Rozdział V
Szara Sowa
Bernardo jechał konno niedaleko Diego, będąc
przez cały czas pogrążony we własnych myślach, które wywołane były
spotkaniem z matką. Dobrze wiedział, że kobieta ucieszyła się na jego
widok i przejęła się tym, iż rzekomo ogłuchł wskutek wybuchu armaty,
choć tego ostatniego, jak można by było pomyśleć, nie okazała zbyt mocno, za
bardzo skupiając się na fakcie, iż on i Diego mogą być głodni. Bernardo
jednak nie miał jej tego za złe. Za dobrze znał matkę, aby nie
wiedzieć, że jest to osoba dość ekscentryczna i przede wszystkim skupia
się na tym, żeby wszyscy w domu byli najedzeni, a potem dopiero niepokoi
się innymi rzeczami, które są z nimi związane. Wiedział również, że z
pewnością będzie okazywać mu ogromne i pełne miłości współczucie z
powodu jego rzekomo utraconego słuchu. Co za tym idzie, chyba jednak
wolałby, aby matka nie musiała się tym wszystkim martwić, gdyż bardzo
głupio by się czuł wiedząc, iż jego rodzicielkę martwi coś, co nigdy nie
miało miejsca. Wiedział jednak z całą pewnością, że to zrobi, dlatego w
myślach powoli się do tego zaczął przyzwyczajać, dając samemu sobie mądre
rady w tej sprawie.
Diego oczywiście takie myśli nie dręczyły, dlatego jechał konno przed
siebie na tyle spokojnie, jakby wszystko tutaj było idealne, a czasy
dzieciństwa, kiedy obaj tutaj jeździli, powróciły w te strony.
- Och, Bernardo, mój wierny przyjacielu. Tak dawno tutaj nie byłem. Aż
mi się przypominają nasze wycieczki z dzieciństwa. Pamiętasz je?
Bernardo pokiwał potwierdzająco głową i lekko się zasmucił. Widać było,
że w przeciwieństwie do swojego pana, raczej nie było mu do śmiechu ani
też do tego, aby okazywać wszystkim swoją radość. Diego jednak prędko
zorientował się w tym wszystkim i powiedział przepraszająco:
- Wybacz mi, przyjacielu. Zapomniałem, że Dolores to twoja matka.
Będziesz musiał ją oszukiwać. Chyba dla żadnego kochającego syna takie
coś nie jest wcale niczym przyjemnym. A przypomnij sobie, że niedługo i
mnie to czeka. Na razie jednak musimy...
Bernardo nie dowiedział się jednak, co obaj muszą, ponieważ nagle w ziemię, tuż pod kopyto jego konia wbiła się strzała, a zaraz za nią kolejna. Diego spojrzał wysoko w
górę i zobaczył, że z lewej strony na półce skalnej stał wysoki
Indianin z łukiem w dłoni. Miał on tak około dwadzieścia lat, brązowe
spodnie ze skóry, opaskę z kilkoma piórami, a przez nagi tors miał
przerzucony kołczan pełen strzał.
- Stać! Kto idzie?! - ryknął wyraźnie podenerwowany.
- Diego de La Vega i jego przyjaciel Bernardo - odpowiedział mu spokojnie Diego - Chcemy się zobaczyć z Szarą Sową.
- Czego chcecie od szamanki?
- To powiemy tylko jej. O ile oczywiście nas do niej przepuścisz.
Indianin powoli zszedł ze swego miejsca, po czym podszedł do Diego,
lekko go ściągnął z konia, po czym bardzo mocno uściskał, ku wielkiej
otusze Bernardo, który dopiero teraz go rozpoznał.
- Wartki Potok! Miło cię znów widzieć, przyjacielu - powiedział Diego.
- Diego! Cieszę się, że wróciłeś - odpowiedział mu z radością Indianin,
lekko uderzając go dłonią w łopatkę - Tak dawno cię nie było.
Następnie podszedł do Bernardo, który zszedł z konia i jego również uścisnął.
- Witaj, Bernardo, stary przyjacielu. Ciebie również mi brakowało.
