Rozdział XI

Rozdział XI

Proces

Zgodnie z tym, co powiedziała Inez, proces Joaquina Mendozy odbył się już następnego dnia. Skazańcowi nie dano czasu na to, aby porządnie przygotował się do obrony, jak również nie dano mu adwokata. I nic w tym dziwnego. Był w końcu człowiekiem oskarżonym o zdradę stanu, a takim nie przysługiwali adwokaci. W każdym razie nie według kapitana Monastario, który miał tutaj decydujący głos. Alkad oczywiście nie mógł w tej sprawie nic zrobić. Twierdził, że dowody są jednoznaczne i nie można ich w żaden sposób podważyć, zaś upór Mendozy, który wciąż twierdzi, że jest niewinny oraz nie wydał żadnego ze swoich wspólników, przemawia przeciwko niemu. Rzecz jasna to było tylko takie gadanie. Alejandro de La Vega podejrzewał, że albo Pinia, albo też sam Monastario mieli coś na alkada i dlatego ten nie sprzeciwiał się ich postępowaniu w żaden sposób. Mimo to zjawił się na procesie sądowym, aby być obecnym w czasie jego trwania i wesprzeć swego sąsiada i przyjaciela, choćby tylko dobrym słowem i pokazać mu, że nie wierzy w jego winę. Czuł co prawda, że niewiele to pomoże, ale też był zdania, iż jako szlachcic i przyjaciel nie może postąpić inaczej, choć z pewnością proces będzie dla niego nad wyraz bolesnym doświadczeniem, podobnie jak i dla reszty.
Oprócz niego na procesie zjawili się wszyscy znaczniejsi obywatele miasta, w tym inny sąsiad de La Vegów, Ignazio Torres, który podobnie jak Alejandro był oburzony postępowaniem komendanta, ale w przeciwieństwie do swego sąsiada, nie ukrywał tego. Alejandro wolał trzymać nerwy na wodzy i jeżeli już krytykować zachowanie kapitana, to tylko w sposób spokojny i bez słów, które dobry prawnik mógłby odebrać jako zapowiedź puczu i zdrady stanu, za co oczywiście kapitan miałby prawo go aresztować. Choć w Alejandro krew się burzyła na to, co miało miejsce w jego ukochanym mieście i chwilami żałował bardzo, iż nie zrobił nic, aby temu zapobiec i nie pozwolił ojcu Felipe skręcić Monastario karku, to jednak zdrowy rozsądek wziął górę nad emocjami i ostatecznie panował nad językiem, aby nie wypuścić z ust słów, których może pożałować nie tylko on, ale i jego cała rodzina. W końcu bycie mężem i ojcem zobowiązuje. Żałował tylko, że nie może liczyć na Diego, który co prawda zachowywał się rozsądnie, ale też jakoś sprawiał wrażenie niezbyt przejętego tym, co się działo w mieście. Ojciec wszak sprowadził go po to, aby mu pomógł znaleźć właściwy sposób na pokonanie kapitana. Liczył, że mądrość Diego, jaką z pewnością nabył podczas studiów, połączona jeszcze z wykształceniem oraz erudycją, jaka zawsze cechowała jego pierworodnego sprawi, iż doradzi mu on coś mądrego lub użyje swoich wpływów, jakie z pewnością na studiach zawarł, aby obalić komendanta. On jednak nie robił nic, tylko ciągle sobie czytał książki, jeździł do wioski Indian, kręcił się po okolicy i właściwie nic poza tym nie robił. Alejandro zdecydowanie nie tego oczekiwał po swoim synu.
- Najdroższy, moim zdaniem źle oceniasz Diego - powiedziała Carmen de La Vega do swojego męża - Nie powinieneś tego robić i pochopnie go oceniać. Ja tak czuję, że on robi więcej niż nam się wydaje i niż chce, aby nam się wydawało.
- Skąd możesz to wiedzieć? - zapytał zdumiony Alejandro.
- Nie wiem tego. Ja po prostu to czuję. Widzisz, matki czują takie rzeczy.
- A ojcowie nie?
- Niektórzy tak. Inni zaś nie. Zajrzyj w głąb swojego serca, Alejandro. Oboje dobrze wychowaliśmy naszego syna. Nie może być człowiekiem żałosnym, jak się tego obawiasz. Nie jest też bierny. Na pewno działa i robi coś dobrego dla nas, a i być może też dla całej Kalifornii.
