Rozdział XII

Rozdział XII

Pojawia się Zorro

Następnego dnia po procesie, miała się odbyć publiczna egzekucja skazanego na śmierć Joaquina Mendozy. Miejscem wybranym do realizacji tego projektu, zgodnie z prawem i obyczajem, miał być główny plac w Los Angeles. Wybór tej, a nie innej lokalizacji nie stanowił bynajmniej przypadku lub kaprysu kapitana. To wszystko miało na celu charakter propagandowy. Wszyscy mieli mieć możliwość obejrzeć egzekucję człowieka, który wystąpił przeciwko komendantowi. Każdy mieszkaniec Los Angeles musiał zobaczyć, co go czeka, jeżeli pójdzie w ślady tego łotra wyjętego spod prawa. Miało to pokazać wszystkim i każdemu z osobna, że władza kapitana Monastario w mieście jest nieograniczona, a występowanie przeciwko niemu to zbrodnia, za którą tylko jedna może być kara. Prócz tego też zawsze publiczne egzekucje odbywały się na głównym placu. Stał tam szafot, który wszak już od dawna nie był używany, gdyż mieszkańcy wcześniej nie mieli poważniejszych powodów do tego, aby narzekać na swoich komendantów, a co za tym idzie, nie mieli też powodów, żeby występować przeciwko nim. Od czasu do czasu komuś się oberwało za zamieszki lub burdy, bo nawet i w najspokojniejszym na świecie mieście do tego dochodzi, ale wtedy zwykle kończyło się na tym, że taki delikwent trafiał na kilka dni i nocy do celi lub też zostawał przywiązany do pręgierza, który znajdował się na terenie koszar i dostawał tam baty i puszczano go wolno, a wizja dostania batem lub posiedzenia kilka dni w zimnej i nieogrzewanej celi wystarczająco zniechęcała ludzi do burd i zamieszek. Zresztą, jeśli chodzi o to drugie, ludzie nie mieli dotąd jakichś większych powodów do ich wszczynania, a co do tego pierwszego, to burdy praktycznie zawsze i w każdym miejscu na świecie wybuchały, a zwłaszcza wtedy, kiedy ktoś za długo siedział w oberży i wypił w niej zbyt dużo wina. Wówczas to wielu ludzi i to nawet tych zwykle spokojnych, bez wahania łapało za szpady i próbowało obciąć nią uszy oberżyście lub sąsiadowi. To były normalne konsekwencje posiadania przez miasto różnego rodzaju gospód i innych zajazdów, w których serwowano naprawdę doskonałe i zarazem mocne trunki, łatwo uderzające do głowy, gdy się nie zna w nich umiaru. Dodatkowo sprawę zaogniał w Los Angeles fakt, że większość jego mieszkańców stanowili rodowici Hiszpanie, którzy jak wiadomo, zawsze mieli gorące głowy i naprawdę mocne temperamenty, dlatego jeśli chodzi o burdy, to nie było wcale o nie trudno.
Ale suma summarum, to były tylko zwyczajne bójki, jakie łatwo mogą mieć miejsce nawet w najspokojniejszych miejscach na świecie. Tym razem jednak to była zdrada stanu, która mogła prowadzić do zamieszek, a może nawet i zamachu stanu. Dlatego władza musiała zareagować i musiała postawić przed sądem oraz publicznie stracić Joaquina Mendozę. A przynajmniej tak to publicznie wyjaśniał alkad, który zastraszony przez komendanta Monastario, wiedzącego bardzo wiele o jego grzeszkach, potulnie zgadzał się na wszystkie jego pomysły. Inaczej jednak na tę sprawę zapatrywał się Licenciado Pinia, wspólnik kapitana. On uważał, że cała ta sytuacja nie wpłynie pozytywnie na ich relacje z mieszkańcami Los Angeles.
- Osobiście odradzam ci publiczną egzekucję tego człowieka - powiedział do kapitana Pinia - Uważam, że nic dobrego z tego nam nie przyjdzie.