- Widzę, że dorobiłeś się kilku piór do swojego pióropusza - rzekł Diego, z wielką uwagą lustrując wygląd starego przyjaciela.
- Owszem, nie chcę się chwalić, ale ostatnio zdołałem wzbudzić zachwyt wśród moich towarzyszy w trakcie polowania.
- Niezwykłe. Musisz mi kiedyś opowiedzieć tę historię. Ale póki co bardzo chcę odwiedzić babcię. Czy jest w wiosce?
- Oczywiście, a gdzie by miała być? Ostatnio rzadko kiedy wychodzi poza
nasz teren. Zwłaszcza teraz, kiedy przybył nowy komendant do Los
Angeles.
- A co on ma do tego?
- Wojsko co jakiś czas patroluje te tereny. Jakby się bali, że chcemy
ich przy jakiejś najbliższej okazji zaatakować. Nie wiem, skąd takie
głupie pomysły im do głów przychodzą. Ale Szara Sowa woli nie opuszczać
naszych terenów. Nie, żeby się bała. Po prostu woli czuwać nad swoim
plemieniem.
Diego słuchał uważnie słów indiańskiego kuzyna i wyciągnął z nich swoje,
być może dość daleko idące wnioski, ale zdecydowanie niepozbawione
całkowicie sensu. Pomyślał, że Monastario patrolując ciągle te tereny z
pomocą wojska, chce w Indianach wzbudzić poczucie strachu, aby trzymali
się swojej wioski i nawet się nie ważyli wszczynać walk, gdyż może się
to dla nich fatalnie skończyć. Z całą pewnością to właśnie chciał osiągnąć, co jakiś
czas patrolując te tereny z dużym oddziałem wojska, a może nawet i kilkoma oddziałami.
Pogrążony we własnych myślach, Diego dojechał wraz ze swoimi wiernymi
przyjaciółmi na teren wioski indiańskiej, gdzie wszyscy mieszkańcy
przebywali poza namiotami i zajmowali się swoimi sprawami, przez co
bardzo mało kto zdołał zwrócić uwagę na przybyszów. Ci zaś, którzy to
zrobili, jakoś nie palili się do tego, aby jakoś specjalnie się nimi
zainteresować. Co najwyżej, lekko tylko zaszczycili ich swoim
spojrzeniem i właściwie nic poza tym. Był jednak drobny wyjątek, którego
obecność oraz zachowanie bardzo ucieszyła Diego i nie tylko z tego
powodu, że okazała mu swoją przyjaźń w sposób niemalże wylewny. Również i
dlatego, iż to właśnie jej przede wszystkim tutaj szukał.
- Diego? Mój mały Diego? - rozległ się głos jakiejś staruszki, gdy młody
de La Vega zdołał przywiązać swego konia w bezpiecznym miejscu.
Młodzieniec odwrócił się i zauważył wówczas przed sobą jakąś starszą
panią o dość wysokim wzroście, twarzą nieco przeoraną zmarszczkami,
jednak znacznie mniej niż wiele kobiet Europy, a także długimi, czarnymi
włosami z mocnymi dodatkami siwizny. Ubrana była w brązowy strój typowy
dla kobiet ze swojego plemienia, jej głowę zaś zdobiła czerwona opaska z
zatkniętymi kilkoma piórami. Diego, widząc tę kobietę, uśmiechnął się
radośnie i czule ją uścisnął. Poczuł się przez chwilę tak, jakby znowu
był dzieckiem i nie musiał słuchać niczego złego na temat
Indian, koloru skóry i tym podobnych bredni. Oczywiście nigdy nie słuchał takich głupich
słów, ale jako dorosły zawsze się nimi przejmował oraz faktem, że
ktokolwiek może nienawidzić Indian tylko z powodu ich pochodzenia. Gdy
zaś był dzieckiem, nie przejmował się tym, uważając ludzi głoszących tak
chore hasła za osoby po prostu głupie i nieszkodliwe, obecnie w kwestii
tej nieszkodliwości miał już inne zdanie, dyktowane doświadczeniem z
takimi ludźmi i tym, co oni potrafią robić w imieniu swoich chorych
poglądów. Czuł, że kapitan Monastario też jest takim człowiekiem, a do
tego jeszcze u władzy, a nie ma nic chyba gorszego na tym świecie jak
człowiek ograniczony i z szalonymi poglądami, który dobierze się do
władzy.