- Nie masz takiej pewności, najmilsza.
- Nie mam, ale mam wiarę, że tak właśnie jest. Zaufaj mu, Alejandro. Zaufaj naszemu synowi. Być może jeszcze nas pozytywnie zaskoczy.
- Dlaczego nam jednak nic nie mówi?
- Nie wiem. Może ma swoje powody? Poza tym... Jest dorosły i ma prawo do swojego własnego życia. Nie odbierajmy mu go i nie wypytujmy zbytecznie. Jak zechce, to sam nam wszystko powie.
- Obyś miała rację, Carmen. Obyś miała rację.
Alejandro de La Vega, siedząc pomiędzy innymi ludźmi na widowni sądu wraz ze swoją żoną, synem i córką, przypomniał sobie tę rozmowę i poczuł nagle w sercu wielką nadzieję, że niedługo tak się stanie, jak mówi jego połowica, że ich wspólny syn pokaże jeszcze, co potrafi i pokaże, iż jest godzien nazwiska, które nosi. Na razie jednak myśl o tym przerwał mu początek procesu sądowego. A miał on miejsce wtedy, kiedy Pinia wszedł na salę, ubrany w czarną togę i białą perukę sędziowską. Wówczas to zaczęło się przedstawienie, które Alejandro w myślach nazywał farsą, gdyż nikt przy zdrowych zmysłach nie wziąłby tego czegoś, czego mieli być teraz świadkiem, za prawdziwy proces. Już samo jego zorganizowanie tego dowodziło, a nic nie zapowiadało, aby przebieg miał być lepszy.
- Oskarżony, proszę wstać - powiedział tonem prawdziwego sędziego Pinia.
Mendoza powoli powstał z ławy oskarżonych. Nie spieszył się z tym, gdyż chciał okazać pogardę zarówno Pinii, jak i urzędowi, który w jego opinii zbrukał ten nędzny prawnik. Pinia dostrzegł to bez trudu, podobnie jak i Monastario, który jednak zachował spokój na tyle, na ile to potrafił.
- Jak brzmi akt oskarżenia? - zapytał Pinia.
- Wysoki Sądzie, oskarżony Joaquin Mendoza dopuścił się zdrady stanu - odpowiedział Monastario, który bardzo szybko odnalazł się w roli prokuratora oraz świadka oskarżenia w jednym - Słał listy do swoich przyjaciół w Monterey, chcąc ich pozyskać do obalenia rządu ustanowionego w Kalifornii przez miłościwie nam panującego króla Hiszpanii. Planował spisek mający na celu zamordowanie Jego Ekscelencję gubernatora, jak również mnie i szanownego powszechnie, obecnego tutaj alkada Los Angeles, a potem oddanie władzy innemu mocarstwu. Dowodem tego jest ten oto list, który znaleziono przy jego służącym, a który to służący miał za zadanie zawieć do przyjaciół oskarżonego w Monterey.
To mówiąc Monastario zaczął wymachiwać trzymanym przez siebie listem w taki sposób, aby wszyscy mogli go zobaczyć.
- Za zgodą Wysokiego Sądu odczytam teraz ten list, aby wszyscy mogli w pełni zobaczyć ogrom zbrodni tego człowieka.
- Wyrażam zgodę - powiedział Pinia.
Monastario odczytał na głos list, którego treść wszyscy wysłuchali z uwagą, lecz praktycznie nikt z obecnych na sali ludzi nie miał wątpliwości, że jest on tylko i wyłącznie zwykłą farsą, podobnie jak i ten proces. Wiedział o tym również sam oskarżony, który po zakończeniu przez kapitana lektury listu rzekł:
- Ten list jest od pierwszego do ostatniego słowa jednym wielkim kłamstwem. Kłamstwem, które wymyśliliście sobie wy dwaj, aby mnie zniszczyć!
- Milczeć! Sąd nie udzielił ci głosu! - krzyknął Monastario.
- Niech mówi! Niech broni prawdy! - rozległ się głośny wrzask - A może się boicie prawdy, panowie sędziowie?!
Głos tak odważnie wykrzykujący te słowa należał do ojca Felipe. Monastario spojrzał na niego ze złością w oczach i powiedział:
- Wielebny ojcze... Radziłbym nie wypowiadać się w kwestiach, na których się ojciec nie zna.
- Co, łotrze przeklęty?! Boisz się, że prawda wyjdzie na jaw?! A może sam napisałeś ten list razem z tym swoim pieskiem w sędziowskiej peruce?!
Monastario zacisnął pięść ze złości, po czym odpowiedział:
- Przez wzgląd na twój stan duchowny, drogi ojcze, nie wyciągnę od ciebie za twoje słowa żadnych konsekwencji. Uważaj jednak, aby cierpliwość sądu się nie wyczerpała, gdyż nie zniesie ona obrazy swojej godności.
- Ten sąd nie ma godności! Bo to nie sąd, tylko jedna wielka farsa! - krzyknął z wściekłością Felipe.
- Prawda! Gdzie jest prawdziwy sędzia?! Gdzie są świadkowie oskarżenia i obrony?! Czy poza tym listem nie macie żadnych dowodów winy?! - dodał bojowo jeden z kawalerów.
Był to Ignacio Torres, człowiek wysoki i szczupły, bardzo postawny, mający około pięćdziesięciu lat, o czarnych włosach, choć mocno przyprószonych siwizną, z delikatnym wąsem oraz niebieskimi oczami, które teraz ciskały dziko błyskawice w kierunku kapitana.
- Dowodów? Czy ten list nie jest dla was dostatecznym dowodem? - zapytał Monastario - A zresztą, skoro tak bardzo tego chcecie, możemy przedstawić wam jeszcze jeden. Świadka zbrodni popełnionej przez oskarżonego.
Po tych słowach dał znak żołnierzom, którzy wprowadzili na salę sądową sługę Mendozy. Szedł on powoli i lekko kulał, a jego twarz zdobił poważny siniak. Było wyraźnie widać, że został pobity. Mendoza przeraził się na jego widok.
- Santiago... Co ci się stało? Co oni ci zrobili? - zapytał zaniepokojony.
- Proszę oskarżonego, aby się nie odzywał bez zgody - powiedział Pinia, po czym spojrzał na sługę - Mów, człowieku. Co wiesz o zbrodniach swojego pana?
Santiago spojrzał załamanym wzrokiem na Mendozę, po czym odparł:
- Mój pan planował z kilkoma swoimi sąsiadami zamach na Jego Ekscelencję gubernatora, a także komendanta Monastario.
- To nieprawda! - zawołał Mendoza.
- Milcz! - uciszył go kapitan - A ty mów dalej!
Santiago westchnął głęboko i zaczął mówić o rzekomym spisku, który miał na celu obalenie rządu Jego Królewskiej Mości i zamordowanie kilku ważnych osób w całej Kalifornii. Oskarżenia sypały się z jego ust jedno po drugim, a Mendoza z przerażeniem słuchał tego wszystkiego, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy. Długo milczał, aż w końcu powiedział:
- Wysoki Sądzie, czy mogę zwrócić się do świadka?
- Proszę bardzo - łaskawie zezwolił Pinia.
Mendoza podszedł do Santiago i patrząc na niego uważnie, zapytał:
- Mój biedaku, powiedz mi, dlaczego to wszystko mówisz? Przecież wiesz, że nic z tego wszystkiego nie jest prawdą. Ani jedno słowo. Oni zmusili cię do tego, prawda? Zmusili cię do tego? Torturowali cię? Mój biedny Santiago. Co też oni ci zrobili?
Santiago milczał, a Mendoza mówił dalej:
- Powiedz, czy zastraszyli cię? Grozili twoim bliskim? Czy to dlatego teraz mówisz te wszystkie rzeczy? Dlatego mnie oskarżasz?
Santiago wciąż milczał i Mendoza prędko zrozumiał, że dalsza obrona jest bezcelowa, podobnie jak i próba rozmowy ze swoim sługą, dlatego jej zaniechał. Monastario zaś bardzo zadowolony rozkazał:
- Żołnierze, wyprowadzić świadkam!
Jego podwładni wykonali rozkaz, a kapitan stanął na środku sali i powiedział:
- Myślę, że dowodów więcej tutaj nie potrzeba. Oskarżony Joaquin Mendoza dopuścił się jawnej zdrady wobec króla i kraju, jak również wobec całego stanu Kalifornia. Knuł spiski i próbował dokonać zamachów na życie nie tylko moje, ale też i Jego Ekscelencji gubernatora. Wyrok zatem w tej sprawie może być tylko jeden. Śmierć.
Na sali podniosła się wrzawa i oburzenie, ale Pinia uspokoił ją, dzwoniąc ze złością dzwonkiem i waląc młotkiem sędziowskim.
- Cisza, bo każę opróżnić salę! Czy oskarżony chce coś jeszcze powiedzieć, zanim wyrok zostanie wydany?
Mendoza powoli wstał z ławki oskarżonych i odparł:
- Cokolwiek bym teraz powiedział, nic już nie zmieni mojego położenia. Wy już dawno na mnie wydaliście wyrok. Ten sąd to jedna wielka farsa. A to miejsce, to nie jest sala sądowa, tylko cela śmierci. Nie będę się więc przed wami bronił, bo i tak nie ma to żadnego sensu. Wy dwaj i tak mnie powiesicie, cokolwiek bym nie powiedział i cokolwiek nie zrobił.
Na sali podniosła się wrzawa i znowu Pinia musiał ją uspokoić. Alejandro, obserwując to wszystko, zacisnął pięść ze złości. Widać było, że kusi go, aby już przerwać milczenie i krzyknąć, co sądzi o takim procesie, ale żona, jakby czując, co on chce zrobić, położyła mu dłoń na pięści i popatrzyła na niego z uwagą, aby go uspokoić, co szczęśliwie poskutkowało.
- Oskarżony nie zamierza się bronić, jednak zatwardziale utrzymuje, że jest niewinny i to nawet wtedy, gdy przytoczyliśmy mu jawne dowody jego zbrodni - powiedział po chwili Monastario - Wina jego jest oczywista, dlatego domagam się dla niego kary śmierci przez powieszenie.
Na sali rozległy się ponownie krzyki oburzenia i tym razem Pinia z trudem zdołał je jakoś uspokoić, ale wtem Inez zerwała się ze swojego miejsca, wzięła się pod boki i głośno krzyknęła:
- Nie macie prawa go skazywać! Nie jesteście sędziami! Gdzie jest sędzia Varka?! Tylko on ma prawo wydawać wyroki w tak ważnych sprawach!
Alejandro próbował uspokoić córkę, również Diego chciał to zrobić, ale Inez kompletnie ich zlekceważyła i zawołała:
- No! Kto wam dał to prawo?! Gdzie jest prawdziwy sędzia?!
- Zgodnie z prawem, kiedy go nie ma, można go zastąpić osobą kompetentną - odpowiedział na to Monastario - Senor Pinia posiada wszelkie kwalifikacje w tym zakresie.
- Doprawdy? Senor Pinia, a któż ci je dał? Któż ci dał te kwalifikacje?
Po tych słowach Inez spojrzała na tymczasowego sędziego, oczekując na jego odpowiedź.
- Jego Ekscelencja gubernator Kalifornii - odparł na to Pinia.
- Wobec tego nie wie on, jak mało kompetentny jesteś - powiedziała złośliwie Inez bardzo bojowym tonem - Bo jesteś tylko, Wysoki Sądzie, nędznym sługusem naszego kapitana. Nędznym, gdyż bez niego jesteś niczym!
Pinia zacisnął zęby oraz pięść ze złości, aby zapanować nad gniewem, z kolei Monastario z uwagą popatrzył na Inez, będąc pełen podziwu dla jej temperamentu i odwagi. Do tego rozbawiła go uwaga, że Pinia bez niego nic nie znaczy, dlatego też powoli skłonił się w jej kierunku na znak szacunku i powiedział:
- Droga senorita… Nieopatrznie jest wypowiadać takie słowa. Wybaczę je jednak pani, ponieważ wiem, iż kieruje nią jedynie niewiedza, jakże pasująca do pani młodego wieku. Także przez wzgląd na twą rodzinę, pani, zapomnę o twoim przewinieniu. Jednakże proszę cię, nie przeszkadzaj już dłużej w posiedzeniu sądu.
- To nie sąd, tylko jedna wielka farsa! - zawołała Inez, ale ojciec pociągnął ją za rękę i usiadła na swoim miejscu ponownie.
- Jaki jest wyrok, Wysoki Sądzie? - zapytał Monastario Pinię.
- Winny - odpowiedział Pinia, a z całej sali dobiegły odgłosy oburzenia.
Monastario z satysfakcją spojrzał na Mendozę i powiedział:
- Jutro w południe skazany zostanie stracony publicznie. Oczekujemy od was, drodzy obywatele, że wszyscy przyjdziecie to zobaczyć. Niechaj ten wyrok będzie nauczką dla wszystkich spiskowców, którzy chcą zdradziecko obalić rządy Jego Królewskiej Mości i jego urzędników. Wyprowadzić skazanego!
Żołnierze ujęli pod pachę Mendozę i wyprowadzili go z sali, a zebrani w niej ludzie zaczęli głośno bojkotować. Nic im to jednak nie dało. Wyrok został już w tej sprawie wydany i nic nie mogli na to poradzić.
Tylko niewielu ludzi milczało w trakcie całego procesu. Jednym z nich był Diego de La Vega, w którego głowie kiełkował już właśnie plan, co zrobić w tej sytuacji.

