Rozdział I

Rozdział I

Ostatnia lekcja

Roku pańskiego 1820 Hiszpania była wciąż wielkim i potężnym krajem, a jej kolonie w Ameryce przynosiły prawdziwe krocie. Król nie miał zatem powodów, aby narzekać na taki stan rzeczy. Co innego mieszkańcy owych kolonii. Ponieważ były one daleko od czujnego wzroku władcy Hiszpanii, ustanowieni tam urzędnicy nie czuli stojącej nad nimi osoby, która patrzyłaby im na ręce i w jakikolwiek sposób by ich kontrolowała. Dlatego wielu z nich dopuszczało się podłości i to jeszcze w imieniu Jego Królewskiej Mości, tłumacząc wszem i wobec, że król tak chce, bo skoro ich ustanowił na te stanowiska i nie odwołuje ich, mimo tego, iż robią wiele rzeczy, które mogłyby się nie spodobać, to widocznie pochwala ich metody działania, a zatem mogą swobodnie funkcjonować tak, jak to robili cały czas. Tak też robili, pobierając niejednokrotnie podatki w wersji znacznie większej niż to było ustanowione, a także gnębiąc miejscowy lud za najmniejsze nawet przewiny. Rzecz jasna, nie każdy urzędnik wtedy był łotrem, jednak wielu z nich takich właśnie było i uważało, że jest to normalna rzecz, iż gnębią tubylców oraz mieszkańców kolonii swoją polityką i zawyżonymi podatkami, z których zawsze nadwyżkę brali dla siebie. Nie wszyscy tacy byli, ale wielu z nich takich było i wtedy uważano to za powszechną praktykę. Jednakże nie możemy z tego powodu pobłażliwie ich oceniać, wmawiając sobie, że skoro wszyscy tak robili, to tak po prostu musiało być i jest to normalne. Myśleć tak może jedynie osoba nad wyraz ograniczona, bo przecież, gdyby nie byli w tamtych czasach również ludzie, którzy się przeciwstawiali takim metodom działania, to zło dalej by się szerzyło, a różne okrutne prawa istniałyby do dzisiaj. Ktoś musiał rozpocząć tę walkę. Ktoś musiał przeciwstawiać się temu złu i obalać je metodami godnymi samego Machiavellego, który wszakże głosił, iż w walce zawsze trzeba być lisem i lwem jednocześnie. Mądrzy ludzie o szlachetnych sercach, nienawidzący podłości i okrucieństwa, wszelkiej korupcji i nieprawości, porywali innych swoim przykładem i pobudzali serca ludzkie do tego, aby poczuły w sobie chęć walki o sprawiedliwość, a także zmianę praw z okrutnych na sprawiedliwe. To dzięki takim ludziom złe prawa prędzej czy później zostały zmieniane na lepsze. To właśnie dzięki nim wszelkie podłe obyczaje traciły prawo bytu i odchodziły w niepamięć, a ludzie coraz mniej zwracali uwagę na to, jakie ktoś ma pochodzenie lub jaką religię wyznaje, a coraz więcej na to, jakimi ludźmi są. To tacy ludzie porywali za sobą innych do tego, aby tworzyli nowe, lepsze obyczaje i lepsze prawa. Byli oni iskrą na beczkę z prochem, która wywoływała wybuch oporu wobec wszelkiego zła i zmiany społeczne w tym skostniałym i przeżartym złymi prawami światem. To właśnie o jednym z takich ludzi jest nasza dzisiejsza opowieść. Słuchajcie jej uważnie, a być może zdołacie z niej wyciągnąć jakieś mądre wnioski dla siebie na przyszłość.
Historia nasza zaczyna się w stolicy Hiszpanii, Madrycie, w domu pewnego znakomitego mistrza szermierki, cenionego za swe talenty w całym kraju i poza nim. Mężczyzna ten, człowiek w średnim wieku, czarnowłosy oraz z niewielkim, typowym dla tamtego okresu zarostem, już nieco siwawy w kilku miejscach swej szacownej głowy, stał właśnie na środku sali treningowej ubrany w czarny strój ze szpadą treningową w dłoni, odpierając ataki przeciwnika, którym był młodzieniec dwudziestoparoletni, gładko ogolony, bez wąsów i bródki, o brązowych włosach przypominających barwą korę młodego drzewa, oczach barwy młodego liścia, wysoki, szczupły i postawny. Ubrany w białą koszulę, beżowe spodnie oraz czarne buty, trzymając również w dłoni szpadę treningową, nacierał właśnie na swojego przeciwnika, a raczej nauczyciela, który najspokojniej w świecie parował każdy jego ruch, po czym sam przeszedł do ofensywy, atakując i zmuszając młodzieńca do cofania się pod naporem jego ruchów. Młodzieniec oczywiście doskonale sobie radził w odpieraniu ciosów, gdyż już nie pierwszy tak ze sobą walczyli i dlatego dobrze wiedział, czego może się po mistrzu spodziewać. Nagle jednak promienie słońca zaczęły trafiać prosto w oczy młodzieńca, oślepiły go na chwilę, przez co musiał on zasłonić sobie swój narząd wzroku dłonią. Wykorzystał to mistrz, który sprawnie odepchnął jego szpadę na bok i dotknął końcem swej broni lewą pierś młodzieńca i powiedział:
- Już nie żyjesz, mój drogi uczniu.
Młodzieniec zmieszał się lekko i powiedział:
- Wybacz, mistrzu. Oślepiło mnie to zdradzieckie słońce.
Mistrz jednak nie zamierzał słuchać takich wymówek. Jego twarz przybrała niezwykle stanowczy wyraz, a głos groźny ton.
- Pamiętaj, że jeżeli przegrasz walkę, będziesz mógł za to winić tylko siebie. Cóż ci przyjdzie z obwiniania słońca, jeżeli stracisz życie?
Młodzieniec opuścił ponuro głowę i powiedział skruszonym tonem:
- Wybacz mi, mistrzu. Masz rację. Moje życie jest na końcu twojej szpady.
- A zatem zadbaj o to, aby nie odebrała ci go, mój młody przyjacielu - odparł na to mistrz, już bardziej przyjaznym tonem i dodając: - Broń się zatem!