Monastario z uwagą przyjrzał się wspólnikowi, wyraźnie nie rozumiejąc, o co mu teraz chodzi.
- Nie pojmuję, przyjacielu. Przecież sam wymyśliłeś publiczny proces i to zwariowane oskarżenie o spisek przeciwko Koronie. Dlaczego teraz nagle uważasz ten plan za głupi?
- Nie uważam tego planu za głupi, bo on jest naprawdę dobry. Proces został we właściwy sposób poprowadzony. Chodzi mi tylko i wyłącznie o egzekucję.
- A dlaczego? Co masz przeciwko niej?
- A choćby to, że reakcja ludzi na proces wyraźnie mówi sama za siebie.
- A co to ma do rzeczy?
- Bardzo wiele. Panna de La Vega jawnie powiedziała nam w twarz, że ten cały proces Mendozy, to jedna wielka farsa.
- Panna de La Vega to jeszcze dziecko, temperamentne i bezmyślne. Nie jest dla nas zagrożeniem.
- Ona nie, ale jej słowa tak. Nie rozumiesz tego? Ona powiedziała wprost to, co wszyscy uważają, lecz nie mają odwagi powiedzieć.
- No właśnie, przyjacielu. Nie mają odwagi - powiedział Monastario, a na jego twarzy zagościł podły uśmieszek - Nie mają odwagi i będą siedzieć cicho.
- Panna Inez jakoś nie siedziała cicho - mruknął Pinia.
- Panna Inez to tylko jedna osoba, do tego jeszcze niewiasta. Nie może nam w żaden sposób zaszkodzić.
- Jedna osoba może wszystko zniszczyć lub zbudować, przyjacielu. Nie wiesz o tym? Jeśli jeden człowiek zdoła się przeciwko nam skutecznie buntować, może porwać za sobą innych i wszyscy mogą się nam przeciwstawić. A to nie byłoby dla nas dobre.
- Przesadzasz. Można by tak powiedzieć tylko w przypadku mężczyzny, ale nie w przypadku niewiasty.
Pinia widział, że nie przekona swojego rozmówcy do potraktowania poważnie sprawy panny de La Vega, do której kapitan miał wyraźną słabość, dlatego też już nie naciskał w tej kwestii i zmienił podejście.
- Mimo wszystko nadal uważam, że publiczna egzekucja Mendozy nie jest najlepszym pomysłem.
- Dlaczego?
- Ponieważ nie jest to byle kto. Gdyby to był jakiś chłop czy Indianin, to bez wahania moglibyśmy go publicznie powiesić. Ale to jest szlachcic. Jego publiczne stracenie tylko powiększy liczbę naszych wrogów.
- Na naszych wrogów wystarczy stryczków, choćbyśmy mieli powywieszać pół Los Angeles.
- Nie przyniesie nam to pożytku. Musimy cieszyć się respektem pośród ludzi, ale nie zapominaj, że strach rodzi nie tylko posłuszeństwo, ale często też i opór.
- Właściwie poprowadzony strach zapewni nam posłuszeństwo bez oporu. A poza tym, jak ty byś to widział? Jak twoim zdaniem powinniśmy postąpić?
- W bardzo prosty sposób. Pozwolić Mendozie w nocy uciec, potem zacząć pościg i zabić go w spektakularny sposób, ale w taki, żeby wyglądało to na śmierć z powodu zbiegu okoliczności. Można też wsadzić go na pokład statku, który w odpowiednim momencie wyleciałby w powietrze razem z nim. Wtedy ludzie by mówili, że sam Bóg go pokarał, skoro nie dopuścił do tego, aby uciekł i uniknął kary za swoje zbrodnie.
- Zbyt to skomplikowane, choć brzmi naprawdę interesująco. Ale zawsze przy realizacji takiego planu jest ryzyko, że coś pójdzie nie tak. Nie, przyjacielu... My go publicznie powiesimy i wtedy nikt nie odważy się podnieść na nas ręki. A poza tym prawo jest prawem. Zgodnie z nim, za zdradę stanu jest śmierć. Jako prawnik powinieneś to doskonale wiedzieć.
