Rozdział VI
Tornado
Diego szedł uważnie za Szarą Sową, bardzo
zaintrygowany jej zachowaniem. Jego babcia zawsze była osobą dość
tajemniczą i wiedziała bardzo dobrze, w jaki sposób przekazać swoje
sekrety zaufanym osobom, aby zachować przy tym coś, co lubiła nazywać
właściwą otoczką. Coś, co sprawiało, że jej słuchacz zawsze był z każdą
chwilą coraz bardziej ciekawy tego, o czym staruszka chce mówić. Szara
Sowa z jakiegoś powodu uwielbiała dbać o taki szczegół. Sprawiało jej to
swego rodzaju dużą satysfakcję i dlatego często to robiła, zwłaszcza
wobec Diego, gdy ten był jeszcze dzieckiem. Teraz zaś, choć był już
dorosły, wciąż był zachwycony tym sposobem przekazywania mu jakiegoś
sekretu przez babcię. Ta zaś doskonale o tym wiedziała i dlatego tym
bardziej teraz prowadziła go do celu, zachowując w ten sposób swoje
stare i ulubione zwyczaje, co dawało jej, a zwłaszcza w tamtej chwili,
niemalże dziecięcą radość życia.
- Daleko jeszcze, babciu? - zapytał po chwili Diego.
- Cierpliwości, mój drogi chłopcze. Więcej cierpliwości - odpowiedziała
mu z lekkim uśmiechem na twarzy Szara Sowa - Zapewniam cię, że nie
pożałujesz swej cierpliwości.
- Wolałbym się z tobą o to nie zakładać - zażartował jej wnuk.
Powoli dotarli do pewnej polany, gdzie nie było żywego ducha, za to były
w pobliżu bardzo piękne skały, jakie zachwycały zawsze Diego, gdy był
dzieckiem i zwiedzał te okolice. Czuł wtedy, że pośród nich może
znajdować się jakiś cenny skarb, ale nigdy takowego nie znalazł, co
bynajmniej nie zniechęcało go do tego miejsca i często je odwiedzał,
mając być może w sercu nadzieję, że kiedyś mimo wszystko odnajdzie tutaj
skarb, jeśli tylko dobrze go poszuka. Szara Sowa dobrze o tym
wiedziała, dlatego z przyjemnością powiedziała teraz:
- Pamiętasz, mój mały, jak będąc dzieckiem szukałeś często w tych okolicach skarbów Azteków?
- Oczywiście, że tak. Nigdy tego nie zapomnę - powiedział Diego i po
chwili dodał dość ironicznie: - Pewnie dlatego, że nigdy żadnego skarbu
tu nie znalazłem.
- To prawda, jednak dzisiaj to się zmieni. Tutaj czeka na ciebie, mój
kochany Diego, prawdziwy skarb. Lepszy niż złoto i jakiekolwiek
kosztowności, które tak bardzo cenią sobie biali.
- A co to za skarb, babciu?
- Zobaczysz.
Po tych słowach Szara Sowa zagwizdała. Chwilę później rozległ się głośny
tętent kopyt, a zaraz potem na polanę wbiegł nagle piękny czarny koń.
Całe jego ciało i grzywa były czarne, a on sam wyglądał nad wyraz
dostojnie i zarazem też zachwycająco. Diego wpatrywał się w niego pełen
podziwu, nie mogąc oderwać ani na chwilę wzroku od konia. Takiej gracji,
takiej elegancji, wdzięku i piękna nie dostrzegł w żadnym innym
wierzchowcu. To oto dzikie i piękne stworzenie było wszelkim uosobieniem
dzikich prerii i wolności, którą one dawały każdemu, kto tam mieszkał.
- I jak ci się podoba? - zapytała Szara Sowa.
Dostrzegała ona zachwyt w oczach swego wnuka, dlatego była pewna tego, jaką odpowiedź usłyszy. Nie zawiodła się.
- Jest cudowny. Piękny, wspaniały, dostojny... Dziki i wolny... - mówił Diego, nie kryjąc wcale swojego zachwytu.
- Domyślałam się, że ci się spodoba - powiedziała stara Indianka, powoli
robiąc krok w kierunku konia - Chodź, przypatrz mu się z bliska.
Diego nie był pewien, czy powinien to zrobić. Ostatecznie przecież to
był dziki koń, nie wiadomo zatem, czy pozwoli się komukolwiek do siebie
zbliżyć, ale jakoś Szarej Sowie na to pozwolił, a nawet więcej:
pozwolił, aby położyła głowę na jego szyi i ją pogłaskała. Ośmielony tą
sytuacją, Diego powoli podszedł bliżej do konia, który zarżał
nerwowo na jego widok, gdyż widział go pierwszy raz w życiu i nie
wiedział, czego może się po nim spodziewać.
- Ostrożnie, Diego. Bez gwałtownych ruchów - powiedziała Szara Sowa - To
piękny i dziki ogier, jednak bywa nieufny wobec osób, które widzi
pierwszy raz. Musisz go zrozumieć, a wtedy on zrozumie ciebie.