- Diego, mój maleńki... Mój kochany chłopcze - mówiła Indianka,
ściskając mocno swojego wnuka i oglądając go z uwagą - Wypłynąłeś
chłopcem za ocean, a wracasz mężczyzną. Aż przyjemnie popatrzeć. Spójrz
tylko na siebie, mój drogi. Jesteś taki młody i piękny. Nie to, co ja.
Diego uśmiechnął się do starej Indianki, patrząc z radością na jej
brązowe oczy, w których skrzyły się łzy. I na te już prawie całkowicie
siwe włosy, które w dzieciństwie widział jeszcze jako dość mocno czarne.
A także na przeoraną już dość mocno zmarszczkami twarz, która to jednak wciąż miała w sobie to samo piękno i urok, jaki posiadała w
chwili, gdy ostatni raz ją widział. Krótko mówiąc, jego babcia Szara
Sowa była wciąż osobą, która budziła w nim zawsze jedynie same ciepłe
uczucia i radosne wspomnienia. Teraz z prawdziwą radością pozwalał się
jej uściskać i ucałować, chociaż do tego ostatniego, to musiał się dość mocno
pochylić, gdyż babcia była już o całą głowę niższa od niego.
- Tak się cieszę, że cię znowu widzę, babciu - powiedział szczerze
wzruszony Diego, gdy babcia złożyła już na jego policzkach pocałunki -
Bardzo mi brakowało tych wszystkich pięknych widoków, tych wszystkich
okolic, tych wszystkich miejsc, w których spędziłem dzieciństwo. A już
szczególnie brakowało mi moich najbliższych.
- Tak, Diego, mój kochany chłopcze - powiedziała wzruszona Szara Sowa,
wypuszczając wnuka z objęć - Miejsce to miejsce, a ludzie to ludzie.
Miejsce nie jest czymś, co możesz kochać równie mocno, co ludzi. W
każdym miejscu na tym świecie możesz być szczęśliwy, ale jeżeli nie masz
u swego boku kochających cię ludzi, wtedy nigdy nie zyskasz szczęścia,
nawet jeśli mieszkasz w najpiękniejszym miejscu na świecie.
- Takim jak to? - zapytał dowcipnie Diego.
- Owszem, takim jak to - potwierdziła Szara Sowa i lekko zachichotała.
Oboje zaczęli przechadzać się po całej wiosce, kontynuując swoją rozmowę.
- Jak było w szerokim świecie? - zapytała po chwili Indianka.
Diego wzruszył lekko ramionami.
- Zwyczajnie, babciu. Wszędzie ludzie żyją.
- Ale było inaczej niż tutaj, prawda?
- Oczywiście. Ale inaczej, nie znaczy wcale, że lepiej.
- Czyli nie podobało ci się tam?
- Bardzo mi się tam podobało. Jednak z przyjemnością powróciłem tutaj,
bo nigdzie nie ma tak pięknych gór jak tutaj. Tak pięknych koni jak
tutaj. Tak wiele pięknych wspomnień jak tutaj. Hiszpania jest piękna,
ale Kalifornia jest dla mnie piękniejsza.
- Każdemu zawsze jest najmilej tam, gdzie przeżył najpiękniejsze chwile
swego życia - powiedziała filozoficznym tonem Szara Sowa - Pamiętam, jak
byłeś dzieckiem i biegaliście razem z Bernardo po całej okolicy, bawiąc
się wesoło. No i waszą grupkę przyjaciół też pamiętam. Twoja siostra
Inez, Wartki Potok i jeszcze ta mała od Pulidów...
- Lolita - powiedział z uśmiechem na twarzy Diego.
