Rozdział II
Konspiracja się zaczyna
Diego ze szpadą w dłoni stał naprzeciwko kapitana
statku, który atakował go raz za razem. Oczywiście nie robił tego na
poważnie, jedynie w ramach treningu, któremu nasz bohater oddawał się
każdego dnia od chwili, kiedy opuścił już brzegi Hiszpanii z brakiem
wiedzy o tym, czy kiedykolwiek jeszcze zdoła tutaj przybyć. Kapitan
statku był jego dobrym znajomym i z chęcią nie tylko zabrał go do domu,
ale każdego dnia brał z nim udział w ćwiczeniach z szermierki. Diego
bowiem nie chciał wyjść z wprawy i uważał, że tylko w ten sposób zachowa
formę, a tę chciał mieć już na stałe. Chciał być godzien pochwał
swojego mistrza i uważał, iż tylko w taki sposób będzie mógł to zrobić,
jeżeli każdego dnia będzie trenował. A skoro kapitan był osobą chętną do
wzięcia udziału w ćwiczeniach, nie zostało mu nic innego, jak tylko
skorzystać z okazji i trenować.
Tak więc obaj trenowali, aż się zmęczyli, a Diego ze stoickim spokojem znów rozbroił swojego przeciwnika.
- Dobrze, wystarczy - zachichotał kapitan statku, powoli ocierając sobie
pot z czoła - Jest pan naprawdę świetnym szermierzem, Don Diego.
- Dziękuję, senor - odpowiedział mu młody de La Vega - Trenować z panem,
to dla mnie prawdziwa przyjemność. Żałuję, że podróż nie potrwa nieco
dłużej i nie będę się u pana dalej rozwijać jako szermierz.
- No cóż, tak to już jest. Każdy rejs, nawet kilkutygodniowy, jak u nas,
musi się kiedyś skończyć - odpowiedział tonem rasowego filozofa kapitan
- Ale proszę się nie bać, w Kalifornii znajdzie pan dosyć ludzi, którzy
pomogą panu zachować dobrą formę.
- Sądzi pan, że będzie tylu chętnych, aby ze mną trenować?
- Nie treningi miałem tutaj na myśli. Obawiam się, że w Los Angeles nie
dzieje się ostatnio dobrze i dobra umiejętność władania bronią może być
panu nad wyraz użyteczna.
- Jak to? - zdziwił się Diego - Chce pan powiedzieć, że w mieście nie
dzieje się dobrze? A dlaczego? Jakiś wróg na nas napadł? Szykuje się
wojna?
- Nie z wrogiem zewnętrznym, skoro pan o to pyta - odparł mu na to
ponuro kapitan - Biedne Los Angeles jest trapione licznymi problemami,
odkąd wojskowi przejęli w nim władzę.
- Jacy wojskowi? Nie rozumiem.
- W Los Angeles pojawił się nowy komendant. Jest wyjątkowym draniem.
- Taki surowy?
Kapitan machnął na to lekceważąco ręką.
- Gdyby był tylko surowy, nie przejmowałbym się. Ale on jest wręcz
tyranem. Zaprowadził własne porządki w mieście, dzierży w swoich łapach
pełnię władzy i robi wszystko, co tylko mu się podoba. Wojsko z byle
powodu potrafi rekwirować różne drogocenne przedmioty, a gdy tylko ktoś
zostaje uznany za zdrajcę, od razu idzie do więzienia i to bez procesu.
Diego był w szoku, gdy to wszystko usłyszał. Czyżby to w tym właśnie
celu wezwał go ojciec, aby obaj obalili reżim nowego komendanta?
- Ale jak to jest w ogóle? Przecież jest gubernator... No i alkad...
- Gubernator jest chyba całkowicie obojętny na problemy prostych ludzi,
Don Diego - odparł smutno kapitan - A co do alkada, to poprzedni
próbował się w jakiś sposób przeciwstawić tyranii i nie wyszło mu to.
Komendant oskarżył go o zdradę i zmusił do opuszczenia miasta i to
zaledwie dwa miesiące po objęciu przez niego urzędu. Obecny alkad woli
się więc nie wychylać. Obawiam się, że nastały bardzo ciężkie czasy dla
Los Angeles.
Po tych słowach kapitan podniósł z pokładu swoją szpadę i rzekł:
- Za jakąś godzinę przybijemy do brzegu. Dobrze panu radzę, jeżeli ma
pan przy sobie cenne przedmioty, niech je pan schowa. Szkoda by było,
gdyby wojsko miało je zarekwirować.