Pinia westchnął załamany, widząc wyraźnie, że nie przekona w żaden sposób kapitana do zmiany zdania. Poza tym, może rzeczywiście miał rację? Oficjalnie i tak on i Monastario mieli czyste ręce, gdyż wszystkie ich czyny są podyktowane dobrem Korony, jak również zgodne z prawem. Nic nie można im zarzucić. Ale i tak prawnik, z natury swego zawodu nad wyraz ostrożny, wciąż posiadał naprawdę dużo wątpliwości. Czuł bowiem, że ta sprawa może nie skończyć się dla nich zbyt dobrze, jeśli w ogóle.
Ta oto rozmowa odbyła się wieczorem, niedługo po procesie Mendozy. Pinia, choć bez wahania jako sędzia wydał wyrok skazujący, uważał, że reakcja ludzi na procesie dowiodła, iż lepiej jest uważać i nie rozjuszać wściekłego tłumu. Dlatego publiczna egzekucja w tych okolicznościach nabrała dla niego innego znaczenia i już nie był jej tak bardzo pewien, jak to miało miejsce na początku. Monastario był jednak uparty i uważał, że wyrok musi być wykonany zgodnie z zasadami, na placu głównym, na publicznym szafocie, w otoczeniu wszystkich mieszkańców, aby już nigdy więcej nikt nie odważył się podnieść na nich ręki.
Jeśli chodzi o tego rodzaju wątpliwej jakości widowiska, to miały one to do siebie, że każdy je mógł zobaczyć, ale nie każdy chciał z tej możliwości korzystać. Monastario wiedział doskonale, iż najlepiej by było, gdyby każdy w miasteczku widział, jak upokarza on swojego wroga i każe go za bunt przeciwko sobie, gdyż tylko w ten sposób mógł zyskać ostateczny posłuch pośród mieszkańców. Wiedział jednak dobrze, że siłą nie zmusi ludzi do tego, aby obserwowali egzekucję, dlatego też postanowił nie robić w tym celu nic. Wierzył, że ludzie zwabieni możliwością zobaczenia widowiska, jakiego dawno tu już nie było, pojawią się całymi tłumami na placu i w ten sposób jego cel zostanie osiągnięty. Wszyscy zobaczą pokaz jego władzy, zaczną się go bać i spokornieją. A ci, którzy tego nie zrobią, na pewno się dowiedzą od innych, jak wyglądała egzekucja, zrobi to na nich wrażenie i już nie w głowach będą im bunty. A jeśli nawet komuś jeszcze wpadnie do głowy tak głupi pomysł, to kapitan i jego ludzie potraktują go tak samo, jak Mendozę.
Z takimi właśnie myślami, Monastario poszedł spać, a rano wstał nad wyraz zadowolony z siebie. Wezwał Garcię, aby pomógł mu się ubrać, a kiedy sierżant wykonywał polecenie, kapitan był dla niego wyjątkowo miły. Nie uszło to, rzecz jasna, uwadze grubego żołnierza, który pozwolił sobie na niewinny komentarz odnośnie tej sytuacji.
- Panie kapitanie, wygląda pan dziś na naprawdę zadowolonego. Jak dziecko, które dostało wymarzony prezent.
Monastario uśmiechnął się zadowolony, patrząc na swoje odbicie w lustrze i powiedział:
- Istotnie, tak właśnie jest. Porównanie twoje, drogi sierżancie, jest naprawdę doskonale trafione. W rzeczy samej zostałem obdarzony wymarzonym przez siebie prezentem i nie zamierzam ukrywać zadowolenia z tego faktu.
- Poważnie? - zapytał zaintrygowany Garcia - A czy wolno wiedzieć, jaki to jest prezent?
- Oczywiście, sierżancie. Właściwie, to powinieneś wiedzieć, ponieważ to ty przywieziesz mi ten prezent.
- Ja, kapitanie? Przecież pan mówił, że już pan dostał ten prezent.
- Właściwie, to dopiero mam go dostać. Ale on już jest na tyle pewny, że bez wahania można go uznać za już ofiarowany. I ty mi go przywieziesz.