Pamiętał doskonale tę słodką dziewczynkę o brązowych włosach i
niebieskich oczach, która zawsze biegała za nim i Inez po całej okolicy,
dla której zawsze był dzielnym rycerzem, który ją bronił przed smokami i
innymi potworami. Zresztą tym rycerzem był nie tylko w zabawach,
również w życiu prywatnym. Kilka razy bronił jej przed łobuzami, którzy
chcieli jej dokuczać. Pamiętał, jak oboje bardzo się z tego powodu
zbliżyli do siebie. Ciekawiło go, co teraz ona robi, jak jej się wiedzie
i czy wyszła za mąż. Podświadomie miał nadzieję, że nie.
- Tak, Lolita - powiedziała wesoło Szara Sowa i zachichotała, widząc
wyraz twarzy wnuka na samo wspomnienie tej dziewczyny - Była z was
bardzo urocza para. W sumie oboje jesteście już dorośli, to powinniście
się pobrać i połączyć rodziny de La Vegów i Pulido, jak to planowały
kiedyś wasze matki. A właściwie, to chyba dalej planują.
- Babciu, proszę... Ja mam jeszcze czas. Poza tym nie wiem, czy Lolita mnie będzie chciała.
- Lolita miała by cię nie chcieć? Daj spokój. Chyba by była głupia albo
ślepa, żeby nie chcieć mojego wnuka. Chłopak na schwał, piękny i
wspaniały, niczym wielki wojownik z dawnych opowieści. Dlaczego miałaby
cię nie chcieć?
- Ale babciu... Najpierw musiałbym ją zapytać, a nie wiem, czy w ogóle mi się trafi taka możliwość.
- Być może ci się trafi. Inez była u mnie niedawno i opowiadała mi, że Lolita i jej rodzice mają wrócić w te strony.
- Poważnie? - Diego aż się zatrzymał, gdy to usłyszał - Naprawdę tak właśnie ma być?
- Tak mi powiedziała Inez - odparła z uśmiechem satysfakcji na twarzy
Szara Sowa - Nie wiem, czy się nie myli, ale sądzę, że skoro tak mówiła,
to z pewnością wie, co mówi.
- Inez zazwyczaj dobrze wie, co mówi. Ale babciu, ja mam jeszcze czas.
- Masz jeszcze czas... Proszę cię, Diego. Jaki niby czas? Ja w twoim wieku już byłam matką twojej matki.
- Bo spotkałaś właściwego mężczyznę, który cię pokochał. Choć nie był może z waszych, ale...
- Ale zawsze porządny człowiek i to się liczy - odparła na to Szara Sowa
- Twój dziadek był naprawdę wspaniałym człowiekiem. Dobrym lekarzem,
który tak bardzo pokochał nasze plemię i kulturę, że zamieszkał z nami.
- I poślubił córkę wodza, którego wcześniej wyleczył z poważnej choroby,
zyskując w ten sposób wielki szacunek u wszystkich Indian - dokończył
Diego - Tak, babciu. Dobrze znam tę historię. Opowiadałaś ją nam wiele
razy, gdy byliśmy dziećmi.
- Tak, opowiadałam ją, bo chciałam, abyś zawsze szanował swojego
dziadka. Zmarł zanim ty przyszedłeś na świat i nigdy nie miałeś okazji
go poznać. To dla mnie bardzo przykra sprawa. Powinieneś go poznać. Był
wspaniałym człowiekiem i kochającym mężem i ojcem.
- Ale twój drugi mąż też nie był chyba najgorszy, prawda?
- Nie i chociaż go kochałam, to jednak nie było to tak samo głębokie
uczucie, co do twojego dziadka. Ale drugiego męża przede wszystkim
niezmiernie wręcz szanowałam. Urodziłam mu kilkoro dzieci, a jednym z
nich jest ojciec Wartkiego Potoku.
Po tych słowach Szara Sowa lekko się uśmiechnęła i powiedziała:
- Sam więc widzisz, Diego, że pora nadeszła na ciebie, abyś się ożenił i
sam założył swoją rodzinę. Inez także powinna wreszcie znaleźć sobie
męża.
- Babciu, proszę cię. Przecież nie można na siłę wydawać dzieci za mąż.
- Za mojej młodości zwykle tak robiono i potem okazywało się, że wiele razy takie związki kończyły się szczęśliwie.