- Zrozumie mnie? W jaki sposób? - spytał Diego.
- W taki sam sposób, w jaki rozumieją się dwaj wierni przyjaciele.
Jeżeli jest między nimi prawdziwa przyjaźń, to rozumieją się bez słów.
Potrafią doskonale zgrać się w czasie, podczas trwania jakiejkolwiek
przygody i nigdy żaden z nich nie zawiedzie drugiego. A gdy dotyczy to
jeźdźca i konia, wtedy podczas jazdy tworzą wręcz jedność. Czułeś to
kiedyś przy jakimkolwiek wierzchowcu?
- Jeszcze nie, a chciałbym bardzo to poczuć.
- Wobec tego spróbuj z tym pięknym ogierem. Czuję, że oboje bardzo łatwo się ze sobą zaprzyjaźnicie.
Diego podszedł do konia i delikatnie zaczął głaskać jego łeb. Gdy
upewnił się, że ogierowi to nie przeszkadza, zaczął to robić nieco
bardziej intensywnie, aż w końcu spojrzał mu w oczy. W piękne, czarne
oczy, w których odbijała się lekko postać młodego de La Vegi.
- Piękny jesteś, wiesz o tym? - zapytał młodzieniec i po chwili
zachichotał - Naturalnie, że wiesz. Jeszcze miałbyś nie wiedzieć?
Codziennie, pijąc wodę ze strumieni widzisz swoje odbicie. Musisz
widzieć, jaki jesteś piękny. Ale czy też i odważny i zdolny do
współpracy z człowiekiem?
Koń lekko poruszył łbem i zarżał w sposób, w jaki człowiek wyraża
delikatne oburzenie na wieść o tym, iż ktoś może wątpić w jego
umiejętności.
- Wybacz, nie chciałem cię urazić - powiedział z uśmiechem na twarzy
Diego - Wierzę, że tak właśnie jest. Ale czy pozwolisz mi sprawdzić to w
praktyce?
Koń popatrzył na młodzieńca z uwagą, oczywiście nie mogąc odpowiedzieć
mu na jego pytanie, ale lekko poruszył łbem, co Diego odebrał jako
potwierdzenie.
- Widzisz? Zgadza się - powiedziała Szara Sowa - Wsiądź więc na niego, mój chłopcze. Śmiało, wskakuj i przejedź się kawałek.
- Babciu, nie jestem pewien, czy powinienem zrobić to teraz - rzekł Diego, który lekko się zawahał.
- Daj spokój. Przecież on tego właśnie chce. Śmiało, Diego! Miej odwagę. On bardzo ją ceni.
Diego uśmiechnął się i pewny siebie wsiadł spokojnie na konia, pomimo
tego, iż nie miał on na sobie ani siodła, ani uzdy. Ujął mocno rękami
jego grzywę, a ten nie sprzeciwił się temu.
- Jedź, przyjacielu. Pokaż, co potrafisz.
Koń zarżał głośno, po czym stanął dęba i pognał przed siebie. Diego
jednak nie przestraszył się tego, ścisnął mocno jego grzywę i pochylił
się lekko tak, aby jego głowa znalazła się bliżej łba ogiera. Ten zaś
pędził prędko, coraz prędzej w sobie tylko znanym kierunku, rżąc przy
tym dziko. Nie wiadomo, czy chciał, aby jeździec siedzący mu na
grzbiecie spadł z niego, czy może sprawdzić, jak się on zachowa, kiedy
jazda będzie bardzo dzika. Jakkolwiek by jednak nie było, Diego trzymał
się dzielnie, choć widok przed jego oczami zmieniał się w niesamowicie
szybki sposób, a wiatr dziko uderzał w jego twarz i szarpał mu włosy.
Robił to tak dziko, że chwilami Diego trudno było oddychać, ale to były
tylko chwile. Dość szybko przyzwyczaił się do tempa jazdy i zaczął
odczuwać z jej powodu ogromną przyjemność. Czuł, że ten koń będzie
idealnym towarzyszem podczas przygód, jakie już planował w swojej
głowie. Z pamięci zaś przypomniał sobie fragment pewnego wiersza, który
napisał jakiś młody poeta żyjący we Francji. Wiersz o dzikim koniu i
jego jeźdźcu. Całość była nad wyraz piękna, ale jeden fragment nad wyraz
pasował do obecnej sytuacji.
Czarny mój rumak, jak burzliwa chmura.
Gwiazda na czole jak jutrzenka błyska.
Na wolę wiatrów puścił strusiej grzywy pióra,
A nóg białych polotem błyskawice ciska.
Pędź, latawcze białonogi!
Góry z drogi! Lasy z drogi!
Diego przypomniał sobie te słowa i szeptał cicho na ucho konia:
- Pędź, mój przyjacielu! Pędź i nie bacz na nic! Góry z drogi! Skały z
drogi! Lasy z drogi! Rzeki z drogi! Wszystko z drogi! Ustąpcie miejsca
dwóm kompanom pędzącym przed siebie i zawierającym przyjaźń.