To mówiąc odszedł, a Diego został sam na sam ze swoimi myślami. Teraz
już rozumiał, czemu ojciec prosił go, aby przybył. Widocznie uważał, że
syn może mu w jakiś sposób pomóc obalić podły reżim. Tak, to by miało
sens. Czemu jednak nie pisał wprost w liście, o co chodzi? Czyżby bał
się przechwycenia listu i tego, że może on posłużyć za dowód przeciwko
niemu w sądzie? To chyba było jedyne sensowne wytłumaczenie w tej
kwestii. To by wyjaśniało, dlaczego ojciec pisał tak ogólnikowo. Nie
mógł pisać wprost, więc nie uczynił tego, ale też pewnie sądził, iż
trafił na bystrą osobę, która domyśli się, o co chodzi. Cóż... Teraz
właśnie Diego się domyślał.
Młodzieniec powoli wszedł do kajuty, gdzie wierny Bernardo sprawdzał,
czy w kajucie wszystko jest tak, jak trzeba. Gdy zobaczył zasmuconą
wyraźnie minę swego pana, zaniepokoił się i zapytał na migi, o co
chodzi.
- Nie jest dobrze, Bernardo - odpowiedział mu ponuro Diego - Kapitan
przed chwilą wyjaśnił mi kilka ciekawych informacji. Myślę, że dzięki
nim już wiem, co chciał osiągnąć ojciec, wzywając mnie do powrotu.
Po tych słowach opowiedział swemu słudze wszystko, czego dowiedział się
od kapitana. Bernardo wyglądał na przejętego, gdy tylko to wszystko
usłyszał, po czym pokazał na migi walkę na szpady i zrobił pytająco
minę.
- Nie, przyjacielu. Nie tym razem. Jawną walką nie osiągniemy niczego.
Jak mówił kapitan, poprzedni alkad Los Angeles stracił stanowisko i
musiał opuścić miasto dlatego, że nie popierał działalności komendanta.
Ten komendant to musi być prawdziwy łotr i szelma kuta na cztery nogi.
Jeżeli pozbył się nawet alkada i postarał się, aby to stanowisko objął
ktoś, kto nie będzie w stanie z nim walczyć, to pomyśl tylko, co zrobi z
nami, gdy wystąpimy przeciwko niemu? Nie, Bernardo. Tutaj nie wystarczy
samo dobre władanie bronią. Trzeba podjąć inne kroki. Takie, żeby
komendant nie zorientował się, że coś przeciwko niemu knujemy.
To mówiąc Diego przypomniał sobie nagle, jak jego mistrz na pożegnanie, przytoczył mu cytat z „Księcia”
Machiavellego. Słowa głoszące, że jeżeli chce się zawsze zwyciężać,
trzeba być i lisem i lwem. Tak, w tej walce sam lew nie wygra, będzie
potrzebował pomocy lisa.
- W tej walce będziemy musieli walczyć jak lew i jednocześnie - rzekł po chwili Diego - Będzie nam potrzebna właściwa konspiracja. Nikt nie może w nas widzieć dwóch lwów zdolnych do walki z przeciwnikami. Musimy jak lisy zmylić naszych wrogów, aby ci nie zdołali nas nigdy zdemaskować i pokonać. Nie mogą wiedzieć, że coś planujemy, że chcemy działać przeciwko nim. Oni muszą nas lekceważyć, bo tylko wtedy będą popełniać błędy, które my obrócimy na naszą korzyść.
Bernardo pomyślał przez chwilę, po czym wziął do ręki książkę i zaczął ją z takim zabawnym uśmiechem przeglądać.
- Tak, to dobry pomysł - powiedział Diego, uśmiechając się zadowolony -
To po prostu przednia myśl. Z człowieka czynu przedzierzgnę się w
człowieka tylko i wyłącznie słów. Niech wszyscy wokół myślą, że jestem
nieszkodliwym idealistą, wrogiem wojen oraz przyjacielem pokoju. Kimś,
kto dużo mówi, ale mało robi. Tylko taki człowiek będzie dla nich
niegroźny.
Bernardo zachichotał, ubawiony samą możliwością odgrywania takiej jakże
ciekawej dla niego konspiracji, ale Diego szybko go sprowadził na
ziemię.