Nauczyciel natarł na swojego ucznia, który teraz całkiem spokojnie parował jego ciosy i przy okazji słuchał mądrych rad, jak choćby tej, aby starać się zawsze znajdować się plecami do słońca oraz oszczędzać siły podczas walki, jak najmniej atakując i jak najwięcej odpierając ciosy. Walka była naprawdę zaciekła, ale też nie toczyła się na poważnie, choć ktoś obcy, gdyby tak zobaczył to starcie, mógłby odnieść inne wrażenie. Obaj przeciwnicy na zmianę atakowali siebie nawzajem i odpierali swoje ataki. I zapewne walka ta trwałaby jeszcze długo, gdyby tak nagle ktoś nie zapukał do drzwi. Mistrz odwrócił się w kierunku, z którego dobiegł go ten dźwięk, aby dać przyzwolenie osobie pukającej, żeby weszła. Nie zdążył tego jednak zrobić, ponieważ młodzieniec wykorzystał okazję i zaatakował go. Szpada trafiła w lewe ramię, rozległ się dźwięk rozdzieranego materiału, a mistrz złapał się za zranione miejsce i powiedział przyjaźnie do młodzieńca, który wyraźnie się zawstydził swego postępowania:
- Spokojnie, Diego. Nic się nie stało. Nie zraniłeś mnie. Ucierpiało jedynie moje ubranie. Muszę przyznać, że jesteś coraz lepszy. Obawiam się, że więcej już cię nie zdołam nauczyć, czego szczerze żałuję, gdyż lekcje z tobą są prawdziwą przyjemnością. Nigdy nie miałem tak wspaniałego ucznia jak ty, mój drogi de La Vega.
Diego de La Vega, gdyż tak się nazywał uczeń, zasalutował mu szpadą, zaś jego mistrz spojrzał z lekką irytacją w kierunku drzwi i powiedział:
- A tak przy okazji, to bardzo chciałbym się dowiedzieć, kim jest ten, komu zawdzięczam swoją porażkę. No śmiało! Wejdź tutaj, ty, który narażasz mnie na hańbę!
Do pokoju ostrożnie wszedł jakiś niski młodzieniec w wieku Diego. Był on skromnie ubrany, jego strój wskazywał wyraźnie na to, że jest on sługą. Jego twarz była jasna z lekką jednakże domieszką ciemnej karnacji, typowej dla Indian z ziem Kalifornii. Miał czarne włosy, brązowe oczy i delikatną twarz. Skłonił się lekko i pokazał na trzymany przez siebie w dłoni list.
- Wybacz, mistrzu. To mój wierny sługa i mleczny brat, Bernardo. Chyba ma do mnie list z domu. Prawda, przyjacielu?
Bernardo, który był niemową od urodzenia, skłonił lekko głową na znak, że potwierdza słowa swego pana, po czym podał mu list. Diego otworzył go szybko i z wielkim uśmiechem na twarzy zaczął go czytać.
- Coś się stało, mój chłopcze? - zapytał mistrz, opierając się dłońmi o szpadę, której ostrze ustawił na podłodze.
- Nie jestem pewien. Ten list nie jest jednoznaczny - odpowiedział Diego - To list od mojego ojca, Don Alejandro de La Vegi. Pisze, żebym natychmiast wracał do Kalifornii, gdyż sprawa jest niezwykle pilna i dzieją się niewesołe rzeczy na naszych ziemiach. Czuję, że szykują się tam jakieś kłopoty. Mogę być zatem tam bardzo potrzebny.
- Rozumiem cię, Diego i nie będę cię zatrzymywać. Twoje studia dobiegły końca już jakiś czas temu. Zostałeś wszakże w Hiszpanii tylko po to, aby jak wielu młodzieńców w twoim wieku korzystać z uroków życia w Madrycie. Pora jednak zakończyć beztroską zabawę i zająć się obowiązkami.
- Tak, takimi jak żeniaczka, płodzenie tłustych dzieci oraz sadzenie winnic - zażartował sobie Diego - Mam tylko nadzieję, że ojciec nie wzywa mnie właśnie w takiej sprawie do siebie.
- Spokojnie. Jakoś nie sądzę, żeby tak było - odpowiedział mu mistrz - Znam dobrze twojego ojca i wiem, że nie wzywałbym cię do siebie tak nagle, gdyby nie było to coś pilnego i poważnego zarazem.
Bernardo zachichotał i pokazał na migi strzelanie z łuku.
- Nie, nie sądzę, żeby chodziło o atak Indian - stwierdził mistrz - Chociaż być może i to. Ostatecznie zabranie im ziem przez Europejczyków musiało ich choćby w najmniejszym nawet stopniu rozjuszyć.
- Nie, to na pewno nie w tym rzecz - odparł Diego - Nasza rodzina żyje od dawna z Indianami w przyjaźni. Moja matka jest Metyską, podobnie jak matka Bernardo, moja droga niania. Obaj mamy zatem domieszkę krwi indiańskiej i dla Indian jesteśmy jak swoi. Wątpię, aby zatem Indianie żyjący na naszych ziemiach mieli nagle nas atakować.
- Może to wrogie plemię?
- Może... Ale czuję w tym raczej rękę białego człowieka, Europejczyka.
- Wobec tego przyda ci się mały prezent na pożegnanie. Poczekaj tu chwilkę, proszę.
Po tych słowach mistrz wyszedł na chwilę z sali i wrócił po kilku minutach, w dłoniach trzymając szpadę z elegancką rękojeścią.
- To szpada naprawdę wyjątkowa. W sam raz do walki z wrogiem z Europy, a zwłaszcza takim, który nie stosuje zbyt uczciwych metod walki. Posiada nie tylko mocne i silne ostrze, ale też małą niespodziankę dla wrogów.
To mówiąc pokazał Diego rękojeść szpady, zawierającą w sobie niewielki żółty przycisk. Nacisnął go lekko i wtedy z rękojeści wysunęło się krótkie ostrze, na którego widok Bernardo aż się uśmiechnął zadowolony, a Diego rzekł:
- Piękna broń i rzeczywiście niespodzianka interesująca. W sam raz dla tego wroga, który zechce ze mną walczyć nie fair.
- Tę broń wręcz mi mój mistrz, a teraz ja wręczam ją tobie - rzekł nauczyciel i podał Diego do dłoni szpadę - Strzeż jej pilnie i przekaż tylko temu, kto będzie jej godzien. A ostrze...
Po tych słowach schował ostrze z powrotem do rękojeści.
- Używaj tylko w ostateczności. Nie jest to coś zbyt honorowego, ale czasami nie ma innego wyjścia.
- To prawda, mistrzu. Tak jak mnie uczyłeś. W walce z wrogiem trzeba być nie tylko lwem, ale i lisem. Jednym i drugim jednocześnie.
- Zgadza się. Postępuj w taki sposób, a żaden wróg cię nie pokona. To moja ostatnia lekcja. Więcej ci ich nie dam, ale też więcej ode mnie nie potrzebujesz.
Po tych słowach podał dłoń Diego, który z radością ją uścisnął.
- Żegnaj, mistrzu - powiedział młodzieniec.
- Żegnaj, przyjacielu. Niech cię Bóg prowadzi - odpowiedział mu mistrz.