Koń zadowolony przyjął te słowa, gdyż pognał przed siebie jeszcze szybciej i pędził tak długo, aż w końcu dotarli nad skraj przepaści. Koń
bezpiecznie zdołał tuż przed nią wyhamować, po czym stanął w miejscu.
Diego zerknął uważnie, jak głęboka jest przepaść, a następnie poklepał
konia po łbie i rzekł:
- Spokojnie, przyjacielu. Taka przeszkoda nie jest nam groźna. Mam rację?
Czarny ogier zarżał w taki sposób, jakby okazywał swój zachwyt z powodu tego pytania.
- Przeskoczmy, przyjacielu. Przeskoczmy i pokażmy, że przepaść ta nie jest nam groźna.
Koń zawrócił i wziął bardzo duży rozpęd przed skokiem.
- Obiecajmy sobie coś. Jeżeli teraz uda się nam przeskoczyć, to wszystko nam się uda. Obiecajmy to sobie.
Ogier zarżał zadowolony i podrzucił lekko łbem do góry. Następnie
delikatnie zaczął trącać kopytami o ziemię, szykując się do skoku. A
potem ruszył biegiem tuż przed siebie i skoczył. Ziemia zniknęła pod
nimi, zamiast tego pod końskimi kopytami zaćmiła się głęboka przepaść.
Wiatr rozwiewał grzywę ogiera oraz włosy Diego, który rozłożył
zadowolony ręce niczym skrzydła i wydał z siebie radosny krzyk. Ogier
odpowiedział mu wesołym rżeniem i obaj oddali się lotowi z jednej strony
przepaści na drugą. Lot ten trwał może pół minuty, może nieco dłużej,
ale dla Diego było to niczym godzina prawdziwej rozkoszy, jakiej jeszcze
nigdy nie czuł. Gdy w końcu kopyta konia dotknęły ziemi, a przepaść
została przebyta, czule pogłaskał konia po szyi i rzekł:
- Mój drogi kompanie... Coś mi mówi, że to początek pięknej przyjaźni.
Ogier odpowiedział mu radosnym rżeniem na znak, iż całkowicie się z nim zgadza.
- Widzę, że przejażdżka się udała - powiedziała Szara Sowa nieco później, gdy Diego wrócił na polanę, na której się rozstali.
- I to jeszcze jak - odpowiedział jej wnuk, zsiadając z konia i klepiąc go lekko po łbie - Czy on ma już imię?
- Jeszcze nie. Pomyślałam, że skoro ten koń ma być twój, sam powinieneś dać mu imię.
- Mój? Ten koń jest mój?
- A czyj? Mój? - zachichotała Szara Sowa - Hodowałam go od źrebaka nie
dla siebie ani dla kogokolwiek innego. Tylko właśnie dla ciebie. Dlatego
sam musisz nadać mu imię.
Diego popatrzył na konia i rzekł:
- Jesteś szybki, dziki i niebezpieczny dla wrogów, ale wierny wobec
tego, kogo uznasz za przyjaciela. Pędzisz niczym wiatr, a nawet lepiej,
bo wiatr może zatrzymać pierwsza lepsza skała. Ciebie z kolei żadna
przeszkoda nie jest w stanie zatrzymać, przyjacielu. Dlatego zasługujesz
na imię, które pasuje do ciebie.
- Może Wicher? - zasugerowała Szara Sowa.
- Nie, babciu - odparł Diego, kręcąc przecząco głową - Wicher to tylko
nieco silniejszy wiatr. Jego też może zatrzymać skała. Jest jednak coś,
czego żadna skała nie zatrzyma. Ani skała, ani nic innego.
To mówiąc de La Vega spojrzał w oczy konia i rzekł:
- Tornado... Takie będzie twoje imię. Tornado. Tornada bowiem nic nie
jest w stanie powstrzymać ani zatrzymać w miejscu. Tak jak ciebie.
Ogier zarżał zadowolony, potrząsając mocno łbem. Diego zrozumiał, że jest to dowód na to, iż koń zaakceptował swoje imię.
Babcia sprawiła Diego piękną niespodziankę.
OdpowiedzUsuńTornado, najpiękniejszy koń na świecie, dziki i wolny, ale między nim a Diego już nawiązała się niezwykła wież.
Będą nierozłącznymi kompanami na dobre i na złe.
Już niedługo będą pewni mieli pierwszą wspólną misję. Nie mogę się tego doczekać.
Przeczytałem kolejny rozdział i faktycznie - Diego otrzymał od babci wspaniałego konia, z którym od razu się zaprzyjaźnił. Widać, że ma dobrą rękę do koni i je rozumie, a przy tym jest pewny siebie i odważny. A opis skoku nad przepaścią nie był przypadkiem inspirowany sceną z "Mustanga z Dzikiej Doliny"? :)
OdpowiedzUsuńOwszem, zgadłeś ponownie. Ten opis skoku nad przepaścią inspirowany był tą słynną sceną z bajki o przygodach Mustanga Ducha. Niedawno ponownie oglądałem tę bajkę i tak jakoś przyszła mi ta scena do głowy :)
Usuń