- Naprawdę, kapitanie? Dziękuję za ten zaszczyt - powiedział z uśmiechem na twarzy sierżant - Ale skoro mam go przywieźć, to chyba powinienem wiedzieć, jaki to prezent?
- Racja i zaraz się tego dowiesz - odparł kapitan, odwracając się przodem do swego zastępcy - Tym prezentem jest Mendoza, który dziś w południe zadynda na szubienicy.
Garcia początkowo zachichotał wraz z kapitanem na taką myśl, jednak kiedy sobie uświadomił, o co dokładniej tu chodzi, zmieszał się lekko, jako że przecież nigdy nie był zwolennikiem przemocy. Dodatkowo jeszcze przyszła mu do głowy jeszcze jedna myśl, o którą musiał zapytać. Dlatego powiedział:
- Panie kapitanie, nie chcę być bezczelny, ale muszę zapytać. Czy to, co pan mówi oznacza, że ja będę musiał osobiście...
To mówiąc, wykonał rękami gest wieszania kogoś na stryczku.
- Ależ nie, oczywiście, że nie, sierżancie - odpowiedział mu beztrosko kapitan - Nie jest pan przecież od tego. Od takich rzeczy jest kat i to on wykona to zadanie.
- Ufff... Cóż to za ulga... - rzekł Garcia i otarł sobie ręką pot z czoła - Przez chwilę już myślałem, że każe mi pan...
- Spokojnie, Garcia. Wolę zostawić taką robotę profesjonalistom. Ty jednak też odegrasz w tym wszystkim ważną rolę.
- Jaką, kapitanie?
- Macie dostarczyć więźnia na szafot, aby został stracony. I dopilnować, aby nie zdołał uciec.
Garcii taki sposób dostarczenia prezentu kapitanowi nie spodobał się, ale o wiele lepsze już było to, aniżeli osobiste wieszanie skazańca. Dlatego zasalutował tylko Monastario i rzekł:
- Dobrze, kapitanie. Ale ilu ludzi mam wziąć ze sobą?
- Najwyżej czterech. Więcej raczej nie będzie trzeba. W końcu to tylko jeden człowiek. Ilu żołnierzy potrzeba, aby zawieźć skazańca na szafot?
- Tak jest! - zawołał Garcia i na polecenie kapitana wyszedł z gabinetu.
Monastario zadowolony zaś zamówił sobie śniadanie, dość obfite, które zjadł z wielkim apetytem i potem kazał siodłać swojego konia i zbierać się żołnierzom. Wziął sobie bowiem do serca ostrzeżenia Pinii i postanowił zabezpieczyć plac bardzo dużą ilością żołnierzy, aby w razie czego spacyfikowali oni tłum. Nie chciał mieć takiej sytuacji, w której jego adwokat będzie miał powód, aby mu mówić: „A nie mówiłem?”. Wolał mieć rację całkowicie i dlatego zaplanował wszystko nawet w najdrobniejszych szczegółach. Był pewien, że jego plan zdoła się zrealizować i nic nie zakłóci mu dzisiaj dobrego humoru, a Mendoza zawiśnie szybciej, zanim zdąży zaprotestować.
Z tymi oto spokojnymi myślami kapitan i większość jego żołnierzy opuściło koszary, pozostawiając na miejscu jedynie czterech ludzi do pilnowania więźnia. Garcii nie było z nimi, ponieważ poszedł zjeść posiłek w oberży. Był głodny, gdyż od rana nic w ustach jeszcze nie miał. U sierżanta, jak zwykle zresztą, krucho było z pieniędzmi, ale liczył oczywiście na to, że ktoś postawi mu jakiś posiłek i nie będzie musiał za nic płacić. Udało mu się, ponieważ w gospodzie spotkał Don Diego de La Vegę, który wraz ze swoim ojcem i siostrą przyjechał, aby zobaczyć egzekucję i w oczekiwaniu na nią zaszedł do oberży, aby zjeść coś i przy okazji pomyśleć. Kiedy tylko spotkał Garcię, od razu zaproponował mu posiłek, na co gruby żołnierz jedynie pro forma się sprzeciwiał, po czym przyjął propozycję z ogromną aż ochotą.