- Ale chyba częściej nieszczęśliwie.
- To prawda, nie zaprzeczam. Ale tak czy inaczej, Diego, gdybyś był moim synem, to już byś miał żonę i dzieci.
- Za to jestem twoim wnukiem i na więcej mi możesz pozwolić.
- Taka rola babć, czyż nie?
Diego uścisnął mocno staruszkę i zachichotał uradowany.
- Ale tak czy inaczej, nie mam teraz za bardzo głowy do żeniaczki. Za
bardzo jestem niespokojny o losy Kalifornii, a zwłaszcza Los Angeles.
- A co konkretnie cię niepokoi?
- Ten nowy komendant, kapitan Monastario.
- Czemu on cię niepokoi?
- Wartki Potok opowiadał, że ten człowiek niejeden raz już patrolował ze
swoimi oddziałami te tereny i to bynajmniej nie po to, aby łapać
bandytów.
- Raczej po to, aby zademonstrować swoją siłę i utrzymać nas w ryzach -
stwierdziła ponuro Szara Sowa - Tak, to niestety prawda. Wartki Potok
słusznie się ich obawia. Ci ludzie są niebezpieczni dla Indian. Znaczy
żołnierze sami w sobie nie stanowią poważnego zagrożenia, ale
zorganizowani pod dobrym dowódcą mogą nam zaszkodzić, jeżeli uznają, że
łamiemy ustanowione przez nich prawo. A jak na pewno dobrze wiesz, kiedy
władza spoczywa w rękach tyrana, o złamanie prawa nie jest trudno.
- Kapitan jest tyranem?
- Tak mówią. Kilku Indian miało już z nim starcie i opowiadają, że potrafi nie szczędzić bata wobec nich.
- Jak chyba każdy komendant przed nim.
- To prawda. Każdy inny też odwiedzał z wojskiem nasze tereny i nie było
w tym nic dziwnego. Po prostu pokazują nam, gdzie jest nasze miejsce i
że mamy się go trzymać. I że oni tu rządzą. Normalna sprawa. Ale jeśli
mowa o kapitanie, to mam co do niego poważne obawy.
- Skrzywdził kogoś z naszych Indian?
- Jeszcze nie, ale z innych plemion tak. Syn wodza plemienia Noszonów,
gdy został przyłapany na schadzce ze służącą Torresów, trafił pod sąd i
kapitan go skazał na ciężką chłostę, po której biedak kilka dni leżał.
- Jak to? Za schadzkę ze służącą taka kara?
- Pretekstem tego było to, że służąca była biała i on próbował ją podobno zniewolić.
- Ale chyba służąca zeznała, jak było naprawdę.
- Tak, nawet Torresowie wystąpili w jego obronie, ale co z tego?
Kapitanowi wcale nie chodziło o prawdę. Tylko o to, że Torresowie są
bogaci i wpływowi i o ile dobrze wiem, nie są przyjaciółmi kapitana. Ten
chciał się dobrać do nich, ale do tego potrzebował zeznań służącej.
Chciał namówić ją oraz jej ukochanego do tego, aby oboje powiedzieli przed sądem,
iż rzekomo usłyszeli, jak Torresowie spiskują przeciwko koronie
hiszpańskiej. Oboje odmówili, dlatego też kapitan kazał go wychłostać do
nieprzytomności. Gdyby mógł, służącą też by zbił, ale ona nie jest jego
sługą, więc nie mógł jej tknąć. Liczył jednak na to, że w ten sposób
złamie ich oboje, a przynajmniej ją. Pomylił się jednak. Nie osiągnął
nic, więc w furii chciał zabić tego biedaka. Chciał go zachłostać na
śmierć, ale na szczęście twój ojciec i Don Joaquin Mendoza do tego nie
dopuścili. Zaczęli go straszyć sądami i dał sobie spokój. Ale obawiam
się, że w ten sposób zrobili sobie z niego swojego wroga.
- Postąpili słusznie, babciu.
- To prawda, ale jawnie okazali mu swój sprzeciw i to bez żadnych
ogródek. Nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł walki z tyranem.