2 komentarze:

  1. Cieszy mnie, że mama Diego kobiecą intuicją wyczuwa, iż jej mąż myli się, co do ich syna.
    Biedny ten służący, którego torturami zmusili pewnie do złożenia fałszywych zeznań.
    Inez za bardzo daję się ponosić emocjom i może mieć jeszcze kłopoty przez zbyt szczere wypowiadania swoich opinii w miejscu publicznym.
    Cały ten proces był jak jedna wielka farsa. Jestem jednak jakoś dziwnie spokojna o los samego Mendozy, że nie zostanie stracony, bo Diego szykuje już pewien plan.
    Ciekawe, jakie są szczegóły planu młodego de La Vegi?

    OdpowiedzUsuń
  2. Alejandro czuje się zawiedziony tym, że syn nie pomaga mu w obmyśleniu jakiegoś sensownego plany pozbycia się komendanta, a Carmen cały czas usiłuje go przed nim usprawiedliwić. Nie potrafi go oceniać tak surowo jak Alejandro, bo wydaje się jej, że on coś planuje w sekrecie przed nimi. Biedny Mendoza został skazany na śmierć przez powieszenie za list, którego nie napisał. A Monastario i Pinia są przekonani, że w ten sposób pozbędą się groźnego wichrzyciela i buntownika. Inez jest naprawdę zuchwała, czym wzbudziła podziw w Monastario. Wszyscy zgromadzeni w sali poczuli się oburzeni tym wyrokiem. Jestem ciekaw, czy alkad uwierzył w to, że Mendoza naprawdę spiskował z wrogami Hiszpanii, żeby odłączyć Kalifornię i przygotować zamach na jej urzędników.

    OdpowiedzUsuń

Rozdział XIII

Rozdział XIII Wypowiedzenie wojny Tłum zebrał się już pod szubienicą, oczekując na rozpoczęcie egzekucji, a ta już niedługo miała mieć swój ...