego sługi. Skoro Zorro przez tyle lat nie pojawił się w naszej okolicy, to albo o nas całkowicie zapomniał, albo nigdy też na tym świecie nie istniał. Pięknie jest mówić sobie, że ten dzielny duch stanie ponownie w naszej obronie, ale i ta nadzieja powoli we mnie zanika.
- Nie trać jej, amigo. Nigdy jej nie trać, bo kto wie? Może właśnie wtedy, gdy ty ją zaczynasz tracić, ona się zaczyna stawać prawdą?
- Dałby to Bóg, panie - westchnął ponuro Indianin.
Fajny odcinek.
OdpowiedzUsuńOjciec Felipe ma dość nietypowe poglądy, jak na duchownego i pewnie dlatego budzi moją sympatię.
Stary Indianin zaś podsunął Diego pewien pomysł.
Czekam wiec na pierwszą akcję Zorro.
Bo ludzie czekają na bohatera, anioła zemsty z mieczem w dłoni, który wyzwoli ich od rządów okrutnego kapitana Monastario.
Ciekawe, co będzie dalej?
Jednak z tego Felipe to jest mądry człowiek. Dobrze gada, choć wiem, że włożyłeś w jego usta własne poglądy na temat zwalczania niesprawiedliwości i tyranii, które są niezgodne z Biblią, dlatego w ustach duchownego mogą brzmieć dziwnie, ale Felipe daleko do pobożnego mnicha. On to by najchętniej chwycił za broń i sam poszedłby walczyć, ale przyjęte święcenia mu na to nie pozwalają, podobnie jak zapewne i wiek, dlatego namawia innych do tego, aby stanęli do walki z okrutnym komendantem. A dzięki przypadkiem napotkanemu Indianinowi, Diego już wie, jaką przybrać tożsamość, bo okazało się, że Zorro to bohater indiańskich legend.
OdpowiedzUsuń