- Nie rozumiem, babciu.
- Diego, wiesz chyba o tym, że tyrani u władzy mają zawsze prawo za
sobą. Siłą bizona zatem ich nie obalisz, tylko sprytem lisa. Nie możesz
używać siły, bo na przemoc odpowiedzą jeszcze większą przemocą. Dlatego
cieszę się, że jakoś mi się udało przekonać Noszonów, aby nie atakowali
garnizonu w odwecie za to, co spotkało tego biedaka. Nie było to łatwe,
ale udało mi się to i dumna jestem z tego. Przecież nie mieliby szans,
wojsko rozniosłoby ich w perzynę. A potem mieliby wręcz doskonały
pretekst do prześladowania nas. Teraz jeszcze siedzą cicho, ale jedna
tylko, choćby mała rebelia, a nas wszystkich zagonią w kajdany do
ciężkich robót i zajmą nasze tereny.
- A po co mieliby zajmować te tereny?
- Nie wiesz? Nie pamiętasz legend o tym, że w tych górach jest złoto?
- Ale przecież zawsze mówiłaś, że te legendy to bajki.
- Nie dla tych, którzy za chociażby grudkę złota są w stanie poderżnąć
gardło rodzonemu bratu. Póki mają podejrzenia, że tak jest, to
wykorzystują byle pretekst, aby tu wejść i prowadzić poszukiwania.
Kapitan póki co woli tu nie przychodzić, bo zgodnie z prawem tych ziem
nie może zająć. Musiałby prowadzić poszukiwania samemu jako prywatny
człowiek, a na to się nie odważy. Bez swoich żołnierzy jest tutaj nikim
i on dobrze o tym wie. Jeśli więc tu przyjdzie, to tylko z wojskiem. A
jeśli z wojskiem, to tylko wtedy, gdy zyska ku temu pretekst. Naszym
zadaniem zatem jest zadbać o to, aby nie zyskał tego pretekstu.
- Rozumiem. A zatem rzeczywiście sytuacja nie jest wesoła. Ale jak
mówisz, nawet najsilniejszy bizon nie jest w stanie pokonać takiego zła.
Potrzeba tu raczej małego i sprytnego lisa. W Hiszpanii nauczono mnie,
że trzeba walczyć i jako lew i jako lis, raz tak, a raz tak.
Szara Sowa przyjrzała się wnukowi uważnie i powiedziała:
- Diego, ty coś planujesz, prawda?
- Nie, skądże. Dlaczego tak myślisz? - spytał Diego tonem niewiniątka.
Indianka spojrzała na niego ironicznie.
- Posłuchaj, chłopcze. Możesz sobie oszukiwać wszystkich, nawet
rodziców, ale nie mnie. Za dobrze cię znam. Ta twoja mina wyraźnie
wskazuje na to, że już coś sobie w głowie układasz, jakiś pomysł, jakby
tu w sprytny sposób dokuczyć nowemu komendantowi. Nawet nie zaprzeczaj.
Diego uśmiechnął się lekko i rozłożył bezradnie ręce.
- Widzę, że przed tobą nic się nie ukryje.
- Nie ma szans. Za stara jestem, żeby nabierać się na takie coś. Powiesz mi zatem, co planujesz?
- Sam jeszcze nie wiem. Nie mam konkretnych planów. Ale chcę działać jak
na lisa przystało, bo tylko lis może działać w taki sposób, aby nie
narażać swoich bliskich na niebezpieczeństwo.
- W porządku, Diego. Rozsądnie mówisz. Skoro jednak tak się sprawy mają,
nie możesz być w tej walce sam. Musisz mieć wsparcie wiernego
przyjaciela.
- Bernardo mi pomoże.
- Nie jego miałam na myśli. Sądzę, że przyda ci się jeszcze ktoś. Takie małe wsparcie podczas twoich przyszłych akcji.
- Jakie?
Szara Sowa uśmiechnęła się do niego i powiedziała:
- Chodź ze mną.
Przykro mi, że Bernardo musi dla dobra sprawy oszukiwać własną mamę.