- Sierżancie, czemu pan jest taki ponury? - zapytał Diego, gdy już obaj jedli swój posiłek, choć zaznaczyć przy tym należy, że ten sierżanta Garcii był znacznie bardziej obfity niż posiłek młodego de La Vegi.
- A czemu mam być wesoły, Don Diego? Nie mam powodów do radości - rzekł na to Garcia - Przecież dziś w południe powieszą biednego pana Mendozę.
- To znaczy, że nie wierzy pan w jego winę, sierżancie?
- Oczywiście, że nie. Uważam, że ktoś nakłamał na jego temat i potem mu w ten sposób zaszkodził przed sądem. Chciałem nawet rozmawiać o tym z kapitanem Monastario, ale on nawet nie chciał mnie słuchać. Cóż więc mogę poradzić? Poza tym dawno tu nie było żadnych egzekucji. Nie wiem, jak ludzie na nie zareagują.
- Na placu powoli zbiera się tłum.
- To prawda, ale czy ten tłum będzie zadowolony, czy wręcz przeciwnie? Oto jest pytanie.
Po tych słowach Garcia powoli wrócił do posiłku, ale nie przerywał przy tym rozmowy, gdyż uważał to za niegrzeczność przestać mówić, gdy ktoś chce słuchać.
- Dodatkowo jeszcze muszę osobiście zawieźć Mendozę na szubienicę.
- Poważnie, sierżancie? - zapytał bardzo zaintrygowany Diego, nalewając Garcii wina - To wielkie wyróżnienie. Powinien być pan z niego dumny.
- Niby tak, ale jak powiedziałem, nie wierzę w jego winę i jak mam teraz go zawieźć na szafot? A jeśli po jakimś czasie okaże się, że jest niewinny? Jak ja się będę z tym wszystkim czuł?
- To rzeczywiście nie lada problem - rzekł Diego, z uwagą obserwując, jak Garcia wypija wino i nalewając mu kolejnego kubek - Ale skoro to więzień nad wyraz wielkiej wagi politycznej, to chyba dostanie pan dużo żołnierzy do eskorty, prawda?
- No właśnie nie. Kapitan da mi zaledwie czterech ludzi. Uważa, że zupełnie mi wystarczy. W końcu ilu ludzi trzeba, aby zawieść jednego człowieka na szafot? Tak mówił. Poza tym potrzebuje żołnierzy, żeby z ich pomocą pacyfikować tłum, gdyby coś poszło nie tak.
- To bardzo interesujące. A więc spada na pana ogromna odpowiedzialność, sierżancie.
- To prawda i dlatego muszę bardzo dobrze zjeść, aby mieć dość sił, żeby tego dokonać.
- I porządnie się napić, aby wyschnięte gardło nie przeszkadzało panu w pracy - rzekł Diego i ponownie nalał wina do kubka Garcii, gdy ten opróżnił poprzedni.
- Tylko bez przesady, Don Diego. Muszę być trzeźwy - zachichotał Garcia, ale z wdzięczności wypił jeszcze kilka łyków.
Pod wpływem wina Garcia opowiedział Diego dokładnie, jak, gdzie i kiedy będzie wieziony więzień, zobowiązując go jednak do tego, aby nikomu o tym nie mówił. Młody de La Vega złożył obietnicę, że dochowa tajemnicy i przez chwilę jeszcze słuchał opowieści swego rozmówcy, a potem wyszedł, mówiąc, iż musi już iść załatwić swoje sprawy. Zapłacił oczywiście za siebie i Garcię, zanim to zrobił. Sierżant zaś lekko zaprotestował, ale tylko lekko i dość szybko zapomniał o tym, jak mu niezręcznie korzystać z łaski młodego szlachcica, kiedy tylko wrócił do posiłku i zdołał z jego pomocą nasycić swój głód.