- Tylko pamiętaj, że ta gra nie może być przesadzona. Inaczej przecież
nawet największy tuman się zorientuje, iż coś jest w tym wszystkim nie
tak i być może ta nasza gra jest nazbyt doskonała. Nie możemy zatem
przesadzić. Zdrowy umiar musi być zachowany.
Służący pokazał coś swojemu panu na migi. Diego zrozumiał to bez trudu, gdyż zaraz odparł:
- Jeszcze nie wiem, co zrobimy w ramach naszej prawdziwej działalności.
Na pewno będziemy w jakiś sposób zwalczać reżim, tylko jeszcze chwilowo
nie mam pojęcia, w jaki. Trzeba się będzie dobrze nad tym zastanowić,
zanim przejdziemy do działania. A póki co, będę udawał kogoś
nieszkodliwego dla władz. Tak jak ten cesarz rzymski, Klaudiusz, który w
młodości udawał idiotę, aby uniknąć walk o władzę, jaką toczyła ze sobą
jego rodzina. Dzięki swojej grze uniknął czystek w rodzinie, jaką
urządzili jego babka, Liwilla Druzylla i jej podobni. Potem zasiadł na
tronie jako cesarz, czego raczej nikt mu nie wróżył i dopiero wówczas
pokazał wszystkim, na co go stać. My musimy zrobić podobnie. Działać z
ukrycia, przed światem pokazując mnie jako nieszkodliwego erudytę.
Bernardo trącił lekko w ramię swego pana, po czym zaczął mu coś na migi pokazywać.
- Ty też chcesz udawać? - zapytał wesoło, kiedy już odczytał skierowaną
dla niego wiadomość - W sumie, to byłby dobry pomysł. Proponuję ci
zatem, żebyś zaczął udawać przed wszystkimi głuchoniemego. Wtedy nikt
nie będzie wahał się przed tobą niczego mówić. Uznają cię za
nieszkodliwego półgłówka, którego tylko ja rozumiem i w tym będzie
tkwiła nasza siła. W głowie, nie w pięści.
Po tych słowach Diego spojrzał przed siebie i powiedział ponuro:
- Na pięść kolej przyjdzie później. Nieco później. Być może szybciej niż
nam się wydaje. I warto zrobić tak, aby komendant i jego zwolennicy nie
wiedzieli, czyja dokładniej pięść ich uderzyła. Im mniej będą o tym
wiedzieć, tym lepiej. Ale wiesz, tu nie wystarczy zwykła konspiracja.
Musimy stworzyć postać, która ich wszystkich zatrwoży. Postać, która
stanie się symbolem uciskanego ludu, znakiem sprawiedliwości i honoru,
czymś, co da tym wszystkim ludziom nadzieję i będą wiedzieli, że nie są z
tym, co ich spotyka sami. Że mają swojego obrońcę, którzy zawsze stanie
po ich stronie. Ten ktoś będzie działał jawnie i bez obaw, że ktoś go z
zemsty pozbawi bliskich. Będzie on działał jawnie, ale zarazem też
ukryty pod maską.
Wypowiedziawszy to wszystko, Diego powoli podniósł z ziemi chusteczkę,
którą upuścił i przyłożył ją sobie do ust, zakrywając dolną część
twarzy. Szybko jednak odkrył, że to mu się nie podoba i rzekł:
- Nie, tak wyglądają pospolici bandyci. My musimy być bardziej subtelni.
Potem poklepał po ramieniu wiernego sługę i dodał:
- Ale nie przejmuj się. Wszystko w swoim czasie. Najsampierw musimy wrócić do domu. A potem...
- Ziemia na horyzoncie! - rozległ się nagle krzyk jednego z marynarzy.
- Pakuj nasze bagaże, Bernardo! - zarządził szybko Diego - W ciągu godziny dobijemy do brzegu.
Po cichu zaś młodzieniec dodał:
- A gdy już to się stanie, rozpocznie się nasza konspiracja.
Ciekawy odcinek, nawiązujący do pierwszego odcinka serialu Disneya, ale przedstawiający to nieco inaczej. Diego chyba słusznie nie zamierza się tak wygłupiać i robić z siebie skończonego idioty.
OdpowiedzUsuńKapitan to fajny gość i uprzedził Diego o tym, czego się może spodziewać w Kalifornii. Widzę tutaj spore nawiązanie do początku serialu Disneya. Tak samo, jak i tam, tutaj też Diego postanawia udawać przesadnego pacyfistę, a Bernardo udawać głuchego, aby w razie czego swobodnie podsłuchiwać rozmowy jego wrogów.
OdpowiedzUsuń