OdpowiedzUsuńSzara Sowa jest mądrą, starą kobietą i od razu zauważyła, że Diego oczy świecą na myśl o Lolitce. I że Diego coś knuję, aby pokonać podłego kapitana.
Każdego innego mógłby nabrać, ale nie swoją babcię.
Teraz już lepiej rozumiem, czemu kapitan Monastario tak nastawał na Torresa, chodziło o schadzkę służącej Torresa z Indiańcem. Choć przede wszystkim jak podejrzewałam o to, że Torres jest bogaty i przeciwstawił się kapitanowi.
Ciekawe, czy też Wartki Potok odegra istotną rolę w naszej powieści?
Odcinek dosyć przyjemny, czekam już na pierwszą akcję Zorro.
Przeczytałem V rozdział powieści o Zorro. To Bernardo był tylko niemy od urodzenia, a głuchego udawał, tak? I już rozumiem, że Dolores przejęła się rzekomą głuchotą syna, tylko wtedy była zbyt zakręcona na punkcie nakarmienia Diego i Bernardo, żeby myśleć o czymś innym. Poza tym jest dość zwariowana i to pewnie dlatego. A w ogóle to muszę Ci się do czegoś przyznać. Otóż wprowadziłem Szarą Sowę do mojej powieści, bo to idealne imię dla mądrej szamanki. Tyle, że w mojej historii ona żyje w innych czasach - przed wybuchem rewolucji amerykańskiej i nie posiada rodziny. A babcia Diega to ma naturę filozofki i jest naprawdę wspaniałą babcią. Widać, że bardzo go kocha, skoro odnosi się wobec niego z taką troskliwą czułością i tak go zachwala. A dziadek Diega był lekarzem, który zamieszkał wśród Indian niczym Old Shatterhand. I ona dwa razy owdowiała, a jej wnukiem jest również Wartki Potok? I koniecznie chciałaby pożenić swoje wnuki, tyle że Diegowi teraz nie w głowie żeniaczka, skoro tak absorbuje go sytuacja w Kalifornii. A Monastario najwyraźniej obawia się Indian, skoro usiłuje ich nastraszyć. Brutalny sadysta z niego, skoro chciał zachłostać na śmierć niewinnego Indianina. I widzę, że wprowadziłeś swój ulubiony wątek dziecięcej miłości :) A tym wsparciem dla Diega z pewnością będzie piękny, czarny rumak. Tornado to wyjątkowo piękny koń z uwagi na swoją karą maść, bo mi najbardziej podobają się czarne konie :) A przy okazji... Wartki Potok. Czyżby imię zaczerpnięte z "MUSTANGA Z DZIKIEJ DOLINY"? :)
OdpowiedzUsuńNo właśnie, Bernardo jest niemową od urodzenia, a głuchego udawał, aby łatwiej zdobyć informacje dla Zorro. A to bardzo dobry pomysł, że wprowadziłeś do swojej powieści postać Szarej Sowy. A ta postać pierwszy raz pojawia się w serialu animowanym z 1997 roku. Potem pojawia się w powieści "ZORRO - NARODZINY LEGENDY", gdzie autorka dała postać Białej Sowy, babci Diego i że matka Diego była Indianką, a więc on jest Metysem, który to pomysł autorka zaczerpnęła z telenoweli o Zorro (tak, powstała także telenowela o Zorro, jakkolwiek śmiesznie może to brzmieć xD). A potem w serialu animowanym "KRONIKI ZORRO" też zrobili, że Diego jest Metysem i odwiedza rodzinną wioskę swojej matki. I w tym serialu też dali postać Inez, siostry Diego. Stąd też moje pomysły w tym względzie :) A i owszem, inspirowałem się przygodami Winnetou i Old Shatterhanda, wymyślając ten pomysł, aby dziadek Diego był białym lekarzem, który zachwycony Indianami i ich kulturą zamieszkał między nimi. I tak, zgadłeś, że imię Wartki Potok zapożyczyłem z "MUSTANGA Z DZIKIEJ DOLINY". Łatwo rozpoznajesz moje inspiracje :)
Usuń