Niedługo potem, gdy już była pora, powrócił do koszar i wezwał czekających tam żołnierzy. Na jego polecenie Mendoza został wyciągnięty z celi, którą stanowił nad wyraz niewielki pokoik z pryczą, którego drzwi składały się z wielkich oraz bardzo mocnych krat i klamki. Oprócz tej celi koszary zawierały jeszcze kilka, w tym dwie były znacznie większe od poprzednich, na wypadek, gdyby pan kapitan chciał aresztować większą liczbę ludzi. Skazaniec jednak zajmował jedną z tych mniejszych i zdecydowanie całkowicie mu ona wystarczała, przynajmniej zdaniem Monastario.
Mendoza został zabrany z celi i posadzony na otwarty wóz, który otoczyli ze wszystkich kątów żołnierze na koniach. Garcia dosiadł konia i ruszył na czele tego niewielkiego orszaku w kierunku placu. Nie był zachwycony, ponieważ cały czas po jego głowie chodziły obawy, że być może Mendoza jest niewinny i kiedyś to wyjdzie na jaw, a sierżanta będą do końca życia już zżerać wyrzuty sumienia. Ale co miał robić? Rozkaz był rozkazem i musiał go wykonać, czy tego chciał, czy też nie. Jechał więc z więźniem i jego eskortą na plac. Ulice były wyludnione, gdyż wszyscy mieszkańcy miasta zebrali się na miejscu straceń. Ci zaś, którzy tego nie zrobili, zamknęli się w swoich domach i nie zamierzali z nich wychodzić ani też z nich wyglądać przez okno. Dlatego jazda była dość spokojna.
- To już niedaleko, senor Mendoza. Zaraz będzie po wszystkim - powiedział do skazańca Garcia.
- I to ma mnie niby pocieszyć, sierżancie? - zapytał z wyraźną ironią w głosie Mendoza.
Garcia poczuł, że palnął głupstwo, więc spuścił wzrok i już się nie odzywał.
Wtem dało się słyszeć mocny tętent końskich kopyt. Ktoś jechał w kierunku sierżanta i jego orszaku i to naprawdę szybko. Ciekawość, kto to może być, która dręczyła Garcię, dość prędko została zaspokojona, gdy ów ktoś wyłonił się nagle z zaułku i stanął tuż przed orszakiem, zatrzymując go. Był to wysoki i raczej młody człowiek, ubrany cały na czarno, nawet jego peleryna, powiewająca mu dumnie na wietrze była tego koloru. Jego twarz zdobiły cienkie wąsiki, górną część twarzy zasłaniała maska, jakby opaska albo chusta z wyciętymi w niej otworami na oczy. Głowę zdobiło mu duże, czarne sombrero z cienkim paskiem, które zamaskowany człowiek miał zapięte na brodzie. Tajemniczy osobnik dosiadał czarnego konia o czarnej grzywie, u boku miał szpadę, w olstrach konia pistolety, zaś w lewej dłoni trzymał bat.
- Z drogi, człowieku! Tarasujesz drogę! - zawołał do niego sierżant.
- Przykro mi, sierżancie, lecz nie mogę tego zrobić - odpowiedział na to ów tajemniczy osobnik - Mam do pana i pańskich ludzi bardzo ważną sprawę.
- Jaką?
- Chcę pana prosić, aby oddał mi pan tego człowieka.
Sierżant pomyślał, że się przesłyszał i dlatego parsknął początkowo śmiechem i jego ludzie także, dopiero po chwili do nich dotarło, że nie był to jednak żart i ów człowiek mówi śmiertelnie poważnie.
- Przykro mi, senor, ale musimy panu odmówić - powiedział Garcia - Ten oto człowiek został skazany na śmierć i musimy wykonać na nim wyrok. To znaczy, ja nie muszę, ale mamy obowiązek dostarczyć go na plac straceń. Nie możemy więc panu go oddać.
- W takim razie sam go odbiorę - odpowiedział zamaskowany człowiek.