2 komentarze:

  1. Ciekawe wprowadzenie do znanej nam przygody.
    Uczeń dorównał swojemu mistrzowi.
    Zaskoczyło mnie to, że nie tylko Diego, ale i Bernardo jest Metysem.
    Cieszy mnie wyraźne nawiązanie do filmu z Powerem, czyli te słowa, że w Kalifornii będzie tylko nuda ,żeniaczka i tłuste dzieci.
    Mam nadzieję, że szybko będzie kolejny odcinek,bo mam znowu apetyt, aby poznać perypetie Zorro, mści ciela w masce.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nauczyciel Diega to naprawdę mądry człowiek, który go doceniał i dobrze wyszkolił w walce na szpady, a sam Diego nie zamierza marnować swego potencjału. Do tego jest wykształcony, oczytany, mądry i sprytny, ponieważ stara się działać z rozsądkiem i rozwagą. A Bernardo to jego wierny i pomysłowy druh, na którego zawsze może liczyć :) Zauważyłem również pewne nawiązania do filmu "Znak Zorro", a zwłaszcza ten cytat o tym, jakie są tradycje w Kalifornii xD

    OdpowiedzUsuń

Rozdział XIII

Rozdział XIII Wypowiedzenie wojny Tłum zebrał się już pod szubienicą, oczekując na rozpoczęcie egzekucji, a ta już niedługo miała mieć swój ...