Garcia, słysząc te słowa, chwycił za szablę i wydobył ją z pochwy, ale zanim zdążył jej użyć, bat człowieka w czerni otoczył się wokół jego dłoni, po czym poczuł naprawdę mocne szarpnięcie i zleciał z konia na ziemię, upuszczając przy tym broń. Nie zdążył się pozbierać, kiedy człowiek w czerni zeskoczył zwinnie ze swego konia, wydobył szpadę i przyłożył ją do brzucha sierżanta. Żołnierze przez ten czas zdjęli z pleców muszkiety, po czym skierowali je w kierunku napastnika, lecz ten nie stracił zimnej krwi. Przyłożył mocniej ostrze szpady do brzucha Garcii i powiedział:
- Sierżancie, niech pan każe żołnierzom złożyć broń. Inaczej dowiemy się, ile tłuszczu jest w tym tłustym cielsku.
Żołnierze nie chcieli strzelać bez rozkazu swego dowódcy, tak ich przecież wyszkolono, a ponadto zlękli się o życie tego sympatycznego grubaska, z którego po cichu się podśmiechiwali, ale nigdy nie życzyli mu źle. Dlatego też nie chcieli narażać jego życia, czekali więc na jego rozkaz. Domyślali się, jaki będzie, ale nie chcieli decydować za sierżanta. Wszak nie takie zwyczaje panowały w wojsku.
Garcia oczywiście nie znał myśli swoich podwładnych, ale nie chciał w żaden sposób ryzykować utraty życia i zawołał:
- Rzućcie broń! On nie żartuje!
Żołnierze posłusznie wykonali rozkaz, a następnie, gdy tajemniczy człowiek w czerni nakazał im zejść z koni i sierżant powtórzył polecenie, także je prędko wykonali i przy okazji podnieśli ręce do góry.
- Rozwiązać Mendozę! - zawołał człowiek w czerni.
- Róbcie, co każe! - dodał, wciąż niespokojny o swoje życie Garcia.
Dwóch żołnierzy szybko wskoczyło na wóz i rozwiązało więzy Mendozy. Ten roztarł obolałe od więzów dłonie i spojrzawszy na tajemniczego człowieka, rzekł:
- Nie wiem, kim jesteś, senor, ale uratowałeś mi życie.
- Jeszcze nie. Musi pan stąd uciekać - powiedział osobnik w czerni - Niech pan pożyczy jednego z tych koni. Wyglądają na całkiem dobre.
Następnie kazał żołnierzom wejść na wóz, a sierżantowi, aby także to zrobił i związał swoich podwładnych. Garcia wykonał polecenie, nie myśląc zbyt wiele, a potem pozwolił siebie związać Mendozie.
- Powiedzcie Monastario, że bardzo nam przykro, ale senor Mendoza dzisiaj go nie zaszczyci na placu swoją obecnością - powiedział człowiek w czerni.
- Kim jesteś, senor i dlaczego mi pomagasz? - zapytał Mendoza, wskakując na konia jednego z żołnierzy.
- Pomagam panu, bo walczy pan z tyranią i niegodziwością, jak ja - odrzekł człowiek w czerni - A zwą mnie Zorro, czyli lis.
Po tych słowach wyciął on na brzuchu sierżanta dużą literę Z, oczywiście nie uszkadzając przy tym skóry grubaska, a jedynie jego koszulę. Po tym czynie zaś, strzelił batem nad uszami koni, do których przywiązany był wóz. Konie wtedy się spłoszyły i pognały w kierunku placu, a Zorro i Mendoza zostali sami.
- Niech pan jedzie, senor. Monastario za chwilę wyśle całe swoje wojsko, aby pana ścigało. Niech pan natychmiast jedzie do misji brata Felipe. On pana ukryje i da azyl. Nawet kapitan nie odważy się złamać prawa azylu.
- Dziękuję, senor Zorro. Nie zapomnę panu tego. Nigdy nie zapomnę - rzekł Mendoza, po czym pognał konia w kierunku wylotowym z miasta i już po chwili zniknął w tumanie kurzu.
- Powodzenia, przyjacielu - powiedział Zorro, obserwując jego ucieczkę - A ja tymczasem muszę jeszcze bardziej zaleźć za skórę kapitanowi. Niech wie, że to nie są żarty, tylko prawdziwa wojna.
Po tych słowach, zdzielił lekko konia stopami po bokach i ruszył przed siebie.

3 komentarze:

  1. Bardzo dobry rozdział. Wreszcie się pojawił Zorro.
    Jestem ciekawa, co powie na to Monastario, gdy już się dowie o tym, że jego doskonały plan legł gruzach?
    Powinien bardziej słuchać rad adwokata. Zgubiła go własna arogancja. I bardzo mu dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ z tego Monastaria wkurzający typ. Myśli, że zdoła wszystkich zastraszyć brutalnymi wyrokami i pokazami swojej przewagi, jaką ma nad innymi z racji sprawowanego urzędu. I oczywiście jest przekonany o swoich racjach, przez co Pinii trudno wyperswadować mu jego pomysły. A Garcia to taki dobroduszny półgłówek, który zdecydowanie za wolno myśli. Właściwie to myśli on tylko o jedzeniu, bo w końcu straszny z niego łakomczuch, tylko nigdy go nie stać na porządną wyżerkę. Ale za to potrafi się wkupić w łaski swoich znajomych. Ja to nie wiem, jak on w ogóle mógł zostać sierżantem. Chyba po dobrej znajomości, bo inaczej to nie miałby szans z tym swoim małym rozumkiem i wielkim apetytem xD Ale to jest strasznie naiwne, że on i jego ludzie tak po prostu poddali się Zorrowi. Przecież mogli z łatwością go zabić, ale zauważyłem, że w filmach i serialach często robi się z żołnierzy skończonych idiotów, więc do historii o Zorro to jak najbardziej pasuje. Po prostu można uznać, że Hiszpanie przyjmowali do wojska samych głąbów, których łatwo zastraszyć i wyprowadzić w pole, bo inteligentni ludzie woleli być urzędnikami niż pchać się do wojska za marny żołd, więc większość żołdaków to tumany. I proszę, jakie fajne wytłumaczenie żem znalazł :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, Monastario i Pinia muszą się od siebie różnić charakterami, aby było ciekawiej. A to dobre pytanie, na temat tego, jak Garcia został sierżantem. W serialu Disneya sierżant raz opowiada, oczywiście nie zdając sobie sprawy z sensu swoich słów, że długo był szeregowcem, aż przypadkiem zobaczył swego ówczesnego komendanta całującego żonę sędziego i potem pamięta tylko, że szybko awansował xD Rozumiesz więc? Garcia nie zdawał sobie sprawy z tego, że mógłby w ten sposób szantażować swego dowódcę. Ten zaś, aby zamknąć mu usta, dał mu awans na sierżanta i mianował swoim zastępcą i tak zostało, nawet wtedy, gdy przybyli inni komendanci. A to bardzo ciekawa teoria na temat tego, dlaczego żołnierze są tacy głupi. Masz pomysły xD Ale sądzę, że sporo w tym racji, bo zobacz: żołnierze w większości to byli chłopi lub mieszczanie, którzy nie mieli nawet podstawowego wykształcenia, niektórzy z nich nawet nie umieli czytać. Tylko oficerowi i podoficerowie byli szlachcicami i to oni musieli mieć wykształcenie i myśleć. Pozostali żołnierze mogli być głupimi prostakami, byleby bezmyślnie wykonywali rozkazy. W końcu do wojska nie szło się po to, aby myśleć, lecz po to, aby wykonywać polecenia dowódców. Mają tylko wykonywać rozkazy. Garcia, bojąc się o swoje życie, łatwo poddał się Zorro. Z kolei zaś jego żołnierze, słysząc rozkaz dowódcy i boją się o jego życie, nie chcąc ryzykować zrobienia mu krzywdy :)

      Usuń

Rozdział XIII

Rozdział XIII Wypowiedzenie wojny Tłum zebrał się już pod szubienicą, oczekując na rozpoczęcie egzekucji, a ta już niedługo miała mieć swój ...